Dwudniowy tarnowianin. Ale jednak to zawsze coś!

0
242
Piotr Metz
REKLAMA

Rozmawiamy z Piotrem Metzem, dziennikarzem muzycznym związanym początkowo z RMF, a następnie z „Trójką”. W obu stacjach był dyrektorem muzycznym. Obecnie prowadzi programy w radiowej Dwójce. Temat rozmowy? Tarnów i oczywiście muzyka

Pan naprawdę chciał w dzieciństwie zostać kioskarzem?
Zdecydowanie tak. I mam konkretne alibi ku temu. Od wczesnej młodości byłem zafascynowany możliwością poznawania świata za pomocą gazet. Przeróżnych, na przykład sportowych. Pamiętam taki absolutnie genialny tygodnik „Sportowiec”…

REKLAMA

Ja biegałem po „Tempo”.
„Tempo” oczywiście też, ale „Sportowiec” był absolutnie na europejskim poziomie. Z jakiś powodów, których nie rozumiem, cenzura pozwalała na to, byśmy w szczegółach poznawali NHL, NBA i w ogóle cały zachodni sport, który w telewizji był nieosiągalny, lecz tam można było wszystko wyczytać. Nie było stricte muzycznych gazet, ale były rubryki. Była wkładka w „Jazzie”, była rubryka w „Sztandarze Młodych” Romana Waszko.

Był jeszcze „Non Stop”. Cały o muzyce.
Tak, w zeszytowym formacie, na fatalnym papierze. Chyba nawet pozszywany był. To były pewnie lata osiemdziesiąte. Ale wracając do meritum. Gazeta była dla mnie wszystkim. Pamiętam nawet takie epizody, że gdy wyjeżdżałem na wakacje, a gazety były mocno wówczas reglamentowane, w miejscowości wczasowej był jeden kiosk, to stałem pod nim od szóstej rano w kolejce. I dziękuję moim rodzicom, że nigdy mi na gazety nie szczędzili pieniędzy, dzięki czemu zawsze wracałem obładowany „Przekrojem”, „Światem Młodych” i czym się dało. I dlatego wówczas sprzedawanie w kiosku wydawało mi się genialnym zajęciem, bo miałbym dostęp do wszystkich gazet, bez odkładania do tak zwanej teczki.

Nie stał pan w kolejce po „Zielony Sztandar”, „Panoramę” czy „Razem”, gdzie drukowali najlepsze plakaty z muzykami i czasem roznegliżowane kobiety?
„Razem” było już później, bo w latach 70. A ja akurat pamiętam wcześniejsze czasy. Jednak rzeczywiście, trzeba było mocno poszukać. Ale jeśli o tym mówimy, to taka mała dygresja. W 1969 roku, kiedy odmieniło się trochę w Czechosłowacji po wydarzeniach, które miały miejsce rok wcześniej, wyszła tam książka angielskiego ilustratora Alana Aldridge’a z tekstami Beatlesów. Aldridge zatrudnił całą czołówkę światowych grafików do tego, żeby ilustrowali te teksty. Czesi mieli szczęście, a dla nas wydawałoby się być całkowitą abstrakcją, by wydać tę książkę po czesku. Ona była u nas dostępna w księgarniach. Po latach dowiedziałem się, że była wykupywana na pniu przez wszystkich studentów ASP czy wydziałów plastycznych. Pamiętam, że była horrendalnie droga. A ja tę książkę dostałem. Było to absolutnie coś niezwykłego. Nie jest to gazeta w kiosku, ale powiedzmy, że jakieś połączenie jest.

Rozumiem, że ten kiosk, w którym by pan pracował, byłby w Tarnowie?
Dlaczego w Tarnowie?
Bo czytam: „Piotr Metz, urodzony 17 października 1957 roku w Tarnowie”.
To jest wpis w dowodzie osobistym. Czysty przypadek. Moja mama, która była związana między innymi z tarnowskim teatrem pojechała do was coś załatwić. A mnie się tak w Tarnowie spodobało, że postanowiłem przyjść tam na świat. Byłem tarnowianinem całe 48 godzin.

No to pięknie mi pan wywiad położył, bo chciałem porozmawiać właśnie o Tarnowie.
Spokojnie. Coś poradzimy. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że mam sentyment do Tarnowa, ale przedziwne zrządzenie losu albo pętla wydarzeń spowodowały, że w latach 80. grałem przez kilka miesięcy w Tarnowie didżeja. Była taka sztuka, która się nazywała „Disc jockey”, ja pracowałem wówczas w klubie Forum na Małym Rynku w Krakowie i jakoś z teatrem, którym kierował Ryszard Smożewski, współpracowaliśmy. I kilka razy w tygodniu jeździłem na spektakle. Nie pamiętam, jak długo spektakl był na afiszu. Później do Tarnowa jeszcze kilka razy wracałem. Nie pamiętam dokładnych szczegółów, ale prowadziłem kiedyś wieczór poświęcony Lennonowi, kilka razy byłem na Tarnowskiej Nagrodzie Filmowej, miałem też wejście z Tarnowa do świątecznej „Trójki”. Tak, że ten Tarnów jakoś się u mnie przewijał. A dodatkową historią było to, że – a mówimy już o latach 90. – mój syn był piłkarzem i to piłkarzem profesjonalnym. Jeździłem za nim na mecze i na tej zasadzie odwiedziłem całą Polskę południową. Także Tarnów.

Z kim u nas kopaliście?
Z „Unią”. Syn grał w „Okocimskim” Brzesko, potem grał też w ostatnim okresie kariery w „Bruk-Bet Termalice” Nieciecza, z którą wszedł do pierwszej ligi. Jest to jeszcze jedna historia tarnowska, ostatnia chyba. Zatem trochę tych zbiegów okoliczności jednak jest.

Paru moich znajomych mówi mi, że powinien pan trafić do czyśćca za playlisty, które zrobił pan w RMF. Pana do radia wprowadził Wojciech Mann, który kiedyś mi powiedział: „Pierwszą rzeczą, którą wyrzuciłbym z radia to playlisty”. Teraz, gdy słucham RMF-u, mają tam taką sieczkę, że uszy bolą.
To jest rzecz, do której się absolutnie nie przyznam, bo to jest pomieszanie pojęć i pomieszanie z poplątaniem. To, co się dzieje obecnie w RMF nie ma nic wspólnego z tym, co ja robiłem.

Owszem, wrócił pan do „Trójki”. Kiedyś pan tak ładnie powiedział w jednym wywiadzie, że chciał tam przywrócić „szlachetność brzmienia”.
Tak. Ale wszystko musimy odnosić do kontekstu czasu. Treść za każdym razem musiała być inna. Wszystko się zmienia. Proszę sobie przypomnieć początki RMF. To stacja, która była na ustach wszystkich. To było bardzo dobre radio. Wszyscy mówili, jaką to wspaniałą muzykę nadajemy. Graliśmy Faith No More, Nirvanę. I wtedy w krótkim czasie zrobiłem z RMF muzycznie to, co wówczas powinna była zrobić Trójka.

Czyli?
Trójka stała wtedy na straconych pozycjach. Była zupełnie inna. Przeżywała kryzys. Mogła być stacją, która nadawałaby muzykę awangardową, ale nie robiła tego. Mieli różne ograniczenia wynikające z tego, że byli medium państwowym.

Chciał pan robić radio w stylu Manna, Kaczkowskiego, Barona, Rogowieckiego?
Trochę się obruszam na takie stwierdzenie. Bo to brzmi tak, jak byłbym ich młodszym kuzynem na dorobku.

Ależ skąd. Ale tak z drugiej strony, to przecież Wojciech Mann wprowadzał pana do radia.
Ale to było w 1982 roku, a mamy rok 2021. I mam nadzieję, że przez ten czas udało mi się jednak trochę osiągnąć w różnych kwestiach radiowych. I nie muszę robić radia w stylu Rogowieckiego. Mogę robić swoje. Nie wydaje mi się, żebyśmy byli ubogimi krewnymi Manna czy Rogowieckiego. Panu na przykład może się nie podobać nowa muzyka, bo jest głośna. Ale tak samo było w czasach, kiedy pojawili się Beatlesi. Wcześniej był Paul Anka, który śpiewał ładne sentymentalne piosenki. To samo mówiono, kiedy pojawił się Led Zeppelin, kiedy pojawił się heavy metal. Historia ciągle się powtarza. To jest sprawa pokoleniowa, to nie jest kwestia obiektywna.

Dla mnie najbardziej bolesne w dzisiejszych czasach, że kultowy jest Zenek.
Nie słyszałem. Kto to taki?

