Stand‑up to ostry humor…

0
35
stand up

Ciężko jest rozśmieszać ludzi?
To zależy. W swoim „zawodzie” siedzę już 12 lat. Początkowo występowałem w kabarecie, a od siedmiu lat już samodzielnie staram się tworzyć show, którego celem jest wzbudzenie uśmiechu na twarzach osób przychodzących na moje występy.
Bywa z tym różnie i wpływ ma na to wiele czynników, jak chociażby wcześniej stworzona przez organizatora kolejność, która decyduje, w którym momencie masz pojawić się na scenie. Ludzie mogą być już zmęczeni wcześniejszymi występami twoich kolegów po fachu, a twój spektakl po prostu prześpią. Nie inaczej jest z żartami. Jednego coś rozbawi, a ktoś inny będzie siedział niewzruszony, dlatego pisząc swoje nowe teksty, sprawdzam je po kilka razy, aby wiedzieć, w którym momencie zrobić pauzę, a kiedy w żadnym wypadku się nie zająknąć, by nie spalić dobrego żartu.

REKLAMA

Pochodzisz z Rybnika, który kojarzony jest z wieloma kabaretami…
…i przez to pewnie łatwiej było mi dostać się na scenę. Miałem szansę poznać osoby, które wcześniej widziałem tylko w telewizji, jak chociażby chłopaków z Kabaretu Młodych Panów, którzy niejednokrotnie doradzali mi w kwestiach scenicznych. Co roku w moim mieście organizowana jest również Rybnicka Jesień Kabaretowa, dzięki której nawiązałem znajomości z kabareciarzami z innych zakątków kraju.

Mówiłeś o tym, że na początku występowałeś w kabarecie. W porównaniu ze stand‑upem to zapewne dwa różne światy?
Rzeczywiście. Każdy może zostać kabareciarzem, ale już nie każdy może zostać stand‑uperem. Stand‑up jest zdecydowanie trudniejszym kawałkiem chleba. Na scenie jestem sam. Końcowy sukces programu, z którym występuję, zależy wyłącznie ode mnie i muszę polegać tylko na sobie. Czasami jest tak, że żart bardziej bawi mnie niż publiczność. Wówczas trzeba odpowiednio zareagować. Kabaret wiele rzeczy wybacza. Widownia skupia się na kilku osobach.

Bo aby być dobrym stand‑­uperem…
… sam talent nie wystarczy. Od samego początku musimy nastawić się na ciężką pracę. Pisanie programu może zająć pół godziny, ale innym razem nie napiszemy go przez kilka dni, ponieważ nie mamy pomysłu. Odpowiednia mimika, przemyślane teksty, to wszystko sprawia, że nasze szanse na sukces w tym „zawodzie” rosną. Według mnie najważniejsza jest jednak charyzma. Kiedy jesteś pewny siebie i już na starcie zdobywasz sympatię publiczności, to wiesz, że możesz pozwolić sobie na więcej. A to bardzo ułatwia sprawę.

Stand‑up w naszym kraju jest coraz popularniejszy?
Ludzie polubili ten typ rozrywki, ale wciąż zdarzają się sytuacje, że ktoś jest zdziwiony czy wręcz zszokowany językiem, jaki często pojawia się w tego rodzaju występach, bo słówka uznane za nieparlamentarne są na porządku dziennym. Ostry humor jest jednak czymś, co charakteryzuje stand‑­up, więc ci, którzy mogą czuć się urażeni tego typu występami, nadal w pierwszej kolejności wybierają kabarety.

Dialogi z publicznością również są na porządku dziennym. Zdarza się, że widownia daje popalić?
Oczywiście. Czasami trzeba uważać na żarty, bo coś, co rozśmieszy mieszkańców Śląska, nie zadziała na mieszkańców Warszawy i na odwrót. Zresztą nigdy nie powiem, że program, nad którym pracowałem dniami i nocami, jest już ukończony. On tak naprawdę ewoluuje z każdym kolejnym występem. Reakcja publiczności sprawia, że na bieżąco trzeba wprowadzać poprawki. Zdarzały się występy, które tylko w połowie trzymały się wcześniej ustalonego schematu, a druga połowa to była totalna improwizacja. Nie ukrywam, że były też sytuacje, w których to publiczność pociągała niejako za sznurki. Do dziś pamiętam jeden z występów, podczas którego mocno wstawiony mężczyzna z widowni cały czas wtrącał się w mój tekst. Kilka jego docinków było na tyle zabawnych, że pozostała część publiczności poszła w tę grę. Z czasem jednak był już na tyle męczący, że kazali mu się po prostu zamknąć. Mój program był już wówczas przede wszystkim improwizacją, a na pocieszenie pozostały mi jedynie przeprosiny podchmielonego pana…

W USA wygląda to chyba nieco inaczej?
To kolebka światowego stand‑upu. O ile w Polsce wciąż jest to zjawisko, które dopiero powoli rośnie w siłę, o tyle w USA już od kilkudziesięciu lat istnieją specjalne kluby, a podczas tzw. open mike praktycznie każdy może stanąć przed widownią i zaprezentować swój występ. Dzięki tego typu formule ten gatunek jest niezwykle przyjazny dla początkujących artystów i bardzo łatwo jest tam rozpocząć karierę stand‑upera. Sam przez wiele lat wzorowałem się na takich postaciach jak Piotr Bałtroczyk czy Tomasz Jachimek, jednak dopiero widząc występy Robina Williamsa, Georga Carlina czy Dave’a Chappelle’a, zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o