Miała Pani brawurowy start – jednoczesny angaż do Teatru Współczesnego, kreacja Niny w „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy, nagroda za debiut na festiwalu w Opolu za piosenkę „Ptakom podobni”.
Teatr był najważniejszy, a Współczesny otwierał horyzonty. Pracowali tam naprawdę wybitni aktorzy. Ścisła czołówka. Obowiązywał dobry gust: w sensie literackim i ludzkim. Wiele się nauczyłam.
Szkoła zawodu?
Nie mogłam trafić lepiej. Dowiedziałam się, jak pracować nad tekstem. Erwin Axer pilnował, żeby każda postać została nasycona emocjami. Zależało mu na głębokiej analizie tekstu. Największym zarzutem od Axera było zdanie: „Czytasz tekst”. Skoro „czytam” – to znaczy, że nie przetwarzam osobowości bohatera; nie rozumiem, po co stoję na scenie.
W jaki sposób znalazła się Pani w zespole Współczesnego?
Przez przypadek. Pod koniec studiów większość koleżanek i kolegów miało już podpisane angaże, a ja ciągle nie byłam zdecydowana. Miałam wprawdzie propozycję z Białegostoku, ale to również nie było nic konkretnego. Moja ulubiona pani profesor, Janina Mieczyńska, zapytała mnie któregoś dnia: „Stasiu, co z tobą będzie?”. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem. „No to ja zapytam Axera”. I rzeczywiście, zapytała. Erwin Axer przyszedł na nasz dyplom. Powiedział: „Chyba się przydasz”.
Szybko przewróciło się Pani w głowie. Głośna była sprawa Pani konfliktu z Tadeuszem Łomnickim.
To nieprawda. Byłam po prostu ambitna i pełna pasji. Pracowaliśmy z Axerem nad „Potęgą ciemnoty” Lwa Tołstoja. Przychodziłam na próby rozemocjonowana, wciąż z nowymi pomysłami. Szalenie podobała mi się rola. Akulina była rodzajowa i niedopowiedziana. Partnerowałam Tadeuszowi Łomnickiemu, który grał Nikitę. Nie był w najlepszej formie. Łomnicki angażował się wówczas w politykę. Pochłaniały go pozateatralne sprawy. W bufecie krążyła anegdota, że „Tadziu ma problemy z rudą”. Czyli – z rudą miedzi (śmiech).
Często przychodził znużony. Zmęczenie? W teatrze? To nie mieściło mi się w głowie. Podczas jednej z prób, kiedy Nikita-Łomnicki wygłaszał swoją kwestię, przeszłam przez scenę. „Co ona robi, przecież ja tu gram” – powiedział Tadeusz. „Ja też tutaj gram” – odparowałam i tupnęłam. Zapadła grobowa cisza. Po jakimś czasie Axer wziął mnie na bok i powiedział: „Stasiu, w teatrze jest hierarchia”. Coś ważnego zrozumiałam.
Z Łomnickim grała Pani potem wielokrotnie.
Byliśmy serdecznymi przyjaciółmi. Ale tamta przygoda miała dla mnie decydujące znaczenie. Wiedziałam już, że teatr to nie tylko kwestia umiejętności, talentu i warsztatu, ale także lata spędzone na scenie. Na przykład wiek aktora. Wcześniej nie brałam tego pod uwagę.
Jak jest dzisiaj?
To chyba definitywnie minęło. Nie tylko w teatrze. Kiedyś mówiło się o „szacunku dla siwego włosa”. Dzisiaj nie ma już starości-mądrości. Wyszła z mody. Każdy chce być młody i ta młodość trwa w nieskończoność. Zniknęła tolerancja dla wieku i śmierci. Wstydzimy się chorób. To bardzo smutne.
Teatr znosi granice wieku, biologii. W kinie to nie jest takie proste. Tym bardziej zdumiewający wydaje się Pani debiut w filmie Wajdy. Przed „Krajobrazem po bitwie” kobiety w polskim kinie występowały zwyczajowo w cieniu mężczyzn. A Pani zagrała tę żydowską dziewczynę z opowiadań Tadeusza Borowskiego nie tylko z dojrzałością doświadczonej aktorki, ale także z furią wynikającą z traumatycznych doświadczeń bohaterki. To było absolutne novum. Kontynuatorką Pani drogi była dopiero Krystyna Janda w „Człowieku z marmuru” z 1976 roku. Jako debiutantka nie bała się Pani Wajdy?
Nie. To dzisiaj zabrzmi zabawnie – walczyłam o rolę i film, ale na Wajdzie tak bardzo mi znowu nie zależało (śmiech). Młody człowiek ma ostry, często niesprawiedliwy osąd świata. Fascynował mnie Bergman, Antonioni, Visconti, Fellini, a Wajda – który dopiero co nakręcił przeciętne według mnie „Polowanie na muchy” – nie był na tej samej półce. Za to Nina była dla mnie bardzo ważna. Czułam, że ta rola to wyzwanie, które w kinie może się więcej nie powtórzyć. Do pewnego stopnia to się sprawdziło. Zagrałam tę rolę najlepiej, jak potrafiłam.
Po obejrzeniu „Oczyszczonych” Warlikowskiego Andrzej Wajda napisał do mnie zaskakujący list. „Z taką samą żarliwością walczyłaś kiedyś o Ninę, jak teraz walczysz o tę kobietę z peep-show” – przeczytałam. To było wzruszające.
Kolejnym ważnym nazwiskiem na Pani drodze artystycznej był Warlikowski…
W „La Boheme” rolę Widma grał Redbad Klynstra. Polubiłam tego chłopca. Któregoś dnia zapytał mnie: „Pani Stanisławo, dostałem główną rolę w Poznaniu od nieznanego, młodego reżysera Krzysztofa Warlikowskiego. To „Roberto Zucco” Bernarda-Marie Koltesa. Mam się zgodzić?”. Odpowiedziałam, żeby w ogóle się nie zastanawiał. W ten sposób po raz pierwszy usłyszałam nazwisko Warlikowskiego.
Kilka lat później zagrała Pani Cecylię w „Zachodnim wybrzeżu” Koltesa.
Od początku nie miałam wątpliwości, że to wybitnie utalentowany reżyser – widziałam przecież na wideo jego „Peryklesa” z Piccolo Teatro di Milano. Jednak na pierwszą próbę szłam bez żadnych specjalnych oczekiwań. I rzeczywiście, zobaczyłam niepozornego, urodziwego chłopczyka z kolczykiem w uchu. Pomyślałam: „Oho, kolczyk w uchu, na pewno reżyser. Przechlapane”. (śmiech). Zaczęliśmy próbę czytaną. Nic z tego tekstu nie rozumiałam, ale cokolwiek bym nie powiedziała, Warlikowski zaśmiewał się do rozpuku. Byłam trochę zdumiona, ale podobno Swinarski reagował podobnie. No i tak to się zaczęło. Od chichotu.
Warlikowski powtarzał często, że w teatrze nigdy nie ogranicza się Pani do „odegrania” postaci. „Stanisława Celińska wkłada w każdą rolę coś z siebie, swojego odczuwania i rozumienia świata” – mówił przed premierą „Oczyszczonych”.
Kiedy spotkałam Krzysztofa Warlikowskiego, miałam 51 lat. Byłam w ciężkiej sytuacji, musiałam zarabiać na życie. Dawałam recitale, brałam udział w przedstawieniach impresaryjnych, występowałam w kinie i w telewizji. Wydawało się, że tyle wystarczy, więcej nie trzeba. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawił się nieśmiały chłopiec, który przywrócił mi młodość, zmotywował do głębokich prowokacji.
Na początku kilka rzeczy musiałam w sobie przewartościować. Podczas pierwszych prób „Zachodniego wybrzeża”, które zaczęły się przed wakacjami, byłam wprawdzie zachwycona Warlikowskim, ale na urlopie wszystko raz jeszcze przemyślałam i uznałam, że nie stać mnie na takie poświęcenie, że to za dużo. Mam swoje piosenki, film, seriale. Po co te eksperymenty?
Na pierwszą powakacyjną próbę szłam z zamiarem poinformowania Warlikowskiego, że owszem, było mi bardzo miło, ale nie mam siły na ten spektakl. Kiedy tylko weszłam do budynku, Krzysiek od razu przybiegł i zaczął mnie obejmować. Wyglądał cudnie, opalony, co nie jest bez znaczenia, bo jego uroda na pewno dodawała mu czaru. Mówił, jak bardzo jest szczęśliwy, że razem pracujemy, ile ma nowych projektów, wspominał, że ciągle o mnie myślał itd.
Po powrocie do domu łzy płynęły mi jak grochy. Pomyślałam: „Jak mogłam chcieć zrezygnować ze współpracy z takim człowiekiem, z takim artystą”…
Wśród najmłodszego pokolenia teatromanów jest Pani uważana za aktorkę kultową – nie tylko ze względu na Pani status w teatrze Warlikowskiego, ale także za Pani piosenki. „Atramentowa rumba” nagrana z zespołem Los Locos, słynny „Song sprzątaczki” czy „Uśmiechnij się” to evergreeny YouTube’a i Facebooka.
Każda z tych piosenek to inna opowieść. Kiedy dostałam od Andrzeja Strzeleckiego „Uśmiechnij się”, wiedziałam, że musi to być song brechtowski. To się śpiewa całym ciałem. „Sprzątaczka” narodziła się w trudnym momencie mojego życia. Po zapomnieniu alkoholowym zaczęłam wychodzić z dołka. Powiedziałam wtedy Jurkowi Satanowskiemu, że chciałabym wystąpić na festiwalu we Wrocławiu. Zaśpiewałam wtedy dwie piosenki do tekstów Jonasza Kofty: „Song sprzątaczki” i „Stop-klatkę”. Od pełnej charakterystyczności do maksymalnego dramatyzmu. Według tego wzoru przygotowałam kolejny recital.
Niemal w każdym wywiadzie wspomina Pani wyjątkową rolę, którą w Pani życiu odegrała niegdyś babcia.
Babcia przed każdą premierą pytała mnie: „Stasiulka, weszłaś już w rolę? Już w niej jesteś?”. Nigdy nie usłyszałam mądrzejszego pytania. Wejść w rolę, czyli odnaleźć pełne porozumienie z postacią. To bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Babcia ukształtowała mnie we wszystkich dziedzinach. Dała mi formę, potem Bohdan Cybulski udowodnił, że stać mnie na jeszcze więcej, a Krzysztof Warlikowski uwierzył we mnie w momencie, kiedy inni zwątpili.
Patrzę na Panią i widzę osobę pogodzoną z losem, spokojną, do bólu prawdziwą…
Jestem leniwym byczkiem, który najchętniej wylegiwałby się na słoneczku, wąchał kwiatki i zajadał przysmaki. Ale od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto każe mi wstać, ruszyć się i skoczyć przez płotek. A ponieważ byczek jest również ambitny, skacze. Czasami się potłucze. Ale skacze.
![Elektryczny autobus pojedzie ul. Wałową? [ZDJĘCIA] Autobus elektryczny ul. Wałowa Tarnów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/IMG_20251205_125959-218x150.jpg)
![Postępują prace przy ul. Batorego [ZDJĘCIA] Remont Batorego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Remont-Batorego-7-218x150.jpg)
![Rozpoczął się Kaziukowy Jarmark na tarnowskim rynku [ZDJĘCIA][WIDEO]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/DSC0008-218x150.jpg)










![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)






