Nie tylko Paździoch

0
154
kotys
REKLAMA

W 1999 roku po raz pierwszy wystąpił Pan w roli Paździocha w „Świecie według Kiepskich”. Po dwunastu latach ten serial odbierany jest znacznie lepiej niż w dniu premiery.
Publiczność od początku była z nami i nigdy nie zawiodła. Ale środowisko było podzielone. „To nie wypada”, „To takie prymitywne” – słyszałem od niektórych kolegów. Dzisiaj „Kiepscy” są ulubieńcami wszystkich. Mamy największy odsetek widzów z wykształceniem wyższym. Na temat serialu powstają prace naukowe, z uznaniem wypowiadają się o nas pisarze i artyści.
Część widzów odbiera świat według Kiepskich jako własny.
Sporo jeżdżę teraz po Polsce z przedstawieniem „Andropauza”, trafiamy także do małych miejscowości, a po spektaklu spotykam się z widzami. Ich reakcje są zadziwiające. Dowiaduję się, że „Kiepscy” są dla nich odpowiednikiem realistycznej powieści.
A nie jest już Pan zmęczony rolą Paździocha? „Świat według Kiepskich” powstał zaledwie dwa lata po premierze najbardziej długowiecznego polskiego serialu – „Klanu”.
Nie, ciągle lubimy ze sobą pracować. Po tylu latach znamy się jak własną kieszeń. Kilka razy próbowano ściągać „Kiepskich” z anteny, ale widzowie rękami i nogami domagali się powrotu serialu. Polsat zasypywany jest listami i telefonami z prośbami o nieustanne powtórki.
Lubi Pan Paździocha?
On mi się podoba. Jest postacią wykreowaną. Kiedy w filmie albo w teatrze gram postaci, które w jakimś stopniu są do mnie podobne, często mam opory, ponieważ zbyt mocno czerpię z własnych doświadczeń. Ale granie Paździocha to czysta rozkosz. Nic nas nie łączy, ale on jest intrygujący. Ciągle ma nowe pomysły, jest ambitny i złośliwy.
Polak potrafi…
Kilka dni temu jechałem pociągiem z pewnym młodym człowiekiem, studentem, od którego usłyszałem: „To bardzo ważne, co pan robi. Pokazuje pan w roli Paździocha cechy prawdziwego Polaka. Tacy właśnie jesteśmy”.
Cały zestaw narodowych cech: spryt, ale i lenistwo; zdolności i demagogia.
Oraz permanentna chęć rywalizacji. Jeżeli mój bohater usłyszy, że ktoś jest od niego lepszy, natychmiast uruchamiają się w nim ambicje.
„Kiepscy” powstają w ekspresowym tempie.
Ponieważ wszyscy mamy liczne zobowiązania zawodowe, pracujemy błyskawicznie. Po tylu latach działamy jak dobrze naoliwiony mechanizm. Wszystko o sobie wiemy, reżyser nie musi nas szczególnie prowadzić, mamy „Kiepskich” we krwi. Na planie jesteśmy skupieni. Nie ma żadnych wygłupów.
Według bazy „Filmu Polskiego” – zagrał Pan prawie w dwustu polskich filmach i serialach. Jest Pan jednym z absolutnych rekordzistów w tej dziedzinie. Czy nie jest Panu trochę przykro, że większość widzów identyfikuje Pana przede wszystkich z rolą Paździocha?
Nie, bo w większości filmów, o których pan wspomina, to były drugo‑ albo trzecioplanowe role. Zapamiętywano moją twarz, ale niewiele więcej. A Paździoch to jednak rola główna, która na trwałe wpisała się w pamięci widzów. Kiedyś drażniło mnie, że idąc ulicą, wciąż słyszałem komentarze w rodzaju: „Zobacz, Paździoch idzie”. Ale z czasem się przyzwyczaiłem. Czuję, że jestem przez ludzi akceptowany. Oczywiście, jest mi bardzo miło, kiedy podczas spotkań z publicznością widzowie pamiętają mnie nie tylko z roli Paździocha.
Cenię Pana wspaniałe, chociaż drugoplanowe kreacje w filmach Andrzeja Barańskiego, Edwarda Żebrowskiego czy Wiesława Saniewskiego…
Saniewski obsadzał mnie wbrew stereotypowi. Zagrałem u niego poważnego konsula w „Sezonie na bażanty” albo dyrektora Lamusa w „Wolnym strzelcu”. Mówił, że tak właśnie mnie widzi.

REKLAMA

Ale to były wyjątki, bo zazwyczaj był Pan obsadzany według określonego klucza osobowego: grając chłopów, milicjantów (policjantów), robotników…
Takie mam warunki fizyczne i nie ma sensu z tym walczyć. Kilka lat temu udzielałem wywiadu łódzkiemu radiu. Mówiłem o ulubionych książkach, muzyce, o kinie. Po audycji zadzwonił do mnie znany reżyser. Powiedział: „Nie znałem pana od tej strony. Zrobił pan na mnie wspaniałe wrażenie. Mam dla pana idealną rolę. Jeszcze kogoś takiego pan nie zagrał. To będzie odkrycie”. Po jakimś czasie, rozemocjonowany, przyjechałem na plan. Spotkałem się z produkcją filmu, otrzymałem scenariusz. Zadowolony zapytałem: „No to kogo gram tym razem”. „Jak kto kogo? Oczywiście, pułkownika policji” – usłyszałem. Roześmiałem się, po rozpoczęciu zdjęć ośmieliłem się zagadnąć tego reżysera: „Miał pan rację, tym razem gram coś niewiarygodnie oryginalnego” …

Na przestrzeni kilkudziesięciu lat Pana zawodowej drogi spotkał się Pan z większością polskich reżyserów.
Szczególnie miło wspominam pracę z Agnieszką Holland, Sylwestrem Chęcińskim czy z Januszem Majewskim, ale trudno wyróżniać kogokolwiek.
W 1953 roku skończył Pan szkołę aktorską w Krakowie. To był chyba najlepszy rocznik w historii tej uczelni. Razem z Panem studiowali m.in. Bogumił Kobiela, Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski czy Leszek Herdegen.
Wszyscy byliśmy młodzi, ale mieliśmy za sobą ponure doświadczenia wojenne. Różnił nas wiek, wspomnienia, łączyła pasja życia i nadzieje. Należałem do grona najmłodszych studentów. Kiedy dostałem się do szkoły, miałem zaledwie siedemnaście lat, pozostali koledzy byli starsi ode mnie o pięć, sześć lat. Niektórzy wcześniej studiowali, inni kończyli jakieś kursy. A ja byłem tak zwanym prawdziwkiem. Patrzyłem na świat i Kraków szeroko otwartymi oczami.
To był dopiero drugi rocznik w historii tej uczelni?
Tak, na pierwszym, studiowali późniejsi wybitni reżyserzy – Janusz Warmiński i Jerzy Jarocki. Mieliśmy duży udział w budowaniu profilu szkoły. Kształtowaliśmy jej działalność od strony programowej, kontaktowaliśmy się ze studentami wydziałów aktorskich w innych ośrodkach w kraju. W tym czasie w Warszawie rozpoczynali studia m.in. Ignacy Gogolewski, Lucyna Winnicka i Romek Kłosowski. W Łodzi uczyli się Mieczysław Stoor, Bogusław Sochancki i twórca „Nocy i dni” – Jerzy Antczak. Halina Gryglaszewska prowadziła w Krakowie wspaniały teatr dla młodzieży, Jerzy Jarocki przysyłał nam z Moskwy tłumaczenia Stanisławskiego i Michaiła Czechowa. W naszym kole naukowym pojawił się charyzmatyczny Jerzy Grotowski…
To było mocne, pokoleniowe wejście. Wspólnie tworzyliście nowy typ aktorstwa filmowego i teatralnego w Polsce.
W jednym miejscu spotkała się grupa różnych indywidualności. Wzajemnie się uzupełnialiśmy. Cały czas przebywaliśmy razem. Jeździliśmy na obozy młodzieżowe, chodziliśmy na prywatki. W tym czasie, po raz pierwszy, przepracowaliśmy słynną metodę Stanisławskiego. Wdrożenie jej w życie było inicjatywą koła naukowego studentów ówczesnej PWSA.
Jak wtedy zachowywały się późniejsze legendy polskiego kina: czy Jędrusik od razu była skandalistką, a Kobiela – dowcipnisiem?
Skądże. Bobek Kobiela był po prostu radosny, a Kalina była sympatyczną, skromną dziewczyną. Żadnych skandali. Oczywiście, od początku Kalina miała niewątpliwy sex appeal, ale nie robiła z tego użytku. Przede wszystkim pięknie śpiewała. Zafascynowany jej interpretacjami Dejmek już po pierwszym roku chciał ją zaangażować na etat.
A Cybulski?
Sportsmen i działacz. Aktywnie uczestniczył w działalności AZS. Kiedy jeden z naszych kolegów miał szansę zdobyć medal na ogólnopolskim turnieju, Zbyszek codziennie kupował mu z własnych oszczędności bułki i mleko.
To chyba niewielki wydatek?
Musi pan pamiętać, jakie to były czasy. Myśmy wtedy po prostu biedowali. Mieliśmy koszmarne wspomnienia wojenne. Często brakowało na jedzenie. Ze wszystkich roczników szkoły teatralnej tylko Bobek Kobiela miał zegarek, z kolei kolega z niższego roku dysponował jedyną marynarką. Kiedy szliśmy na egzamin, pożyczaliśmy od niego żakiet, a ponieważ był raczej mikrej postury, wyglądaliśmy w tej marynareczce dosyć komicznie. Zegarek pożyczaliśmy natomiast od Kobieli na randki, żeby zaszpanować przed dziewczynami.
Właściwie dlaczego został Pan aktorem?
To jest pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nie było wtedy telewizji, nie jeździło się do teatru, a ja byłem chłopcem ze wsi. W szkole średniej występowałem w przedstawieniach, recytowałem wiersze. Pomyślałem –dlaczego by nie spróbować? Pojechałem na egzaminy i zdałem za pierwszym razem. Nie ma w tym żadnej filozofii.


Rodzice nie byli na Pana źli, że wybrał Pan tak ekscentryczną profesję?
Nie. Myślę że oni nie mieli pojęcia, co to znaczy. Ale jako ludzie z natury mądrzy i uczciwi przeczuwali, że ich syn znajdzie się w ciekawym miejscu, wśród interesujących ludzi. I mieli rację.
Skąd Pan pochodzi?
Z Mniowa, niewielkiej wsi pod Kielcami.

Do Kielc powrócił Pan zaraz po szkole, występując w tamtejszym teatrze.
Nie mogłem trafić lepiej. Teatrem kieleckim kierowało wówczas zasłużone dla polskiego teatru małżeństwo Byrskich. W bardzo smutnych czasach socrealizmu wydawali się ludźmi z innego świata. Kulturalni, wykształceni, inteligentni. Ale cały mój rocznik nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu. Co tydzień mieliśmy nowe pomysły. Wspólnie m.in. ze Zbyszkiem Cybulskim wymyśliliśmy, że będziemy robili teatr na prowincji – chodziło o Sosnowiec. W końcu jednak Kobiela, Jędrusik i Cybulski trafili na Wybrzeże, tworząc cudowny Teatrzyk Bim‑Bom, natomiast ja znalazłem się w Nowej Hucie, będąc częścią zespołu nowo powstałego Teatru Ludowego.
Pracował Pan tam m.in. z Franciszkiem Pieczką i Witoldem Pyrkoszem.
W Ludowym powstały wtedy wybitne przedstawienia. Pod wodzą Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego teatr stał się jedną z najmodniejszych scen w kraju.
W wieku 22 lat, w 1954 roku, zagrał Pan główną rolę Jacka w „Pokoleniu”, fabularnym debiucie Andrzeja Wajdy.
Warto przypomnieć odtwórców pozostałych ról w tym filmie, bo taka obsada już się nie powtórzy. Zgodnie z tytułem, to był wspólny, „pokoleniowy” debiut: Andrzeja Wajdy jako reżysera oraz Tadeusza Janczara, Romana Polańskiego, Tadeusza Łomnickiego, Urszuli Modrzyńskiej, Zbigniewa Cybulskiego i mój – w rolach aktorskich. Już wtedy było wiadomo, że ten młody reżyser będzie kimś wyjątkowym. Wajda był uważny i myślący. Uważnie wsłuchiwał się w to, co mieliśmy do powiedzenia.
A Polański?
Nieznośny facet. Uroczy, ale nadaktywny. Wszędzie było go pełno. Jeżeli nie zagadywał nas na planie, śpiewał piosenki, tańczył albo opowiadał dowcipy. Stale miał nowe pomysły, którymi natychmiast dzielił się ze wszystkimi. Taki chochlik. Razem z Tadziem Łomnickim wymyśliliśmy specjalny sposób na namolność Romka. Dyskutowaliśmy o fabułach nieistniejących filmów, a wtedy Polański dostawał białej gorączki, ponieważ – jako koneser kina, który oglądał chyba wszystkie filmy – nie wiedział, o jakim tytule rozmawiamy. Ale to były niewinne żarty. Tak naprawdę Polańskiego trudno było nie lubić. To był talent samorodny, jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie uwagi, które na planie dawał Wajdzie, były celne. Na naszych oczach rodził się reżyser.
Czas zatoczył pętlę. Pięćdziesiąt siedem lat po nakręceniu „Pokolenia” i zagraniu w blisko dwustu filmach i serialach, niedawno, dopiero po raz drugi w życiu, dostał Pan szansę zagrania głównej roli. Rola ojca Michała (Tomasz Kot) w „Erratum” Marka Lechkiego to, moim zdaniem, wspaniała kreacja.
Bardzo dziękuję. Wspominam pracę nad tym filmem ze szczególną tkliwością. Zachwycił mnie scenariusz, w którym wiele było niedopowiedzeń. Kiedy poznałem reżysera, wydawało się, że wrażliwość i pewna nieśmiałość pana Marka Lechkiego mogą być przeszkodą w realizacji filmu. Stało się inaczej. Prawie nie mieliśmy pieniędzy, cały film powstał jedynie z dotacji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Zrezygnowaliśmy z wyśrubowanych honorariów, robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby film wyszedł jak najlepiej.
Tytuł filmu Lechkiego oznacza erratę, czyli wykaz (życiowych) błędów. Czy myślał Pan kiedyś o zrobieniu na własny użytek podobnego bilansu zysków i strat?
Nie, to czcze i niepotrzebne. Nie jestem święty, nigdy nie byłem. Jestem zwykłym, skromnym człowiekiem; z reguły grałem zwyczajnych – a zatem grzesznych – ludzi. Miałem dobre życie. A najważniejsze, że wszystko może się jeszcze zdarzyć.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o