Między Tarnowem a Francją

0
78
ruszel
REKLAMA

Ta bliższa, tarnowska, mieści się w wybudowanym własnym sumptem i pomysłem domu o ścianach z muru pruskiego i o urozmaiconym rodowodzie. Jak podkreśla gospodarz, dom powstał niemal całkowicie z materiałów z odzysku – różne jego elementy liczą sobie po sto lat i więcej.
– Warunkiem powstania tego domu i tej pracowni było, że robimy to w oparciu o materiały już używane, czasem wiekowe. Po pierwsze uważam, że jeśli coś przetrwało sto czy dwieście lat, to zapewne przetrwa kolejne sto i więcej… Po drugie, koszt tej budowy jest mierzony satysfakcją, nie rachunkami za materiały. I to się udało. Mamy np. klepkę podłogową z drewna opałowego wyrzuconego z dawnej jednostki wojskowej, a dachówki – z kościoła w Krakowie, gdzie wymieniano dach, belki i cegłę – z różnych rozbiórek. Zbierałem je jeszcze w latach osiemdziesiątych. Budowaliśmy ten dom wraz z synami systemem gospodarczym i mam nadzieję, że w nim w końcu zamieszkamy, choć sporo jeszcze zostało do dokończenia: kominy, podłoga, łazienki…
Pracownia w domu „z odzysku” jest miejscem dość ruchliwym, szczególnie że korzysta z niej nie tylko rodzina Ruszelów, ale także uczniowie i przyjaciele.
– To pracownia otwarta. Uczniowie mogą tu w zasadzie robić wszystko – malować, rzeźbić, ciąć, szlifować. Mamy tu całkiem spory kącik narzędziowy, pokój na piętrze jest pracownią rysowników, piec na parterze służy nie tylko do ogrzewania – palimy drewnem pozostałym po pracach artystycznych albo budowlanych, którego nigdy tu nie brak – ale także do wypalania ceramiki i… pieczenia chleba. Sam go piekę – mówi Jerzy Ruszel.
Drugą pracownię wynajmuje w zamku na południu Francji, gdzie wybiera się także tego lata. Podkreśla, że południe Europy to ulubiony region.
– Wspaniałe światło, murowana pogoda, mamy tam też przyjaciół, z którymi porównujemy wrażenia z podróży i…doświadczenia kulinarne. A pole porównań jest spore – nasi przyjaciele to Niemcy, choć ich rodziny mają też polskie i macedońskie korzenie…
Zamek na południu Francji to także dobry punkt wypadowy podróży –od wycieczek rowerowych do Barcelony aż po północną Afrykę. Jerzy Ruszel dodaje, że kiedyś podróżował jeszcze dalej.
– Pracowałem dla firmy z Hamburga, która miała interesy w Indonezji. Poznałem większość indonezyjskich wysp, a kiedyś omal nie stałem się ofiarą wysokiej fali – co nauczyło mnie z dużą ostrożnością traktować egzotyczne morza.
Podkreśla, że najwięcej i najchętniej maluje w czasie podroży, w plenerze, w rzeczywistości w każdej chwili zmieniającej wygląd.
– Sztuka to próba utrwalenia chwili, wrażeń ze stale zmieniającej się rzeczywistości. W podróż zabieram zwykle ok. 40 podobrazi – i z reguły je zamalowuję. Sporo obrazów zostawiam po drodze – często zostają tam, gdzie powstały, po prostu dlatego, że są mokre. Nigdy nie było tak, że starałem się prace przede wszystkim sprzedać – nie traktuję sztuki jak źródła dochodu. Sztuka to coś więcej – sposób na życie, przyjemność, jaką daje tworzenie, cel sam w sobie. Wielu ludzi poświęciło przecież życie dla sztuki! Zarabiać można w inny sposób – poprzez pracę na etacie, przez realizację zamówień – ja np. sporo projektuję: małą architekturę, dużą architekturę, grobowce, ołtarze – ostatnio np. był to ołtarz polowy dla kościoła MB Fatimskiej.
Ceni pracę nauczyciela, bo daje kontakt z uczącymi się i poszukującymi młodymi ludźmi, zmusza także do nieustannej edukacji – a bez tego, jak podkreśla artysta, trudno zrozumieć sztukę współczesną. Ale praca nauczyciela to także dłuższe wakacje i ferie, umożliwiające wyjazdy i poszukiwania. Ostatnią owocną we wrażenia i obrazy podróżą była wędrówka trasą pielgrzymki do Santiago di Compostela.
– Zabrałem kilka bloków i wszystkie zamalowałem akwarelami. Planujemy zrobić z tego wystawę – mówi Jerzy Ruszel.
Plany na to lato to m.in. nadmorska trasa przez Francję z wypadem do Paryża w celu odwiedzenia przyjaciół i wizytą w Medjugorie – sanktuarium maryjnego na Bałkanach – w drodze powrotnej. Być może podróż zakończy się nad polskim morzem.
W tarnowskiej pracowni pod oknem stoi duży szklany słój wypełniony muszlami.
– Z każdej podróży przywożę muszelkę. Jedną! – uśmiecha się artysta. – Ostatnio zbieram coraz mniejsze, bo słój jest już prawie pełny.

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments