Strona główna Kultura Informacje kulturalne „Prowincja” to stan umysłu, a nie geografia

„Prowincja” to stan umysłu, a nie geografia

0
hycnar wywiad
hycnar wywiad
REKLAMA

Przeniesienie się z Warszawy do Tarnowa to dla Pana powrót do domu?
W pewnym sensie tak. Choć dzisiaj mój dom identyfikuję nieco inaczej, bo jednak od 15 lat mieszkam w Warszawie. Może to nie jest jeszcze większość mojego życia, ale bardzo znaczący czas pod względem zawodowym i prywatnym spędziłem w stolicy. Natomiast w sensie emocjonalnym jest to powrót do domu, do starych miejsc, które w międzyczasie bardzo się zmieniły, wiele udało się w Tarnowie zmodernizować – to widać gołym okiem, choćby teatr.

Nadal mieszkają tu Pana bliscy…?
Tak, przede wszystkim mieszkają tu moi rodzice i siostra. Brat Jędrzej od roku jest studentem Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, czyli właściwie wymieniliśmy się – on tam zaczął swoje życie, a ja powróciłem tutaj. Na razie jestem dość zajęty i dla rodziny mam niewiele czasu, bo w związku z nowymi obowiązkami muszę zorientować się w zasadach działania placówki i staram się jak najlepiej przygotować nadchodzący sezon teatralny.

Czy to w domu rodzinnym Pan i brat połknęliście tego bakcyla teatralnego?
W mojej rodzinie nikt nie miał takich inklinacji, aczkolwiek mój nieżyjący dziadek, ojciec mojego taty, często czytał mi „Ballady i romanse” Mickiewicza, wiersze Konopnickiej, Staffa, miniatury Fredry, a ja niektórych z tych tekstów chętnie uczyłem się na pamięć i później występowałem podczas imprez rodzinnych. Aż przyszedł taki dzień, kiedy w 1995 r. w radiu MAKS podano informację, że tarnowski teatr ogłasza nabór dla chłopców do roli Małego Księcia w spektaklu Cezarego Domagały. Niewiele się zastanawiając, chwyciłem za telefon i byłem pierwszym, który zgłosił się na przesłuchanie. Wybrano mnie, co nie było takie oczywiste, bo przedstawienie było musicalem, a mnie słoń nadepnął na ucho. Do dziś w mojej karierze zawodowej nie podejmuję się stricte wokalnych zadań. Ale wtedy się udało. Gdy znalazłem się już w gronie tarnowskich aktorów, kilkoro z nich zaproponowało mi udział w programach kabaretowych, jakie przygotowywali pod szyldem kabaretu „Gelender”. Potem był „Teatr Młodego Widza” Grzegorza Janiszewskiego i Sławomira Gaudyna oraz Teatr Tuptusie Stowarzyszenia Wspierania Inicjatyw Teatralnych. Kiedy byłem w liceum, pojawiła się kolejna propozycja z teatru zawodowego – udziału w „Antygonie” w reżyserii Ireneusza Janiszewskiego. Właściwie już wtedy oczywiste dla mnie było, że w perspektywie mam studia teatralne, innej ewentualności nie brałem pod uwagę. Pozostawała jedynie kwestia, który wydział – czy aktorski, czy reżyserski.
Jeśli zaś chodzi o brata, to wydaje mi się, że miłością do teatru zaraził się ode mnie. Jest dużo młodszy i kiedy się urodził, moja działalność w teatrze amatorskim była już bardzo intensywna. Debiutował podczas jednego z wieczorów teatralnych Tuptusiów w roli biedronki – nie pamiętam, czy już chodził, czy jeszcze nie – wsadzono go do wiadra i siedział na środku sceny. Dziś jest szalenie zdolnym i mądrym gościem, który ma wszelkie dane, by ten zawód uprawiać.

REKLAMA (2)

Panu w tym zawodzie się powiodło. Był Pan w zespole Teatru Narodowego w Warszawie, zagrał w paru filmach i serialach telewizyjnych, m.in. w popularnych „Barwach szczęścia”. Aż dziwne, że przyjął Pan stanowisko na prowincji.
Przede wszystkim myślę, że słowo „prowincja” jest bardziej określeniem stanu umysłu niż sprawą geografii. Zgadzam się, że Tarnów jest mniejszym ośrodkiem, jeśli chodzi o mapę teatralną Polski, niż stolica. Ale śmiem twierdzić, że nazywanie go prowincją w sensie poziomu czy też ambicji artystycznych jest przesadą i będę chciał takie myślenie o tarnowskim teatrze zmienić.
Ze wspomnianych „Barw szczęścia” wycofałem się wiele lat temu, kiedy podejmowałem studia na Wydziale Reżyserii AT. Obowiązków miałem wówczas aż nadto, stąd decyzja o odejściu z serialu, choć oczywiście tamto trzyletnie doświadczenie w pracy przed kamerą uważam za ważne i ciekawe. Od roku nie jestem też etatowym aktorem Teatru Narodowego, a moja rezygnacja nie miała nic wspólnego z propozycją objęcia stanowiska w Tarnowie. Wynikała ona z moich osobistych zapatrywań na charakter dalszej drogi zawodowej, jaką chciałbym podążać. Odkąd skończyłem studia reżyserskie, nie ukrywam, że ta dziedzina zaczęła mnie interesować znacznie bardziej niż bycie jedynie aktorem i granie w kolejnych przedsięwzięciach macierzystej placówki. A te moje „romanse” z reżyserią skutkowały tym, że coraz trudniej było pogodzić pracę na etacie w repertuarowym teatrze ze stawianiem sobie wyzwań w postaci kolejnych produkcji, za które odpowiadałem jako reżyser. Dopiero po jakimś czasie szczęśliwie się zdarzyło, że zaproponowano mi posadę dyrektora artystycznego w Tarnowie. Chwilę się wahałem, ale kiedy zrobiłem sobie na kartce listę wszystkich „za” i „przeciw”, stwierdziłem, że więcej jest do zyskania niż stracenia.


Jaki teatr chce Pan tu robić? Wielokrotnie Pan deklarował, że różnorodny. Co Pan przez to rozumie?
Specyficzną sytuacją jest, że to jedyny teatr w mieście. Mówiąc „jedyny”, nie mam na celu deprecjonowania dorobku innych niezależnych stowarzyszeń czy amatorskich grup teatralnych Tarnowa – mam na myśli, że to jedyny teatr finansowany niemalże w całości przez miasto; teatr, który jest miejską instytucją kultury; którego miasto jest organizatorem i który prowadzi. Zależy nam – bo dyrektor naczelny Rafał Balawejder też by się pod tym podpisał – żeby do teatru przychodziło jak najwięcej ludzi, żeby to było miejsce dla tarnowian otwarte i przyjazne, w którym się bywa nie za karę czy od święta. Z drugiej strony chcę, żeby naszymi widzami były także osoby, które wymagają od teatru czegoś więcej niż rozrywki – jakiejś refleksji nad rzeczywistością, komentarza do niej, opowiadania nowych, nieznanych historii. Dlatego myślę o repertuarze „eklektycznym”, który odzwierciedla dbałość edukacyjną o najmłodszych widzów poprzez realizację przedstawień familijnych czy bajek dla dzieci, proponuje rozrywkę weekendową zapracowanym mieszkańcom miasta i okolic dzięki komediom, spektaklom muzycznym, widowiskom lżejszego kalibru, nie zapomina o młodzieży szkolnej dzięki inscenizacjom klasyki światowej i polskiej. A jeśli te produkcje uda nam się zrealizować i zostanie trochę czasu, sił i środków finansowych, to pozwolimy sobie na poszukiwania, na proponowanie widzom nieco ambitniejszych rzeczy czy eksperymentów teatralnych.

Czy ma Pan jakieś ulubione dzieła literackie bądź sztuki, z którymi chciałby się Pan zmierzyć jako reżyser?
Mam pewne swoje życzenia, nadzieje, plany co do kolejnych przedsięwzięć w fotelu reżysera, ale nie oznacza to, że będę je realizował w Tarnowie. Na pewno wymieniłbym „Fizyków” Durrenmatta, „Bliżej” Marbera, „Hamleta” i „Ryszarda III” Szekspira, „Księżniczkę na opak wywróconą” Calderona. Nie przyjechałem tu jednak spełniać wyłącznie swoje marzenia. Nie zamierzam być dyrektorem, który z walizki wyciągnie kilka swoich spektakli i będzie zaspokajał swoje ambicje. Po pierwsze, konstruuję repertuar tak, by zainteresował jak najliczniejsze grono widzów. Po drugie, chcę dać szansę innym, zdolnym twórcom, żeby pokazali swój talent w Tarnowie. Czy, ile i co będę reżyserował w Tarnowie, pozostaje na razie dla mnie samego zagadką.

Reżyserską działalność zaczyna Pan dość ryzykownie od „Porachunków z katem”, czarnej komedii McDonagha, zważywszy, że „Jednoręki ze Spokane” tego autora w inscenizacji Zbigniewa Brzozy nie bardzo się spodobał tarnowskiej publiczności i dość szybko zszedł ze sceny.
Mój profesor w Akademii Teatralnej, nieżyjący już scenograf Marcin Jarnuszkiewicz mawiał, że „robi teatr dla wszystkich, ale nie dla każdego”, to znaczy zaprasza wszystkich, ale komu się spodoba to, co proponuje, to nie do końca od niego zależy. I tak sobie myślę, że w przypadku każdego spektaklu znajdą się mniejsze lub większe grupy ludzi, do których on trafi lub nie. Natomiast jestem dumny, że możemy zrobić prapremierę polską „Porachunków z katem”, nowego tekstu, na który, proszę mi wierzyć, chętnych było wielu. To, że trafił do nas, świadczy o tym, że działamy prężnie i staramy się, żeby takie „wisienki” z tortu dramaturgii współczesnej wyławiać i w Tarnowie przedstawiać.

Niemniej jako dyrektor artystyczny będzie Pan rozliczany nie tylko z własnych spektakli, bo w naszym mieście tarnowscy radni lubią się bawić w teatralnych krytyków i wypowiadać na temat przedstawień.
Nie jest najlepiej dla sztuki, gdy wielka lub mała polityka wtrąca się doraźnie w sprawy artystyczne i wykorzystuje teatr w swoich bieżących politycznych rozgrywkach. Oczywistym jest, że pracodawca czy też organizator placówki ma wszelkie prawo do egzekwowania od dyrekcji umówionego modelu teatru i do modyfikowania składu personalnego w przypadku wygasania kontraktów. Wydaje mi się jednak, że próba ingerowania w kształt przedstawień w takim bardzo doraźnym wymiarze, podnosząc do rangi skandalu drobiazgi, i rozdmuchiwanie tego ognia tak, że pojawiają się głosy, czy w ogóle warto teatr w Tarnowie mieć, to niebezpieczna przesada. Powinniśmy chronić to dobro, jakim jest teatr w Tarnowie – repertuarowy, ze stałym zespołem, wyjątkowy. Warto go hołubić.

REKLAMA (3)

Czy będziemy oglądać Pana na tarnowskiej scenie także jako aktora?
Nie sądzę, przynajmniej na razie nie widzę takiego powodu. Przyszedłem do teatru, w którym jest konkretny zespół artystyczny i moją rolą jako dyrektora jest zapewnienie aktorom wyzwań oraz dbanie o to, by te wyzwania stały się spełnieniami zarazem. Poza tym nie ukrywam, że jestem nieco zmęczony uprawianiem pierwszego wyuczonego zawodu. Nie chcę się zarzekać, ale przynajmniej na razie za sceną nie tęsknię.

Szkoda, bo jest Pan znakomitym aktorem, o czym świadczy chociażby lista zdobytych nagród. Nie będę jej tu przytaczać, bo jest naprawdę długa.
Aktor jest istotą próżną i każde wyróżnienie łechce jego ambicję i aktorskie ego. Mówiąc bardziej serio, faktycznie tak się szczęśliwie złożyło, że moja praca aktorska była doceniana przez różne osoby i instytucje. To zawsze szalenie miłe, że wysiłek nie idzie na marne, choć te nagrody nie zawsze są do niego adekwatne. Różnie też bywa z ich przyznawaniem i nie dla nich uprawia się ten zawód.

A co Pan lubi robić poza pracą? Jakie ma Pan zainteresowania?
To będzie bardzo nudne, co powiem, ale ja uwielbiam teatr i należę do osób, które siedzą w nim wcale nie dlatego, że muszą. Kiedy mam wolną chwilę, to jestem po prostu widzem teatralnym, oglądam moich kolegów. Interesuje mnie też to, co wiąże się z szeroko rozumianą kulturą – np. dobry film czy koncert. A z rzeczy niekojarzących się bezpośrednio z działalnością artystyczną – żeglarstwo, choć ostatnio mam mało okazji, żeby sobie popływać. Zimą lubię pojeździć na nartach albo snowboardzie, ale i w tym przypadku z racji napiętych harmonogramów rzadko mogę sobie na to pozwolić. Natomiast co wtorek w Warszawie, po próbach lub spektaklach, ruszam na halę sportową, żeby pograć w piłkę nożną z kolegami aktorami. Teraz z racji mojej nieobecności muszę to zarzucić, chyba że ten warszawski zwyczaj uda mi się zaszczepić w tarnowskim teatrze. Zacząłem już nawet prywatne śledztwo, kto ewentualnie mógłby wejść w skład takiej drużyny piłkarskiej.
Dziękuję za rozmowę. Życzę sukcesów na nowym stanowisku i więcej czasu na relaks.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx