Zakonnice, ekstaza i bunt

0
170
anna-radwan
REKLAMA

Barbara Sass w filmie „W imieniu diabła” inspirowała się historią głośnego konfliktu w domu zakonnym Zgromadzenia Sióstr Rodziny Betańskiej w Kazimierzu Dolnym.
Konflikt między grupą sióstr betanek a władzami zakonnymi, którego bezpośrednią przyczyną była decyzja o odwołaniu pierwowzoru mojej postaci, siostry przełożonej Jadwigi Ligockiej, był w historii polskiego Kościoła wyłomem. To rodzaj schizmy, tyle że w wydaniu żeńskim. Wydarzenie bez precedensu.
Latem 2007 roku, kiedy wykluczone z zakonu kobiety ciągle nielegalnie zajmowały dom generalny zgromadzenia, byłem w Kazimierzu na festiwalu filmowym. W miasteczku czuło się złowrogą atmosferę przygnębienia.
Polskie kino ospale reaguje na rzeczywistość. Tym razem wszystko odbyło się szybciej, jednak Barbara Sass przez cały czas podkreślała, że wydarzenia z Kazimierza Dolnego stanowiły dla niej jedynie punkt wyjścia do rozważań na temat mechanizmów rządzących ludzkimi emocjami.
Nie uciekniemy jednak od pierwowzorów. Wiesz, co się stało z matką przełożoną?
Trzy lata temu umarła po długiej chorobie nowotworowej.
Ponura ironia losu: nie żyje także arcybiskup Józef Życiński, który wydał dekret o wydaleniu ze zgromadzenia dziesięciu zbuntowanych sióstr.
Jakieś fatum. Siostra Ligocka powoływała się na „prywatne natchnienia duchem świętym”, ale teraz można się zastanawiać, czy objawienia zakonnicy nie były przypadkiem efektem działania nowotworu. Nie musiała konfabulować.
Jakie były późniejsze losy zakonnic z Kazimierza?
Podobno zaszyły się w innym zakonie, podobno część dziewcząt uciekła w Bieszczady, gdzie założyła własny zbór, podobno jedna z nich zaszła w ciążę… Nie znamy jednak żadnych faktów, to wyłącznie domniemania. Mam wrażenie, że ktoś włożył naprawdę sporo energii, żeby wyciszyć sprawę. Kompletnie został na przykład wymazany z pamięci reformatorski wydźwięk buntu betanek. Siostry chciały wywołać ferment w polskim Kościele, chodziło im o daleko idące zmiany. Również pod tym względem wydarzenia sprzed sześciu lat nie miały żadnych konsekwencji. Nic się nie zmieniło.
Kim dla Ciebie jest filmowa matka przełożona – cynicznym strategiem czy mistyczką?
Trudno o tak jednoznaczne sądy. Moja bohaterka od samego początku jest głęboko przekonana o słuszności wyborów. Wierzy w sens buntu, chociaż ma świadomość, jak wiele będzie ją to kosztowało. Sprzeniewierzenie się gigantycznej instytucji, jaką jest Kościół katolicki, było aktem szalonej odwagi, ale ona się nie bała. Była przekonana, że w klasztorze rozgrywa się coś metafizycznego, niepojętego. I ma prawo odcinać się od ludzi, którzy nie chcą i nie potrafią jej zrozumieć.
