Tygodnia śmiechu krótkie sumowanie

0
67
REKLAMA

Motywem przewodnim tegorocznego festiwalu w Tarnowie była….dłoń. Otwarta, z palcami ozdobionymi teatralnymi nakryciami głowy i krawatem, machała do publiczności z plakatów autorstwa Macieja Sroki. Wokół dłoni koncentrowała się też fabuła tarnowskiego spektaklu konkursowego „Jednoręki ze Spokane”.
Zestaw przedstawień zaproszonych na festiwal dobrany został tak, aby reprezentowane były różne oblicza muzy komedii. W ten wachlarz komediowych możliwości dobrze wpisała się tarnowska sztuka ze swoim czarnym, absurdalnym humorem. Choć nie do wszystkich ten rodzaj dowcipu trafia, to jest to niewątpliwie jedna z twarzy roześmianej Talii. A co pokazały w Tarnowie inne teatry?
Teatr Powszechny z Łodzi zaprezentował sztukę Jerzego Pilcha „Marsz Polonia” w reżyserii Jacka Głomba. To komedia polityczno‑społeczna o Polsce i Polakach. Postaci, które pojawiają się na scenie, uosabiają pewne charakterystyczne typy ludzkie z naszej najnowszej historii i współczesności. Solidarnościowiec, górnik, byli komuniści i opozycjoniści, intelektualiści z różnych kręgów spotykają się na balu u komunistycznego magnata, spierają się o narodowe pryncypia i rozumienie patriotyzmu, ale zgodnie uczestniczą we wspólnej orgii. Tymczasem tuż za miedzą gromadzi się lud z bogoojczyźnianymi hasłami na ustach. W powietrzu wisi duch konfrontacji. Kulminacyjnym punktem spektaklu jest mecz piłkarski proeuropejsko nastawionych liberałów z konserwatystami o tradycyjnych i narodowych poglądach. Polska gra przeciwko Polsce, jest to więc mecz do jednej bramki, z którego nic dobrego wyniknąć nie może. Jest i śmiesznie, i strasznie. Sztuka po gombrowiczowsku rozprawia się z naszymi polskimi upiorami. Niestety, spektakl jest przegadany i ma dłużyzny, w efekcie publiczność opuszczała widownię nie tyle zamyślona, co znudzona.
Inną propozycję komediową pokazał w Tarnowie Teatr Polski z Bydgoszczy – nowe spojrzenie na klasyczny tekst Michała Bałuckiego „Klub kawalerów”. Młody reżyser Łukasz Gajdzis uwspółcześnił realia sztuki, wzbogacił dziewiętnastowieczną ramotę o piosenki z Kabaretu Starszych Panów i zabarwił erotycznym humorem, choć niezbyt wyrafinowanym. Inscenizacja wzbudziła aplauz widzów, a jury, doceniając reżyserską pomysłowość i wysoką jakość realizacji scenicznej, nagrodziło spektakl Grand Prix Talii.
Kolejne przedstawienie zaprezentowane w konkursie nazwać można bez przesady niezwykłym. Mikołaj Grabowski, scenarzysta i reżyser w jednej osobie, zaprosił wszystkich do zabawy z osiemnasto‑ i dziewiętnastowiecznymi tekstami o Polsce saskiej i stanisławowskiej. „O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III” to sztuka, która powstała na podstawie pamiętników Jędrzeja Kitowicza, relacji cudzoziemców podróżujących po Polsce w tamtych czasach, a także wzbogacona została o fragmenty „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego. Składają się na nią scenki obyczajowe, przedstawiające dawnych Sarmatów z ciepłym humorem, nie stroniąc jednak od obnażania ciemnoty, głupoty, pijaństwa, okrucieństwa i innych przywar właściwych naszym przodkom. Czy tylko przodkom? Spokojnie, ostra krytyka naszych narodowych wad nie jest celem przedstawienia. Jest nim raczej satyryczne i dowcipne ożywienie historii, a sentyment do niej autora i poczucie humoru udzielają się zarówno aktorom, jak i widzom. Na scenie można było zobaczyć znane z małego i dużego ekranu twarze, m.in. Iwonę Bielską, Magdalenę Boczarską, Tomasza Karolaka. Spektakl zagrany był z pewną programową nonszalancją znoszącą barierę między widownią a sceną tak, by wrażenie wspólnej zabawy dominowało w teatrze, a odbiorowi tekstu towarzyszyło przymrużenie oka. Bo jeśli ośmieszane zachowania czy typy ludzkie budziły czyjeś skojarzenia ze współczesnością, to już jego sprawa. To oryginalne widowisko zostało dostrzeżone przez jury, a jego twórca nagrodzony.

