Ciągle siebie kwestionować

0
352
Krzysztof Zanussi
REKLAMA

– W dniu 4 czerwcu 1989 roku w Polsce zmieniło się wszystko. Jak ważna ta data jest dla Pana, dla polskich twórców?
– To odzyskanie prawa głosu, które było nam zabrane właściwie od 1944 roku, a wcześniej nie mieliśmy go z powodu wojny. A zatem wtedy staliśmy się gospodarzami we własnym kraju, i w dodatku mimo tak ogromnego rachunku krzywd, zdarzyło się to pokojowo i zapewne w tym się jakaś chrześcijańskość Polski objawiła, że umieliśmy wyjść z całego splotu wydarzeń bez przelewu krwi. Dla twórców miało to wielkie znaczenie, ale miało również i swoje bardzo złe strony. Straciliśmy pewien monopol, który mieliśmy w czasach minionych, gdzie przy braku innych mediów na kino patrzono z wielką uwagą. A teraz na rynku jesteśmy dużo słabsi. Jesteśmy tego świadomi, zostaliśmy niejako zdegradowani. Cała kultura przez falę populizmu stała się mniej ważna dla świata, dla ludzi. Myślę, że wtedy w Polsce ludziom zależało na sztuce, bo nie mogli nigdzie indziej znaleźć wyrazu tego, co czują, więc chociażby z kina czerpali więcej niż czerpią dzisiaj. Dziś są zupełnie inne warunki życia i pracy. Inaczej było, gdy były pieniądze państwowe i cenzura, inaczej jest teraz, gdy nie ma cenzury, ale jest wolny rynek, który też potrafi zadusić.

REKLAMA

– Niektórzy chwalą rodzimą publiczność, inni na nią narzekają. Zmieniliśmy się jako widzowie na przestrzeni dziesięcioleci, oczekujemy czegoś innego od kina, od sztuki?
– Nie. Publiczność kiedyś oczekiwała tego samego, co i dziś, tylko wtedy tego nie dostawała, a teraz dostaje. Dzisiaj pojawiła się taka tandeta przejawiająca się w wielu obszarach życia, łącznie z gastronomią. Mamy jedzenie śmieciowe i mamy sztukę śmieciową, którą ludzie przez pewien oportunizm kupują. I może ona truje tak, jak trują niezdrowe potrawy. Kino, które tworzę, nie jest łatwe, nie ma być, i nigdy takiego planu nie miałem. Ale nie mogę narzekać, bo moje filmy ciągle gromadzą widzów, i mam nadzieję, że publiczność potrzebuje mnie na tyle, by tolerować moje dalsze istnienie. Nie zawsze brak zainteresowania kinem ambitnym wynika z braku np. edukacji kulturalnej. Brakuje nam aspiracji, to jedyna przyczyna. Jeżeli dążymy do tego, by się rozwijać, by być światlejszymi, lepszymi, mądrzejszymi, to wtedy sięgamy po utwory trudniejsze, bo to nas rozwija. Zmęczeni i ogłupieni ciężkim dniem pracy chcemy często tylko czczej rozrywki i nie sięgamy po rzeczy trudne.

– Podczas tarnowskiego festiwalu pokazano Pana film „Eter”, zrealizowany w ubiegłym roku. A co w planach?
– Plany mam bogate, projektów do realizacji których się przymierzam, jest co najmniej kilka. Następny film mógłby być np. o Jadwidze Andegaweńskiej. Pomysły są, szukam na razie źródeł ich sfinansowania.

– Jest Pan laureatem ponad 200 rozmaitych nagród. Z Tarnowa wraca pan z kolejną, tym razem za całokształt twórczości i wkład w rozwój polskiej kinematografii.
– Tarnów bardzo noszę w sercu, bo dwóch ważnych ludzi w moim życiu jest związanych z tym miastem. Pierwszy to nieżyjący już biskup Józef Życiński, a drugi to człowiek, którego jeszcze nie doceniliśmy dostatecznie, czyli ksiądz prof. Michał Heller. Oczywiście, cieszy każda nagroda, i każda dodaje troszkę pewności siebie, jaką musimy ciągle kwestionować. Artysta, który siebie nie kwestionuje, staje się rutyniarzem, kimś pozbawionym prawdziwej emocji twórczej. Ta emocja to lęk, że może się pomylę, że może powiem nie to, co chciałem, i nie wtedy, kiedy trzeba było to powiedzieć.

– Dziękuję za rozmowę.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o