Piort Machalica: Może się znów zakocham…?

0
81
machalica1
REKLAMA


REKLAMA

Pochodzi Pan z aktorskiej rodziny. Czy to jakoś wpłynęło na wybór zawodu?
Mój ojciec był rzeczywiście aktorem (Henryk Machalica – przyp. red.) i zarówno mój brat (Aleksander, aktor Poznańskiego Teatru Nowego – przyp. red.), jak i ja poszliśmy w jego ślady, ale nie znaczy to, że byliśmy przez niego zdominowani czy skazani na ten zawód. W rzeczywistości nikt nas w domu do aktorstwa ani nie zachęcał, ani nie zniechęcał. W pewnym momencie mojego życia stanąłem przed wyborem i nie dając sobie większych szans, bo zawsze miałem zaniżone poczucie wartości własnej, postanowiłem złożyć papiery do szkoły teatralnej i zobaczyć, co z tego wyniknie. Nieoczekiwanie, ale szczęśliwie dla mnie, dostałem się do warszawskiej PWST i nawet udało mi się tę szkołę skończyć, a później dostać angaż od razu do znakomitego teatru i zespołu pod dyrekcją wielkiego artysty i człowieka – Zygmunta Hübnera. W Teatrze Powszechnym spędziłem 25 lat – ten czas cenię sobie najbardziej.
Można było jednak zobaczyć Pana także w wielu innych renomowanych teatrach.
Etatowo byłem związany z Powszechnym, ale grałem też na deskach Ateneum, Na Targówku, Syreny, Prezentacji. Pod koniec lat 80. zaczęła się moja przygoda z piosenką aktorską, co też wiązało się z występami na różnych scenach oraz udziałem w corocznych wrocławskich Przeglądach Piosenki Aktorskiej.
Z pewnością o swoim zawodzie sporo Pan wiedział, zanim zaczął go Pan sam uprawiać. Czy rzeczywistość czymś Pana zaskoczyła?
Właściwie nic mnie nie zaskoczyło, choć nie od taty dowiedziałem się wszystkiego o aktorstwie. Przed egzaminami do szkoły teatralnej uczyłem się wieczorowo, równocześnie pracując m.in. w Teatrze Narodowym – najpierw jako froter rzemieślnik, potem jako pomocnik bibliotekarza, a później pomocnik fotografa, który miał tam pracownię. Miałem więc okazję przypatrywać się aktorom i zrozumiałem jedno: to jest bardzo niewdzięczny zawód, w którym nic nikomu się nie należy. Nawiasem mówiąc, wydźwięk tego był piętnaście czy dwadzieścia lat temu inny, bo dzisiaj w moim odczuciu ten zawód się zdewaluował – jeśli ktoś wystąpi w serialu telewizyjnym, mówi się, że jest aktorem. Kiedy ja zaczynałem, to bycie aktorem na czymś innym polegało.
Wracając jednak do pytania, życie mnie nie zaskoczyło i nie roiłem sobie, że osiągnę jakikolwiek sukces. A sukcesem w tym zawodzie można nazwać to, że gra się w dobrym teatrze i że jest się potrzebnym. Oczywiście przez trzydzieści lat mojej pracy dużo się zmieniało. Początkowo sporo grałem w filmie i telewizji, choć moją bazą był zawsze teatr. Nie stroniłem też od estrady, bo nie uważałem tego za coś zdrożnego, wręcz przeciwnie – wszystkie te zajęcia wpisane są w zawód aktora. Myślę nawet, że ktoś, kto miał szczęście w tych wszystkich dziedzinach zaistnieć, to może się czuć zrealizowany, zawodowo spełniony.
Niedawno obchodził Pan 30‑lecie pracy artystycznej. To także okazja do wspomnień i przemyśleń. Co uważa Pan w swoim dorobku zawodowym za najważniejsze dokonanie?
Nie mogę tego nazwać dokonaniem, ale największym spełnieniem – udało mi się spotkać i poznać wielu fantastycznych ludzi. Od strony zawodowej, bo oczywiście wiem, o co pani pyta, nie potrafię wskazać konkretnej roli, bo każdy kolejny projekt jest jakąś przygodą. Moja konstrukcja psychiczna nigdy nie pozwoliła mi uznać, że już coś osiągnąłem. Każda rzecz, jaką robię, zajmuje mnie tak, jakbym zaczynał wszystko od początku. A jeśli trafię na wymagającego reżysera, bazujemy na sobie, na swojej wrażliwości, ciele i wyobraźni, to możemy tworzyć, dlatego nie uważam aktorstwa za zawód odtwórczy, ale właśnie twórczy. W ogóle uwielbiam ten zawód, po latach go tak naprawdę pokochałem.
W latach 80. i 90. miał Pan dobry okres jeśli chodzi o film. Teraz w kinie widzimy Pana dużo rzadziej. Co jest tego przyczyną?
Zmienił się czas, grają ludzie młodzi, pod nich też pisze się scenariusze. Nie mówię tego z jakimś żalem do losu, tak się po prostu dzieje i nie ma co nad tym specjalnie ubolewać. Z drugiej strony, co tam narobiłem, to narobiłem. Myślę, że jeden film, w którym zagrałem, był naprawdę ważny – „Dekalog” Kieślowskiego. Nie twierdzę, że inne są nieważne. Sporo filmów zrobiłem z Bromskim: „Zabij mnie glino”, „Sztukę kochania”, „Kuchnię polską”, i to też fajnie. Na przykład „Sztukę kochania”, do której miałem stosunek ambiwalentny zaraz po realizacji, polubiłem po latach. Teraz jak ją oglądam, to myślę sobie, że to zgrabnie „uszyta”, zagrana i wyreżyserowana komedia, i nie ma co się jej wstydzić.


Ostatnio mogliśmy Pana zobaczyć w serialu telewizyjnym „Prosto w serce”, więc podąża Pan za serialową modą.
To są takie strzały jednorazowe, o których nie warto rozmawiać.
Od sześciu lat jest Pan dyrektorem artystycznym Teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie, czyli ma Pan teraz nieaktorskie zajęcie.
Otóż bardzo aktorskie. Napatrzyłem się w życiu na naprawdę wielkich dyrektorów – Hübnera, Hanuszkiewicza, Warmińskiego, Axera, obydwu Englertów – więc wydaje mi się, że jako dyrektor artystyczny jestem jakimś dziwolągiem. Od początku z dyrektorem naczelnym teatru Robertem Dorosławskim ustaliliśmy pryncypia. Zajmuję się głównie tym, żeby do Częstochowy zechcieli przyjechać reżyserzy, z którymi warto się zespołowi aktorskiemu spotkać i nie będzie to dla nich strata czasu. Tych, którzy mi powiedzieli: „Wiesz, ja nie umieram z głodu, więc nie muszę reżyserować w Częstochowie, pracuję tylko w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu”, było wielu. A szkoda! Mimo to przez te sześć sezonów udało nam się pozyskać parę naprawdę znaczących nazwisk. Laco Adamik zrobił u nas „Kram z piosenkami”, Waldek Śmigasiewicz „Mieszaczanina szlachcicem”, cztery sztuki wyreżyserował u nas Andre Hübner-Ochodlo. Sytuacja częstochowskiego teatru jest specyficzna. W mieście jest tylko jeden teatr, który repertuarowo musi zadowolić wszystkich – przedszkolaków, dla których robimy bajki, młodzież szkolną oraz widzów dorosłych o różnych gustach.

Zupełnie tak samo jak nasz Tarnowski Teatr im. Ludwika Solskiego.
Nie wiem, jak u was, ale w Częstochowie jeden tytuł można grać góra 20 – 25 razy, bo nie mamy publiczności na więcej. Po prostu określona liczba mieszkańców jest zainteresowana faktem, że w mieście jest teatr i że warto się do niego udać. Poza tym potykamy się ciągle o problemy finansowe. Władze miejskie dają parę złotych, które wystarczają ledwie na opłacenie rachunków. Mieliśmy takie sezony, że na to, co wyprodukowaliśmy, zdołaliśmy sami zarobić. Jest to zasługa dyrektora Dorosławskiego, który zna realia tego miasta i potrafi zarządzać placówką. Kiedy zaproponował mi współpracę, początkowo wzbraniałem się, potem pomyślałem, że popracuję w Częstochowie dwa, może trzy sezony. A tu niespodzianka, kończymy szósty i wszystko wskazuje na to, że wytrwamy wspólnie siódmy sezon. To moja kolejna wspaniała przygoda. Jestem już w wieku, w którym jak cofam się myślą w czasie, to wszystko, co mi się w życiu przydarzyło, traktuję jak przygody, które mnie zmieniały, kazały trochę inaczej spojrzeć na siebie, ludzi i świat.
Jak Pan znosi upływ czasu? Pewnych ról już Pan przecież nie zagra.
Oczywiście, że nie. Ale upływ czasu znoszę fantastycznie, nawet go uwielbiam. Bohater sztuki Millera „Cena”, Salamon, mówi, że „czas to straszna rzecz”, a ja dopowiadam: ale bycie z nim w zgodzie daje nam możliwość lżejszego znoszenia przemijania.
Może kolejną Pana życiową przygodą mogłaby być reżyseria?
Nie, ponieważ nie mam stosownych do tego zajęcia kwalifikacji, czyli, jak się to mówi, „papierów”. Wiem, że wielu aktorów się tym zajmuje, ale robienie czegoś, co w efekcie będzie takie sobie, nie interesuje mnie. Nigdy nie miałem takich pomysłów.
Za to od dawna zajmuje się Pan piosenką aktorską. Śpiewał Pan teksty Okudżawy, Brassensa, z Kabaretu Starszych Panów, a w Tarnowie zaprezentował Pan piosenki Edwarda Stachury. Czy to ulubiony poeta?
Ze Stachurą u mnie było dziwnie, dlatego że skutecznie obrzydzili mi go moi koledzy na II roku studiów, którzy przygotowali wieczór poświęcony jego twórczości. Przysłuchiwałem się wtedy i zastanawiałem, o czym oni śpiewają i o co im w ogóle chodzi. Dziś sądzę, że Stachura jest przede wszystkim niezwykle mądry w swojej poezji, w opisywaniu życia od śmiechu do płaczu, od totalnej tragedii, psychicznego dołu do radosnych przeżyć. Wpadliśmy z dyrektorem Dorosławskim na pomysł, żeby zrobić spektakl z tymi tekstami i z muzyką Jerzego Satanowskiego, która wydaje się idealna dla tej poezji. Jerzy opowiadał mi zresztą o swojej przyjaźni z poetą, o tym, jak razem pisali te piosenki. Poprosiliśmy młodego człowieka Marcina Lamcha, żeby zrobił nowe aranżacje i tak powstał uteatralizowany recital poetycki, z którym gościliśmy w wielu miastach Polski, także w Tarnowie.
W Internecie o Panu dużo plotek. Chciałabym niektóre zweryfikować. Czy to prawda, że piratuje Pan za kierownicą, a nawet stracił prawo jazdy za przekraczanie prędkości?
Nie jestem jedynym, który stracił prawo jazdy. Zdarzyło mi się, że jadąc na Wszystkich Świętych z Częstochowy do Warszawy, zarobiłem 10 punktów karnych, a wracając z powrotem, „trafiłem” drugie 10. Ponieważ wcześniej miałem już na koncie 8 punktów, to skomputeryzowana policja od razu zabrała mi prawo jazdy. Musiałem ponownie przystępować do egzaminu, żeby je odzyskać. Nie znaczy to, że rozwijałem jakieś szaleńcze prędkości, bzdura. Jeżeli w miejscu, gdzie jest ograniczenie do 80 km/godz. i nie ma wielkiego zagrożenia, mam na liczniku 120 km…. Ale oczywiście cała sytuacja wiele mnie nauczyła. Jeżdżę równie szybko, tylko bardziej uważam na nieoznakowane samochody policyjne, jak wszyscy hamuję przed fotoradarami i przy ograniczeniach prędkości do 70 km zwalniam do 85 km/godz. W efekcie tę samą odległość pokonuję w zbliżonym czasie.
Jakim Pan jeździ samochodem?
SUV‑em BMW. To jest nowe X3, świeżutkie.
Jak Pan spędza wolny czas?
Mało go mam. Staram się raczej wygospodarować rzadziej, ale za to dłuższy urlop. Jeśli mi się to udaje, a i finanse mi pozwalają, to nurkuję. Jeżdżę po świecie z grupą przyjaciół, którzy podzielają moją pasję. Nurkujemy w Europie, ale też wyruszamy na dalsze wyprawy, np. na Galapagos czy Filipiny. To mnie kompletnie odrywa od tego… nie wiem, jak to określić, bo różne słowa cisną mi się na usta.
Jak zdrowie Panu dopisuje? Przyznał się Pan dwa lata temu do poważnych problemów z sercem.
Do niczego się nie przyznawałem. Dzień po wylądowaniu i wyjściu ze szpitala rozmawiałem z dziennikarką, która później opublikowała informację o moim stanie zdrowia mocno przesadzoną, na dodatek podaną jej prywatnie. Nie nagłaśniałbym zresztą, że mam serce w strzępach, bo po pierwsze nie mam, a po drugie byłoby to zgubne dla mnie zawodowo. Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem ciężko chory i z tego powodu nie proponować mi ról – chory aktor to przecież ryzyko. Czuję się świetnie i w ogóle mam wrażenie, że przechodzę drugą młodość.
A samotność Panu nie doskwiera? O ile mi wiadomo, po rozwodzie z żoną Małgorzatą i kilkuletnim związku z Edytą Olszówką pozostaje Pan w stanie wolnym.
Jestem zdeklarowanym singlem i nie myślę o żadnych związkach. Samotność uważam za coś pięknego, nie tylko się jej nie boję, ale rozkoszuję się nią. Trzeba ją oswoić i przyzwyczaić się do niej, co może nie jest łatwe – mnie to zajęło 5 lat – za to później stan ten można naprawdę polubić. Żeby jednak nie używać słowa „nigdy”, bo jak wiadomo, lepiej tego nie robić, powiem, że nie wiem, co mnie czeka w przyszłości. Skąd mógłbym to wiedzieć? A może się znów zakocham? I to szaleńczo?
Życzę tego Panu, jak również zdrowia i ciekawych propozycji zawodowych. Dziękuję za rozmowę.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o