REKLAMA

Dość blado natomiast wypadł na festiwalu Teatr Państwowy ze słowackich Koszyc. Sztuka Miro Gavrana „Wszystko o kobietach” jest dobrze znana bywalcom Tarnowskiego Teatru, gdyż dwa lata temu wyreżyserował ją na naszej scenie Krzysztof Prus. Ci, którzy ją wówczas widzieli, zapewne pamiętają ten świetny tekst w naprawdę niezłej inscenizacji. Przy niej spektakl Dusana Bajina nie wypadł korzystnie.
Dwa ostatnie przedstawienia konkursowe Talii przyjechały do Tarnowa z Warszawy. Pierwsze z nich to popularna farsa Raya Cooneya „Mayday” w reżyserii Krystyny Jandy, wystawiona przez Och‑Teatr. Jej fabuła koncentruje się wokół perypetii londyńskiego taksówkarza‑bigamisty, który krąży między dwoma domami do czasu, aż jego podwójne życie zostaje zagrożone. Pragnąc ukryć za wszelką cenę prawdę o sobie przed żonami, prasą i policją, brnie w kolejne kłamstwa i matactwa, które od wielu lat rozśmieszają widzów na całym świecie. W spektaklu Krystyny Jandy zobaczyliśmy m.in. Rafała Rutkowskiego (za rolę Johna Smitha uhonorowany został w Tarnowie jedną z nagród aktorskich), Artura Barcisia, Marię Seweryn, Monikę Frączek, Stefana Friedmanna. Dobrą obsadę i komediowe walory farsy docenili tarnowianie, przyznając właśnie temu przedstawieniu nagrodę publiczności. Tak więc tradycji stało się zadość, bo na Talii od paru lat właśnie farsy zwyciężają w plebiscycie widzów – widać jest na nie zapotrzebowanie.
Drugie z warszawskich przedstawień, które zakończyło rywalizację konkursową, to znakomita sztuka Rona Hutchinsona „Księżyc i magnolie” w reżyserii Macieja Englerta, zaprezentowana przez aktorów Teatru Współczesnego. Jest to opowieść o okolicznościach powstania scenariusza do filmu „Przeminęło z wiatrem”. Oto producent David O. Selznick, niezadowolony z dotychczasowych efektów pracy na planie, przerywa zdjęcia, zwalnia reżysera i decyduje się na desperacki krok – zamyka się na 5 dni i nocy z nowymi twórcami filmu, by wspólnie stworzyli nową wizję produkcji. Jednak nowy scenarzysta nie czytał książki Margaret Mitchell, więc Selznick wraz z reżyserem usiłują opowiedzieć mu i sugestywnie odegrać przed nim sceny przyszłego obrazu filmowego wszech czasów, przy okazji wychodzą na jaw lęki i kompleksy trzech panów, związane z ich pracą, żydowskim pochodzeniem czy niską w przeszłości pozycją społeczną. Groteskowa sytuacja, rewelacyjne dialogi i mistrzowska gra aktorska to niewątpliwe zalety tego widowiska. Sławomir Orzechowski (Selznick) i Andrzej Zieliński (scenarzysta Hecht) za role w nim otrzymali ex aequo główne nagrody aktorskie Talii. Obok nich pojawili się także na scenie Leon Charewicz i Marta Lipińska.
Spektaklom konkursowym Talii towarzyszyły jak co roku imprezy sceniczne i wystawy plastyczne. Podczas tegorocznej edycji festiwalu mogliśmy bawić się w rytm przebojów z lat 70. i 80. wraz z Tercetem, czyli Kwartetem, który tworzą Piotr Gąsowski, Robert Rozmus, Hanna Śleszyńska oraz Wojciech Kaleta i zespół muzyczny pod jego kierownictwem. Mieliśmy też okazję podglądać aktorów podczas improwizacji scenicznych na zadane przez publiczność tematy – Teatr Improv‑AB OVO z Warszawy bawił się z tarnowskimi widzami, odkrywając przed nimi metodę aktorskich ćwiczeń Keitha Johnstone’a. Finałową galę zaś uświetniło widowisko zrealizowane wspólnie przez Grupę Rafała Kmity i Teatr Rozrywki z Chorzowa pt. „Jeszcze nie pora nam spać”. Połączenie kabaretowych skeczów z piosenkami i tańcem w bogatej oprawie muzycznej i baletowej dało niespodziewany efekt – kameralnej satyry i pełnego rozmachu musicalu w jednym.
Ponadto widzowie i goście Talii mogli przystanąć, uśmiechnąć się, ale też zamyślić w foyer teatru przy rysunkach satyrycznych Janusza Grysiewicza lub odwiedzić Galerię Miejską na dworcu PKP, gdzie Tadeusz Koniarz dzielił się fotograficznymi anegdotami pod wspólnym tytułem „przyŁapane”.
Ogólnie formuła festiwalu przypominała ubiegłoroczną. Zachowano czteroosobowe jury profesjonalne i dwukrotną (z jednym wyjątkiem) prezentację spektakli, tradycyjnie wydawano też festiwalową gazetkę „4 strony Talii”.
Ale niestety, jak w ubiegłym roku, przedstawień w konkursie było tylko siedem, w tym jedno zagraniczne, a to już cieszy mniej, bo pamiętamy czasy, gdy w Tarnowie gościło podczas tej imprezy nawet kilkanaście polskich teatrów, i do tych czasów ciągle tęsknimy. Poza tym zapraszanie zagranicznych widowisk do rywalizacji o nagrody mija się z celem. Po pierwsze, przepadają w konfrontacji z polskimi, co obserwujemy już drugi rok z rzędu, bo sama bariera językowa utrudnia ich odbiór. Po drugie, impreza ogólnopolska z nazwy powinna trzymać się rodzimej produkcji teatralnej i zmierzać do poszerzenia oferty w tym względzie, zaś gości zza miedzy zapraszać można jako ciekawostkę pozakonkursową.
Na plus natomiast warto zapisać trafny dobór spektakli pod względem ich różnorodności i wysokiego poziomu artystycznego, sprawną organizację oraz miłą atmosferę wokół całego przedsięwzięcia.
I na koniec uwaga. Szczycimy się, że podczas Talii Tarnów staje się na kilka dni stolicą komedii. Czy jednak czuje się poza budynkiem teatralnym szeroki oddech muzy patronującej festiwalowi? Fakt, że w ciągu kilkunastu minut bilety na większość spektakli zostały wykupione, świadczy tylko o tym, że wierni widzowie i miłośnicy teatru jak zwykle nie zawiedli. Miasto jednak nie żyje tą imprezą. Spore grono mieszkańców ma ledwie blade pojęcie o jej istnieniu, bo zza teatralnych murów nikt do nich nie wychodzi, jak do dawniej bywało. Przydałyby się wyraziste sygnały o trwającym święcie komedii w kluczowych punktach miasta – krótkie happeningi, ciekawe instalacje plastyczne itp. Pomysły można by mnożyć. Mamy w Tarnowie grono utalentowanych plastyków i szkoły artystyczne. Może warto byłoby nawiązać z nimi współpracę? Niech Talia w przyszłym roku zaśmieje się na całe gardło i nie tylko dla elit.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o