Nieistotne. Porozmawiajmy o „tarnowskim lobby” w RMF. W pierwszym składzie – prócz pana – byli także Tomasz Olbratowski i Paweł Pawlik.
Tak, ale powtarzam, ja byłem tarnowianinem ledwie przez 48 godzin. I zawsze będę twierdził, że jestem krakowianinem. Tomek rzeczywiście od razu był w Krakowie, Paweł rzeczywiście był z Tarnowa i później prowadził program z Brianem Scottem. Wie pan, można byłoby mówić, że u nas były jakieś pierwsze czy drugie skrzypce. Jednak myśmy byli paczką, taką grupą pasjonatów. I mija się z celem, kto był pierwszoplanowy, a kto był na drugim planie.

Wróćmy do lat 80. Wówczas muzykę się przeżywało, podpinało się kabelek z radia do magnetofonu szpulowego i nagrywało się całe audycje. Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Powiedział pan kiedyś, że dziś „muzyka jest jak jednorazowa chusteczka higieniczna”.
Tak powiedziałem, ale tak nie uważam. Tak trochę bronię współczesności, choć jestem zakorzeniony w latach 60. i 70. Nie zgadzam się z tezą, że kiedyś muzyka była fajna, a teraz jest do niczego.

Nie w tym rzecz. Ale w siermiężnej rzeczywistości PRL dała możliwość stworzenia sobie własnego świata czy azylu.
Tak, ale teraz nie mówimy o muzyce, ale o PRL-u. A to są dwie różne rzeczy. Muzyka, owszem, pozwalała od tego uciec. To jest kontekst. Gdybyśmy się urodzili w wolnym kraju, muzyka miałaby dla nas inne znaczenie. Nie trzeba byłoby zamykać się w pokoju i tworzyć sobie nowy świat. Ale oczywiście, rozwój komunikacji i mediów społecznościowych, rozwój technologii, mp3, które pozbawiają trochę tej otoczki romantyzmu. Dawniej się nagrywało te płyty na dłużej. Ludzie wymieniali się płytami, składali się, żeby kupić dobrego longplaya.

A może to jest tak, że na czasy naszej młodości zawsze będziemy patrzyli sentymentalnie.
Tak, bo między trzynastym a dwudziestym piątym rokiem się kształtujemy i ta muzyka zawsze będzie dla nas najważniejsza. Na przykład mój młody urodził się i dorastał w czasie, gdy kultowy był hip-hop. Gdy urodziłby się w innym czasie, słuchałby innej muzyki. Zresztą co do tej dostępności. Młodzieniec na Zachodzie mógł sobie wejść do sklepu i kupić płytę, a u nas była ona warta całą wypłatę. W Rosji drukowano pocztówki dźwiękowe na kliszach z Roentgena, a w Indiach czy Pakistanie płyt Beatlesów słuchano kręcąc gramofonami na korbę. Bo tam nie mieli prądu.

Mnie tamte czasy kojarzą się z „opakowaniem zastępczym”, czyli niezadrukowanym kartonem zamiast okładki płyty.
Ale grunt, że było to wydane! I proszę sobie przypomnieć. Ten fenomen pocztówki dźwiękowej. Byliśmy jedynym krajem na wschód od muru berlińskiego, gdzie można było wejść i kupić za parę złotych muzyczne nowości. Co prawda w fatalnej jakości, ale jednak. Samo to, że o tym mówimy. Wszystko nakręcało tę naszą fascynację.

Na koniec, na co by pan wymienił piłkę biedronkę? Czy jak w dzieciństwie na płytę Beatelsów?
Pytanie jest o tyle trudne, że wówczas był to jedyny sposób, aby wejść w posiadanie tej płyty. A teraz możemy mieć wszystko. Może zamieniłbym się na jakiś rarytas z przeszłości. A jeśli miałbym znaleźć płytę, która jest dla mnie fascynującym obiektem, to powiedziałbym o albumie, który nazywa się „Everything is recorder”. To rzecz zrobiona przez niejakiego Richarda Russela w wytwórni XL. To wytwórnia, w której nagrywali Prodigy czy The White Stripes. To jest album, na który zaprosił furę przeróżnych muzyków, często nieznanych, często debiutujących, ale też znanych, jak Peter Gabriel, Warren Ellis czy Damon Albarn. To dowód na to, że muzyka ma się dobrze. Facet na dodatek wydał winyla, a sto pierwszych okładek pomalował ręcznie na żółto. O, tak, tu chyba chętnie bym się wymienił.

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments