Natura, kultura i żądze

0
99
teatr recenzja
REKLAMA

Nieżyjący już francuski dramaturg Bernard Marie Koltès zyskał międzynarodową sławę głównie dzięki reżyserowi Patrice’owi Chéreau, który zafascynowany jego twórczością wystawił większość jego sztuk we Francji. W Polsce z niektórymi tekstami dramaturga można było się zapoznać za pośrednictwem miesięcznika Dialog, tam też pojawiła się „Walka czarnucha z psami”. Na krajowych scenach natomiast z sukcesem wystawiali je m.in. Krzysztof Warlikowski, Anna Augustynowicz, Maciej Dejczer, a ostatnio Michał Borczuch i Radosław Rychcik. Jednak „Walkę czarnucha z psami” zdecydował się w Polsce wziąć na reżyserski warsztat dopiero Jakub Porcari i z pomocą Szczepana Orłowskiego przygotował tekst Koltèsa pod tarnowską inscenizację.
Sam autor w jednym z wywiadów przewrotnie stwierdził: „O czym jest <Walka czarnucha z psami>? Sam nie wiem. Nie umiem ocenić różnicy pomiędzy tym, co chciałem napisać, a tym, co powstało.” Rzeczywiście, proste streszczenie fabuły może być mylące, bo choć przenosimy się w II połowę XX wieku do Afryki na teren francuskiej budowy i choć podstawowy konflikt przebiega między białymi Europejczykami a czarnym Afrykańczykiem, to nie jest to sztuka ani o neokolonializmie, ani o problemach rasowych. Zresztą tubylec Alboury nie jest po prostu konkretnym Murzynem, ale uosabia bliżej nieokreślony element obcy dla europejskiego świata. Nawet słowo Murzyn dla białych bohaterów oznacza coś całkiem odmiennego – dla Cala to niezrozumiała i przerażająca go istota, dla Léone to niezwykły bliski naturze człowiek. Cała akcja, jak w greckiej tragedii, trwa ledwie kilka godzin, rozgrywa się w jednym miejscu i skupia na jednym problemie – wydania rodzinie ciała nieżyjącego czarnego robotnika, by mogła dokonać godnego pochówku, jak w Sofoklesowskiej „Antygonie”. Informacji o tym, co dzieje się poza głównym planem, nie dostarcza jednak posłaniec, lecz widz otrzymuje je za pośrednictwem projekcji wideo. Tak miesza się w inscenizacji stare i klasyczne z nowoczesnością.
Czarny Alboury przybywa na budowę po zwłoki przyjaciela, który oficjalnie zginął w wypadku. Jednak wydanie ciała okazuje się niemożliwe, trwa próba sił między kierownikiem budowy Hornem i inżynierem Calem a tubylcem. W sam środek tego zamieszania trafia przybyła prosto z Paryża Léone, narzeczona Horna. Wprowadza nieoczekiwany ferment między i tak już skłóconych mężczyzn. Powoli na jaw wychodzi prawda o śmierci czarnego robotnika, o kulisach poznania Horna z Léone, odsłaniają się różne oblicza czwórki bohaterów. Atmosfera się zagęszcza, narastają agresywne nastroje i znów jak w greckiej tragedii wszystko zmierza do nieuchronnego tragicznego finału.
Wart dostrzeżenia w sztuce jest język dialogów i monologów. To język metaforyczny, stricte teatralny, odbiegający miejscami od normalnej komunikacji, ale niepozbawiony zarazem wiarygodności i funkcji informacyjnej.
Inscenizacja Jakuba Porcariego to teatr na wskroś nowoczesny, w którym kłębią się odwieczne żądze i emocje. Reżyser znakomicie czuje tekst i dozuje widzowi napięcie, posługując się animacją, techniką wideo, a także efekciarskimi pomysłami, jak choćby nurkowanie Cala w szambie na oczach widzów, z realistycznym rozpryskiem dookoła, czy brutalna scena gwałtu rzucona na ekran za pośrednictwem kamery. Nic na scenie nie dzieje się niepotrzebnie, nie ma zbędnych przestojów, jest tempo i nastrój.
Muzyka Sławomira Kupczaka tak zrasta się z wizualną stroną spektaklu, że stanowi integralną jego część w najlepszym tego słowa znaczeniu. Natomiast scenografia Łukasza Błażejewskiego zagospodarowuje piwniczną przestrzeń perfekcyjnie – z jednej strony surowa i minimalistyczna, z drugiej bezbłędnie kieruje widza w świat bohaterów. Mamy więc fragment ogrodzenia z blachy falistej, jak na budowie, za którym kryje się Alboury, zbiorniki z wodą, szambo, półprzezroczysty pokoik Léone, styropianowe podłoże, w które prawdziwie wbijają się damskie szpilki, i podwyższenie, z którego kobieta spróbuje odśpiewać piosenkę z „Pocahontas”, wreszcie fotel – miejsce Cala. Każdy element tej scenografii gra wraz z aktorami.
A skoro o nich mowa, to należy się pochwała całej czwórce. Ireneusz Pastuszak jak zwykle lekko wszedł w skórę odtwarzanej postaci – tym razem Horna, kierownika budowy. Aktor dysponuje nie tylko warsztatem zawodowym, ale i pewnym darem scenicznej naturalności, który po raz kolejny obserwować możemy przy okazji tego spektaklu. Znakomity jest Aleksander Fiałek w roli Cala, którego przekonująco obdarzył mieszanką cynizmu, brutalności, strachu, pożądania. Léone Kingi Piąty jest równie autentyczna w swojej naiwności, wrażliwości i nieporadności w obcym otoczeniu. Wzbudza sympatię i współczucie. Ciekawe zadanie aktorskie przypadło Tomaszowi Wiśniewskiemu (Alboury), który gra głównie głosem zza muru i fragmentami ciała do kamery. Przy tych ograniczeniach aktorowi z powodzeniem udało się nadać postaci wyrazistości, toteż jego czarnuch, choć niewidoczny bezpośrednio, zaznacza swoją obecność i intryguje. Dobra robota całej obsady aktorskiej to jedna z zalet tej inscenizacji.
Czy sztuka Koltèsa porwie tarnowską publiczność? Jest to niewątpliwie tekst ciekawy, ale wymagający skupienia i aktywnego odbioru. Intelektualne leniuchy nie mają więc czego szukać na Scenie Underground Tarnowskiego Teatru. Jeśli jednak ktoś ma ochotę zastanowić się nad ludzką naturą, szczególnie jej gorszą stroną, nad rolą kultury w kształtowaniu naszych postaw, a w końcu nad możliwościami międzyludzkiego porozumienia, powinien wybrać się na ten spektakl. Tym bardziej że teatralna realizacja tekstu, czyli jego wystawienie, niewątpliwie zasługuje na najwyższą uwagę.

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments