Wspominając Anię

0
91
REKLAMA

Z wykształcenia muzykolog, z miejsca urodzenia tarnowianka, wymyśliła sobie, że z małego ośrodka kultury, do tego zlokalizowanego nie w wielkim mieście, a ośrodku wiejskim, zrobi miejsce, do którego przyjeżdżać będą sławy muzyki. Miejsce, które promieniować będzie na cały kraj przedsięwzięciami, których będą zazdrościć duże miasta.
Nie mając nigdy zbyt wiele pieniędzy budżetowych, zaczęła tworzyć atmosferę, pozytywny snobizm, dla którego nie tylko warto było przyjechać do Kąśnej, ale i w niej coś zostawić. I przyjeżdżali tam muzycy z pierwszych stron gazet. Przyjeżdżali lokalni – i nie tylko – biznesmeni, żeby „liznąć” kultury przez duże K. Pierwsi po kilku latach zaczęli traktować Kąśną jak swoje miejsce, w którym tworzy się rzeczy niespotykane gdzie indziej. Drudzy w miarę upływu czasu zostawiali trochę grosza, aby wspomóc Kąśną w jej projektach.
Ania znalazła się wśród takich nazwisk jak Krystyna Penderecka, Agnieszka Duczmal, które nazywano dziewczynami o jedwabnych pazurkach. Każda z tych pań potrafiła pozyskać biznesmenów, polityków, a przed wszystkim działaczy i twórców kultury dla celów, które chciała osiągnąć. Fortepian podarowany przez Ursa Ruchtiego, remonty dworku Paderewskiego, festiwale Bravo Maestro, Tydzień Talentów, Muzyczne Spotkania u Paderewskiego, niezliczone koncerty… – to tylko szybkie wyliczenie efektów pracy Ani. Dzięki niej Tarnów, Kąśna, Centrum Paderewskiego stały się miejscami znanymi i cenionymi na mapie kulturalnej kraju.
Ania nie była dzieckiem sukcesu. Na swoją pozycję musiała ciężko pracować. Nie od razu otwierały się przed nią drzwi lokalnych, regionalnych i krajowych włodarzy. Ileż to razy musiała przeżywać spotkania, po których odprawiano Ją z przysłowiowym kwitkiem. A Ona mimo to wracała, drążąc temat dalej – nie dla siebie, ale swojej Kąśnej. Potrafiła tak pięknie wciągać do pracy na rzecz Centrum wspaniałych artystów jak Vadim Brodski, Konstanty Andrzej Kulka, Krzysztof Jakowicz, Waldemar Malicki, Andrzej Olejniczak, Tomasz Strahl, Dorota Imiołowska, ale i starostę, wojewodę czy też posłów.
Jak potrafiła godzić rolę dyrektorki Centrum z rolą żony i matki, wiedzą tylko ci, którzy doświadczyli spotkań w domu Ani, w którym ciepło, miłość można było czerpać garściami. Kiedy przyszła choroba, poza tym, że nie mogła być już tak aktywna, nic się nie zmieniło. Dalej myślała o pracy, rodzinie, przyjaciołach. Kiedy leżąc w Klinice Onkologicznej, dowiedziała się o operacji mojej żony, z uśmiechem powiedziała, żeby przekazać Ewie część jej siły, optymizmu i wiary w dobre zakończenie. Zawsze marzyła o tym, aby, kiedy już zwycięży chorobę, wyjść na scenę i powiedzieć – miałam raka, ale go zwyciężyłam.
Kiedy w 2002 roku zaproponowałem jej funkcje wiceprezydenta Tarnowa, trudno jej było pogodzić się z myślą, że zostawi swoje „dziecko” – Centrum. Miała również wiele obiekcji, czy da radę. Ktoś kiedyś miał mi za złe, że na końcu Jej drogi zmusiłem Ją do ciężkiej pracy. Ale ja też wierzyłem, że wygra z chorobą, a nowe wyzwania jej w tym pomogą. Kiedy zobaczyłem, jak Ania wspólnie z Bogdanem Wojtowiczem z wypiekami na twarzy mówi o ich planach na najbliższe lata, to byłem pewien, że tych dwoje zmieni kulturalny Tarnów. Niestety nie zdążyli…
Czas mija i w natłoku codziennej bieganiny zapominamy o tych, którzy dali nam tyle siebie. Proszę, pamiętajcie o Ani, bo Ona tam w niebie na pewno pamięta o nas.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o