Manipulowała siostrami, intrygowała.
Enigmatyczna i tajemnicza, bywała potworem – zwłaszcza wobec młodziutkiej siostry Anny. Ambiwalencja tej postaci była aktorsko interesująca. Matka przełożona miała niemal wszystkie osobowościowe odcienie. Była cudowna i potworna, głupia i mała, przenikliwa i uduchowiona. Cały zestaw wykluczających się cech.
Być może po prostu była szalona.
Ale czym naprawdę jest szaleństwo? Czy da się to odmierzyć w centymetrach? Matka przełożona nie była przecież osobą, która całkowicie straciła kontakt z rzeczywistością i nie przyjmowała reakcji z zewnątrz.
Kiedy dzisiaj czytamy „żywoty świętych”, co trzecia biografia wydaje się klinicznym opisem osoby niezrównoważonej.
Kwestia kanonu, aktualnie obowiązującej wykładni psychologicznej. A ojciec Pio? Był świętym czy hochsztaplerem? Można się spierać co do jego poglądów, ale nie sposób skwitować wzruszeniem ramion faktu, że dokonywał uzdrowień, wobec których nauka i medycyna pozostają bezradne. Stąpamy po śliskim, delikatnym gruncie. Niektórzy oceniają to wszystko w sposób egzaltowany, inni – drwiąco‑krytyczny. Ja jestem pośrodku tej skali.
Chora zakonnica projektuje swoje uczucia w siostrę Annę(Katarzyna Zawadzka), ponieważ jest niespełniona w ujęciu macierzyńskim.
W większym stopniu chodziło o podobieństwo losów. Czujemy, że obie kobiety łączy traumatyczne dzieciństwo i trudny okres dojrzewania. Matka przełożona odnajduje w osobie Anny powinowactwo duchowe, podobną wrażliwość. Świadoma choroby, czuje, że dziewczyna może być kontynuatorką idei odrodzenia Kościoła.
W kinie, choćby w „Pośród ciemności” Almodóvara, kobiecość zakonnic była często świętokradztwem. Chrystus oznaczał seksualny fetysz. „W imieniu diabła” podobną rolę odgrywa ojciec Franciszek, grany przez Mariusza Bonaszewskiego.
Ojciec Franciszek proklamuje prymat modlitwy transowej, nastawionej na uzewnętrznianie fizyczności zakonnic. Zaleca korzystanie z tego, co podpowiada ciało, a co w konsekwencji może stać się drogą prowadzącą do Chrystusa.
W tych rytuałach bierze udział prawie cała społeczność zakonna.
Tak, bo zakon to swoiste państwo w państwie, w którym odbiera się indywidualność na rzecz dobrego funkcjonowania struktury. Histeria jest zbiorowa. Nie tylko matka przełożona, ojciec Franciszek i siostra Anna, ale cały zakon doznaje ekstazy.
Tym większe wrażenie robią w filmie sceny, w których dziewczyny odpoczywają. Są spokojne, wyciągają nogi, uśmiechają się do słońca, śpiewają.

REKLAMA

Barbara Sass chciała pokazać normalność i codzienność zakonną, w której jest miejsce na zwyczajne życie, nie tylko metafizyczne odjazdy.


anna-radwan1

W kilku scenach w „W imieniu diabła” oglądamy mniej lub bardziej zawoalowane nawiązania do „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza.
Znam ten film prawie na pamięć. Wielkie kino. Przeczytałam także na nowo historię „Diabłów z Loudun”, która zainspirowała Iwaszkiewicza do napisania „Matki Joanny od Aniołów”, stała się również wiodącym motywem powieści Huxleya, dramatu Whitinga i opery Pendereckiego. To opowieść o siedemnastowiecznym procesie księdza Urbana Grandiera, oskarżonego przez przeoryszę klasztoru urszulanek o opętanie zakonnic i konszachty z diabłem.
„W imieniu diabła” …
Tylko kim naprawdę jest ten diabeł? Od kilku lat jeżdżę z rodziną na wakacje do Toskanii. W Sienie i w San Gimignano znajdują się osobliwe muzea tortur. Oglądając przerażające eksponaty, zastanawiałam się, ile pomysłowości zostało włożone, żeby wymyślić urządzenie, które zadawałoby ludziom jak największy ból, tylko po to, żeby w efekcie dowiedzieć się, czy torturowany rzeczywiście doznawał objawień metafizycznych, czy był wysłannikiem szatana. Podobne urządzenia wyszły wprawdzie z użytku – ale czy tak wiele się zmieniło? Ciągle wkładamy mnóstwo energii, żeby się dręczyć. Tak było dawniej, tak jest dzisiaj.
Wracając do „W imieniu diabła” … Barbara Sass jest Twoim dobrym artystycznym duchem. W krakowskich przedstawieniach w reżyserii Sass zagrałaś najważniejsze role: Natalię Pietrowną w znakomitym „Miesiącu na wsi” Turgieniewa i Nastasję Filipowną w legendarnej już adaptacji „Idioty” Dostojewskiego.
Basi zawdzięczam najciekawsze i najtrudniejsze teatralne zadania. Ona w ogóle ma dobrą rękę do aktorów, zwłaszcza dziewcząt. Niegdyś odkryła dla polskiego kina Dorotę Stalińską, Ewę Kasprzyk czy Magdalenę Cielecką, dzisiaj w jej spektaklach i filmach debiutują kolejne wspaniałe aktorki. Przypadek sprawia, że często im „matkuję”. W „Miesiącu na wsi” była to grająca Wieroczkę Urszula Grabowska, wówczas studentka PWST, w filmie „W imieniu diabła” – Kasia Zawadzka.
We „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha „matkowałaś” Mateuszowi Kościukiewiczowi…
Jak widać, płeć nie odgrywa żadnej roli (śmiech). Zawód – filmowa matka.
Z Borcuchem spotkałaś się niedawno na planie pierwszego serialu realizowanego w Polsce przez HBO.
Poszczególne odcinki „Bez tajemnic” reżyserował zarówno Jacek, jak i Ania Kazejak‑Dawid. Świetna, profesjonalna praca i rzeczywiście serial, który mocno wyłamuje się z obowiązujących standardów telewizyjnych. Gram żonę głównego bohatera – terapeuty granego przez Jerzego Radziwiłowicza. Czysta przyjemność.
We „Wszystko co kocham” grałaś rolę matki zrewoltowanego Janka. Tamten czas to również Twoja młodość. Buntowałaś się?
Nie bardzo. Może pojawiały się jakieś próby przeciwstawiania systemowi, ale to dziecinada. Byłam za to zakochana na zabój w starszym o dwa lata koledze z liceum. Nie grał punk rocka, prowadził kółko historyczne. Poza tym, był przystojny i wspaniały. Kiedyś, po mszy w kościele ojców dominikanów, w której uczestniczył mój ukochany i, szczerze mówiąc, głównie z tego powodu znalazłam się tam również ja, przyjechała milicja, doszło do pacyfikacji młodzieży. Były sikawki z wodą i gazy łzawiące, a my uciekaliśmy na Plac Matejki przez labirynt podwórek oddzielających kolejne kamienice sąsiadujące z Rynkiem w Krakowie. Czysty romantyzm.
Czyli masz piękną kartę działaczki opozycyjnej.
To była bardzo intensywna działalność.
A co się stało z ukochanym?
Odszedł w siną dal. Niestety, uczucie było zdecydowanie jednostronne. Zostałam sama, z nieutuloną rozpaczą.
Ze „wszystkim, co kochasz”.
No, powiedzmy, że z prawie wszystkim (śmiech).
W kinie i telewizji przez wiele lat grałaś głównie płaczliwe nieszczęśnice w krynolinach. Hedda Gabler, Dama Kameliowa albo siostra Chopina, przewożąca – w „Pragnieniu miłości” – patriotyczne serce brata.
Teraz dla odmiany gram zazwyczaj udręczone matki Polki. Ze skrajności w skrajność.
W „Zakochanym aniele” nie byłaś wcale udręczona.
To były odpryski dawnej Ani Radwan – słodkiego, delikatnego, zagubionego w życiu kobieciątka.
Tymczasem w Starym Teatrze w spektaklu Zadary „Utopia będzie zaraz” występujesz w śmiesznej fryzurze, dekatyzowanej kurtce i walisz w perkusję.
Zawodząc z chrypą song Maryli Rodowicz – „Dobranoc panowie, dobranoc” …
W kinie też byś tak pozawodziła?
Bardzo chętnie. Marzy mi się kino akcji. Mówię absolutnie szczerze. Kabura, lateksowe wdzianko i zimne spojrzenie modliszki. Istny „Tomb Rider”.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o