Skok na bungee

0
71
jan-komasa3
REKLAMA

Do jakiego stopnia praca przy dokumentalnym „Powstaniu warszawskim” pomogła Ci w realizacji „Miasta 44”?
Na pewno sporo mi dała, utwierdziła w przekonaniu, że ludzie byli wtedy ludźmi, nie postaciami z książek, spiżu, papieru, z drukarni – kolorowymi jak komiks o powstaniu. Żyli, czuli, krzyczeli, uśmiechali się.
Wielki budżet, wielkie wyzwanie. Czujesz presję?
Czekam na moment premiery ze strachem i z ekscytacją, ekscytacji jest chyba jednak więcej. Cieszę się, że film w końcu trafi do widzów. Podobnie cieszyłem się z „Sali samobójców”. Zdaję sobie sprawę z rangi wyzwania, no ale ktoś musiał ten film nakręcić. Cudownie, że to byłem ja.
Na pewno pojawią się głosy krytyczne, również ze środowisk kombatanckich, nie obawiasz się tego rodzaju reakcji?
Nie zależało mi ani na epatowaniu czymkolwiek, ani na patosie. Chodziło o prawdziwe, emocjonalne kino o tamtym wydarzeniu zrealizowane przy użyciu współczesnych środków. Zdaję sobie sprawę, że jeżeli film się nie udał, zawodowo będę pogrzebany. Zdziwiłbym się, gdyby w przypadku artystycznej czy komercyjnej klapy „Miasta 44” ktoś jeszcze mi zaufał, chciał inwestować pieniądze w kolejne projekty. Zaryzykowałem w „Miasto 44” wszystko. Wszedłem w ten film na maksa.
Żarliwie szukałeś inspiracji, czytałeś dokumenty, zatrudniłeś się nawet jako wolontariusz w Muzeum Powstania warszawskiego.
Dla mnie to zupełnie naturalne. Jeżeli wchodzisz w taki film, trzeba to zrobić uczciwie, pokornie, bez artystowskiego zadęcia.
Klucz plastyczny tego filmu sytuuje się bliżej „Szeregowca Ryana” Spielberga czy na przykład „Kanału” Wajdy.
Zdecydowanie bliżej „Kanału”, w ogóle klasycznego kina, również „Czasu Apokalipsy” Coppoli. Myślę, że estetyka „Szeregowca Ryana” czy „Kompanii braci” była przez kino nadużywana i jest już passé. Oczywiście, również i te filmy oglądałem wiele razy, ale nie były dla mnie ważną inspiracją. Starałem się unikać sytuacji, w których trzęsąca się kamera tuszowałaby braki scenograficzne. Wierzę że „Miasto 44” będzie kinem widowiskowym pełną gębą, niepotrzebującym tego rodzaju uników.
Z jednej strony otrzymałeś gigantyczny jak na polskie warunki budżet, z drugiej postanowiłeś obsadzić film niemal w całości debiutantami.
Aktorzy musieli być młodzi, bardzo mi na tym zależało. Budżet wynoszący dwadzieścia cztery miliony mobilizował. Starałem się zapanować nad wszystkimi elementami. Wiedziałem przecież, że nikt wcześniej nie dostał w Polsce takiej szansy. Ogromne pieniądze zestawiłem z debiutanckimi twarzami aktorskimi. Nie wiedziałem do końca, jak zagrają, czy uda się im zapanować nad materiałem, ale również i ta niepewność była stanem pięknym, niemal pożądanym. Ekstremalny skok na bungee.

REKLAMA

Kilka miesięcy temu oglądaliśmy w kinach dokumentalne „Powstanie warszawskie”, również w tym projekcie miałeś swój udział.
„Powstanie warszawskie” jest projektem, który przeszedł wiele metamorfoz. Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, oraz Piotr Śliwowski, szef pionu historycznego muzeum, po obejrzeniu „Sali samobójców” zwrócili się do mnie z propozycją współpracy. Okazało się, że byli w posiadaniu niesamowitej ilości materiałów dokumentalnych z czasów powstania warszawskiego. Te filmy przeszły skomplikowaną drogę, ale na szczęście nie zostały zniszczone. W końcu znalazły się w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych gdzie przez lata za opłatą można było kopiować ich niewielkie fragmenty w słabej jakości technicznej. Ołdakowskiemu i Śliwowskiemu udało się wydobyć z wytwórni cały materiał, a kiedy zeskanowali filmy na najlepszych laserowych maszynach, ukazała się im nieprawdopodobna rzeczywistość powstańcza uchwycona w całej złożoności.
Filmy podczas powstania kręcili operatorzy należący do struktur Polskiego Państwa Podziemnego.
Chodziło o zrobienie kronik filmowych, dokumentację. Wśród operatorów byli znakomici przedwojenni filmowcy, chociażby Antoni Bohdziewicz. Dzięki ich zaangażowaniu powstał unikalny na skalę światową, wstrząsająco piękny zapis dokumentalny tego okresu. Oglądając po raz pierwszy materiał liczący w sumie pięć i pół godziny, miałem poczucie obcowania z prawdą odkrywaną na nowo, jakbym obserwował dokumenty Karabasza. Siła detalu, ujęcia rejestrowane przypadkowo, rzeczywiste reakcje.
Najpierw materiały został pokolorowane, następnie Ołdakowski i Śliwowski uznali, że skoro Muzeum Powstania jest w posiadaniu dokumentów stanowiących dobro publiczne, warto byłoby upowszechnić je poprzez film. Wówczas poproszono mnie o wymyślenie sposobu, by dokument przeobraził się w kino. Dramat wojenny non fiction.
Powstało coś w rodzaju „found footage”, kino korzystające z gotowych materiałów filmowych.
Słyszysz głosy, widzisz twarze. „Powstanie warszawskie” wygląda jak kolorowy dokument z powstania znaleziony po latach.
Pomysł w zasadzie wywrotowy.
Z ponad pięciu godzin materiału wybraliśmy półtorej. Nasz found footage rządził się jedną zasadą. Bohaterami „Powstania warszawskiego” są ludzie z kamerą. Przeczytałem wszystko na ich temat, a chociaż tych dokumentów ocalało niewiele. wyłania się z nich obraz odważnych i utalentowanych reporterów wojennych. Fotografowie i filmowcy są dzisiaj codziennością: w Iraku, Syrii, Afganistanie, na Ukrainie, ale wówczas tego rodzaju dokumentacja dopiero raczkowała. Operatorzy powstańczy biegali z kamerą po mieście, rejestrowali każdy moment. To, co wówczas nakręcili, jest szalenie współczesne, dotkliwe.
Jak Dziga Wiertow.
Totalne „verite”. Napisałem pomysł, którego trzon stanowiła opowieść o dwóch braciach operatorach, którzy dokumentowali rzeczywistość powstańczą. Bohaterowie mieli zresztą autentyczne pierwowzory. Oparliśmy się na historii braci Szope ,którzy nawet pojawiają się w filmie w jednym z ujęć. Bracia wierzą, że powstanie się skończy, będą wolni i wrócą do przedwojennego świata kina ale by dobrze zafunkcjonować w tym świecie, realizują film o wojnie, jakiego wcześniej nie było.
W „Powstaniu warszawskim” pojawiają się postaci autentyczne, chociażby Maria Rodziewiczówna, sędziwa autorka „Wrzosu”, najbardziej przejmujące są jednak momenty najzupełniej zwyczajne: oto dziewczyna mizdrzy się do kamery, ktoś sprząta podwórko, chłopiec w kaszkiecie planuje podryw…
Rozmawiają ze sobą, czasami dowcipkują. Poprosiłem o pomoc wielu wspaniałych aktorów. Film był wyzwaniem, ciężką – chociaż fascynującą – drobiazgową robotą. Pracowałem nad nim przez wiele miesięcy, w końcu jednak okazało się że projekt rozrósł się do tego stopnia, iż nie jestem w stanie ciągnąć tego dalej. Zaczął się dla mnie intensywny etap przygotowań nad fabułą, „Miastem 44”.
W którym momencie opuściłeś projekt?
W styczniu 2013 roku prace nad „Miastem 44” były już mocno zaawansowane, czas ostatecznych castingów. Nie miałem innego wyjścia, musiałem przerwać realizację projektu dokumentalnego, zgadzając się, by trafił w inne ręce. Zostali zatrudnieni następni realizatorzy, scenarzyści, dialogiści. I to oni pociągnęli film dalej. W efekcie „Powstanie warszawskie” jest już zupełnie innym filmem reżyserowanym przez kogoś innego – jednakże wciąż według mojego macierzystego pomysłu.
Rozmawiam z bardzo młodym człowiekiem, jednocześnie największym dzisiaj specjalistą filmowym w dziedzinie powstania warszawskiego czy szerzej – tematyki drugiej wojny światowej w naszym kinie.
Już wystarczy. Niedawno otrzymałem propozycję nie do odrzucenia, i to z Hollywood. Gwiazdorska obsada, oscarowy producent, ja jako reżyser. Takich okazji nie wypuszcza się z rąk. Jednak zrezygnowałem. Akcja filmu miała rozgrywać się w obozie koncentracyjnym wśród żydowskich więźniów. Nie mam siły, żeby raz jeszcze zmierzyć się z tak obciążającym tematem. Muszę odpocząć: fizycznie i psychicznie. Poza tym nie marzę wcale o statusie specjalisty od tematyki wojennej i żadnej innej. Chciałbym, żeby każdy kolejny projekt był dla mnie krokiem w nieznane. Jestem freelancerem, wędrowcem.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments