To w końcu dom malarza…

0
214
martynow
REKLAMA

Pracownia jest na piętrze, ale sztalugi zajmują poczesne miejsce salonie na parterze.
– Kiedy złamałem nogę, brat zniósł mi je na dół i tak już zostało. Maluję w zasadzie wszędzie, najchętniej w plenerze – mówi Jerzy Martynów. – Choć nieraz maluję ze szkicu, z pamięci czy ze zdjęcia – to taka forma współczesnego szkicownika – to jednak wrażenia, jakie chwyta się na bieżąco, podczas malowania w plenerze, w konkretnej chwili, sytuacji, są najsilniejsze, najbardziej wyraziste. To żyje potem w obrazie.
Salon w domu malarza można oglądać długo. Są tu i obrazy z różnych okresów życia (najnowsze, świeżo oprawione, to pejzaże i studia z niedawnego pobytu w Prowansji i Normandii), a także pamiątki i ciekawostki z różnych stron świata: stara ceramika, kolekcja motyli, marokański nóż z Casablanki, amonity, maska ze Sri Lanki, która ma chronić przed chorobami, części średniowiecznej zbroi z Florencji.
– Kupiłem ją od wdowy po florenckim malarzu. Przywiozłem, a pani, która u nas sprząta, przy odkurzaniu tej części domu zapytała: „A te rynny to gdzie położyć? ”
Dom z zewnątrz nie sprawia wrażenia dużego, w środku jednak jest zarazem pełny i przestronny. Jerzy Martynów zaprojektował go sam. Żartuje, że jest to jakby „rozbudowanie osobowości”.
– Nic tu nie jest przypadkowe – od muru zewnętrznego po układ salonu. To samo z ogrodem – nie jest rozległy, ale jest dużo zieleni, sosny, kapliczka… Chodziło o to, żeby się wkomponować w lokalny pejzaż. Dobrze się tu czuję. Kiedy siedzę na miejscu, w Tarnowie, mało wychodzę z domu – mówi artysta.
Nie siedzi jednak w Tarnowie zbyt wiele. Był m.in. w Meksyku, w Maroku, bywa często w południowej i wschodniej Europie. Mile wspomina Ukrainę, Litwę, Słowenię, mniej mile – Grecję.
– Jakoś mnie tam nie ciągnęło i chyba słusznie… W czasie pleneru na wyspie Chios, na który dałem się w końcu namówić, okradli mnie do zera, a dokładniej – do dwóch euro. Pomogła nam ateńska polonia, ale było sporo kłopotów, bo straciłem też dokumenty…
Wyjeżdża zwykle na plenery lub przy okazji organizacji wystaw. Niedawno wrócił z Francji, wcześniej miał wystawę w Słupsku, tego lata ma także być na Litwie i Żmudzi i na dwutygodniowym plenerze w Łańcucie. W sierpniu wybiera się ponownie do Francji, tym razem w okolice Awinionu.
– Będę tam miał dość ważną wystawę, zabieram sporo płócien dużego formatu – właśnie są w trakcie pakowania. Francja i Włochy to moje ulubione okolice. Nie ma jak Prowansja czy Toskania: dobry klimat, dobre jedzenie i wino, wspaniałe światło, a i ludzie, których spotyka się tam po drodze – i miejscowi, i turyści – jakby bardziej pogodni, otwarci, zainteresowani nowymi wrażeniami, sztuką.
Do tej części Europy trafia też wiele prac tarnowskiego malarza.
– W Paryżu współpracuję z dwoma dość znanymi galeriami. Sporo sprzedaję przez różne galerie zagraniczne, także internetowe. To dobra idea – nie trzeba wozić obrazów po galeriach, pokazuje się je w sieci. Jak przychodzi zapytanie, wystarczy zapakować i wysłać… W Polsce mam także sporo klientów, przede wszystkim w Warszawie i w Gdańsku, choć muszę tu dodać, że kiedy dwa lata temu miałem wystawę w Tarnowie w muzeum, to także wszystko się sprzedało – czym byłem nawet zaskoczony. Cóż, mogę powiedzieć, że mi się udało – jak kończyłem akademię, miałem tylko trampki i dyplom. Chciałem żyć z malowania i projektowania. I z tego żyję.
Zapytany, jakie miejsca na świecie chciałby jeszcze zobaczyć, namalować, poznać, Jerzy Martynów bez wahania wymienia Indie oraz szlak św. Jakuba przez południe Europy.
– Marzy mi się wędrówka ze szkicownikiem tą trasą, ale wciąż mam kłopoty z nogą, więc nie jestem pewien, kiedy uda się to zrobić. Indie, choć odleglejsze, są bardziej realne, bo mam przyjaciela, który niemal co roku tam podróżuje. Chyba dam mu się wyciągnąć. Pozwiedzamy z aparatem fotograficznym, szkicownikiem, notatnikiem… Potem, jak przyjdzie zima, siedzi się przy sztalugach i maluje…

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments