Pięciu groszy za mój wygląd nikt by nie dał…

0
185
fot. Dariusz Stawski

Jaki impuls sprawił, że chłopiec pochodzący z niewielkiej miejscowości pod Częstochową zapragnął zostać aktorem?
To nie był impuls, ale raczej wewnętrzna potrzeba i wiara, że aktorstwo jest zawodem, który będę umiał wykonywać. To przekonanie potwierdzało się w jakimś sensie, bo od dziecka występowałem na scenie – śpiewałem w chórze szkolnym, w którym zostałem nawet solistą, recytowałem wiersze na akademiach. Lubiłem publiczne prezentacje, oklaski, czułem przy tym, że wyróżniam się z tłumu i to mi dawało satysfakcję. Z drugiej strony ludzie mnie słuchali, widziałem, że się podobam. Później, będąc w liceum, wygrałem Ogólnopolski Konkurs Recytatorski na szczeblu krajowym, co umocniło mnie w marzeniach o aktorstwie i w mniemaniu, że to właściwa dla mnie droga.
Czy ta droga okazała się bardzo wyboista?
Paradoksalnie nie. Przepowiadano mi, że do szkoły teatralnej się raczej nie dostanę, sam miałem spore wątpliwości, czy mi się uda. Obawiałem się, że mnie nie przyjmą ze względu na moje warunki zewnętrzne – byłem mały, chudy, brzydki, w ogóle pięciu groszy za mój wygląd by nikt nie dał. A wiadomo, że stereotypem aktora wówczas był dobrze zbudowany przystojniak. Okazało się jednak – a był to rok 1975 – że na egzaminach do łódzkiej „filmówki” większą uwagę zwracano na osobowość, talent, umiejętności, a nie na urodę. No i pewnie dzięki temu dostałem się do niej za pierwszym razem.
Dość szybko zyskał Pan powszechną rozpoznawalność, występując w telewizyjnym programie dla dzieci „Okienko Pankracego”. Czy ta popularność miała dla Pana jakieś konsekwencje?
Negatywnych jej skutków nie odczuwałem, może poza tym, że kiedy już skończyłem występowanie w programie, rzesze dzieci miały do mnie pretensje, że nie chodzę z Pankracym pod pachą. Zdarzył mi się nawet zabawny epizod nad morzem. Obsiadła mnie jakaś kolejna kolonia na plaży: Prose pana, prose pana, a gdzie jest Pankracy? Zazwyczaj w takiej sytuacji odpowiadałem, że został w Warszawie albo wymyślałem jakieś historyjki. Wtedy jednak chciałem, żeby dano mi w końcu święty spokój i powiedziałem: Drogie dzieci, Pankracy zdechł. Zrobiłem okropnie – dzieci z płaczem pobiegły do rodziców, a ci porządnie mnie „opierniczyli”. Ta popularność była więc różnego rodzaju, ale nie byłem anonimowy, nie chciałem być anonimowym aktorem.

REKLAMA

To Panu raczej nie groziło, bo wkrótce potem dzięki telewizji zagrał Pan dwie bardzo charakterystyczne i zapadające w pamięć role – Tadeusza Norka w „Miodowych latach” i Arkadiusza Czerepacha w „Ranczu”.
Lubiłem obydwie te postaci, bo lubię grać. Nie liczyłem na to, że będę dostawał główne role, a tu w obu serialach wcielałem się w jednych z najważniejszych bohaterów, co dla aktora jest zawsze fajną sytuacją. „Miodowe lata” były co prawda sitcomem, a to nie kojarzy się dobrze, ale my staraliśmy się zrobić z tej produkcji przede wszystkim dobrą komedię. Mojego bohatera traktowałem bardzo serio, grałem bez wygłupów – zgodnie z zasadą Woody’ego Allena, że komedia to jest tragedia, która zdarzyła się komuś innemu. Serial robiony był w ekstremalnie trudnych warunkach. Każdy odcinek kręcony był za jednym zamachem, na żywo, w obecności publiczności. Wymagało to od nas dużo pracy i ogromnej dyscypliny. Ale też miałem niemałą satysfakcję, bo serial się podobał, ulice pustoszały, kiedy był nadawany. Jeden z odcinków oglądało aż 11 mln ludzi, co w tej chwili jest wynikiem dla telewizji nieosiągalnym. Co więcej, mimo że skończyliśmy go nagrywać 15 lat temu, serial wciąż jest powtarzany i ma wielu fanów.
Później w „Ranczu”, grając Czerepacha, zrobiłem wszystko, żeby ta postać nie była podobna do Norka. Moim pomysłem było, żeby założyć peruczkę, inaczej mówić, inaczej chodzić, bo dla mnie aktorstwo to jest zmienianie się, kreacja, tworzenie postaci, która różni się od granych wcześniej i różni się też ode mnie.
Rozmawiamy o rolach komediowych, ale wielu miłośnikom kina w pamięć zapadła tajemnicza osoba, w którą wciela się Pan aż w dziewięciu częściach „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego. Jak Pan wspomina współpracę z tym znakomitym artystą?
To było jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu. Krzysztof Kieślowski to wybitna osobowość, jeden z niewielu ludzi, którzy w czasach głębokiego PRL‑u mówił na ekranie prawdę, nie bał się. Po ukończeniu szkoły, będąc już profesjonalnym aktorem, zagrałem jedną z głównych ról w jego filmie „Bez końca”, bardzo ciekawym, niedocenionym wówczas, odkrywanym dopiero dziś. Później przyszła propozycja wcielenia się w niezwykle ważną postać w „Dekalogu”.
Dla Krzysztofa bardzo istotnym elementem pracy nad filmem była obsada, trafnie potrafił dobierać aktorów. Nie dbał o to, czy współpracuje ze znanym, czy nieznanym aktorem, byle był dobry i zagrał mu to, o co mu chodzi, przy czym bardzo dokładnie wiedział, jaki efekt końcowy chce uzyskać.
Kim właściwie jest ta niejednoznaczna i trudna do zinterpretowania osoba w „Dekalogu”, którą tak fenomenalnie Pan wykreował?
Miałem z Krzysztofem długie rozmowy na temat tej postaci. Chociaż wszystkie sprowadzały się do tego, że kiedy pytałem: Kogo gram? Odpowiadał: Nie wiem. Jak ci powiem, że Boga, to mi go zagrasz, a ja nie chcę, żeby to był Bóg. Jak ci powiem, że anioła, to nawet bez skrzydeł będziesz miał go w oczach, a ja nie chcę, żeby to był anioł. Nie mogę więc ci powiedzieć więcej, bo nie chcę, żebyś wiedział, kogo grasz. Ja sam nie wiem. Wtedy zrozumiałem, że zagram najtrudniejszą rolę w swoim życiu. Na własny użytek przyjąłem, że gram tajemnicę. Oczywiście pojąłem ideę reżysera – chodziło o to, żeby tej postaci nie dopowiedzieć, żeby do dzisiaj i przez następne sto lat widzowie zadawali sobie pytanie o jej naturę.
Pracował Pan na planie także u innych cenionych twórców – Marczewskiego, Barańskiego, Kutza, Stuhra, Saniewskiego….
Najwięcej zagrałem u Andrzeja Barańskiego – w kilku, pięciu czy nawet sześciu filmach, w tym główną rolę w „Braciszku”. Ale wszyscy, których pani wymieniła, są znakomitymi reżyserami. Wyróżniam Andrzeja dlatego, że dał mi najwięcej szans na pokazanie tego, co potrafię. Poza tym, będąc aktorem charakterystycznym, nie mogę zagrać każdej postaci.
Czy bycie aktorem charakterystycznym to atut czy kłopot w tym zawodzie?
To zależy – czasem atut, czasem kłopot. Dla mnie koniec końców jednak atut. Role dla takich aktorów jak ja są moim zdaniem ciekawsze. Przez to, że człowiek wygląda jak wygląda, to zazwyczaj obsadzany jest w rolach ludzi w jakiś sposób „poszarpanych”, „pokręconych” czy skrzywdzonych. Są to bardziej wymagające zadania aktorskie, choć przyznam, że w pewnym momencie miałem już dość grania małych, biednych, nieszczęśliwych. Dlatego ucieszyłem się, mogąc wcielać się w postać Czerepacha, bo to jedna z niewielu ról negatywnych, jakie przyszło mi zagrać, i bardzo się do niej przyłożyłem.


Mało popularny jest w Polsce film „Kontroler” Petera Vogta, a właśnie za wykreowanie w nim tytułowego bohatera otrzymał Pan nagrodę na MFF Down Under w Darwin w Australii.
To jedna z niewielu nagród, jakie w życiu dostałem. To była praca dyplomowa, więc obraz nie miał normalnej dystrybucji. Kilkakrotnie pokazywany był w Canal+ jako takie kino nietypowe – trwa 40 minut, więc jest niewymiarowy. „Kontroler” to rzeczywiście świetny film, a postać jest ciekawym materiałem aktorskim, pewnie dlatego zostałem doceniony. Mój bohater nie jest ani dobry, ani zły, kieruje się w swoim postępowaniu pozytywną ideą, natomiast środki, jakich używa, i rodzaj fanatyzmu, który nim włada, są straszne.
Od paru lat nie widzimy Pana na dużym ekranie. Dlaczego?
Ostatnio nikt mnie nie angażował do kinowych produkcji. Chociaż troszeczkę zaczyna się to zmieniać – zagrałem w „Sztuce kochania” Marii Sadowskiej bardzo smaczny epizod cenzora. A teraz wejdzie na ekrany film Roberta Glińskiego „Czuwaj”, w którym również gram. Nie są to jakieś bardzo duże role, ale może kino sobie o mnie przypomni.
Oprócz aktorstwa zajmuje się Pan reżyserią teatralną. Czy to jakaś nowa pasja artystyczna?
Reżyseria to jest wzięcie większej odpowiedzialności za inscenizację tekstu dramatycznego. Jako aktor odpowiadam tylko za swoją rolę, jako reżyser za cały spektakl. To bardzo ekscytujące, szczególnie gdy reżyseruję przedstawienie, do którego sam napisałem scenariusz, a takich jest większość. Świadomość, że coś od początku do końca powstało dzięki mnie, to wielka frajda, całkiem inny jej rodzaj niż aktorstwo. Cieszy również fakt, gdy mój spektakl ma później po 200 – 250 wystawień.
Jak się Pan relaksuje po ciężkiej pracy? Ciągle lubi Pan szyć?
Umiem szyć, ale szyłem wtedy, kiedy to było konieczne. Jak chciałem żonie zrobić przyjemność, to uszyłem jej sukienkę albo spódnicę. Teraz nie ma takiej potrzeby, wszystko dostępne jest w sklepach, więc jedyne, co robię, to skracam spodnie mojej teściowej, która ciągle kupuje ubrania w jakichś „ciucharniach”.
Natomiast relaksuję się, oglądając sport. Jestem zapalonym kibicem sportowym i bardzo się emocjonuję, gdy grają Polacy. To wynika też m.in. z tego, że w pracy generuję emocje sztuczne, udane, które kontroluję. Za to kibicując, mogę sobie pozwolić na całkowite zapamiętanie – drę się, wrzeszczę, przeklinam. Wszystko ze mnie ulatuje. Kocham ten brak kontroli!
Podkreśla Pan często rolę rodziny w swoim życiu. Czy nadal pozostaje Pan w szczęśliwym związku?
Tak, jestem w udanym związku ponad 30 lat z tą sama kobietą o pięknym imieniu Beata. Jest znakomitą montażystką – właśnie kolejny raz dostała nagrodę na festiwalu Dwa Teatry w Sopocie za najlepszy montaż teatru telewizji. Mam syna Franciszka, który też skończył szkołę filmową w Łodzi i poszedł w ślady mamy. Niedawno został szczęśliwym ojcem, a zatem ja szczęśliwym dziadkiem.
Życie z aktorem pewnie bywa trudne, kiedy pochłania go rola.
O to trzeba by zapytać moją żonę, ale wyobrażam sobie, że może być niełatwe. Kiedy zbliża się premiera, funkcjonuję w dwóch rzeczywistościach. Jedna dotyczy odtwarzanej postaci na scenie, a jeśli reżyseruję, to realiów mojego spektaklu; druga to rzeczywistość, która mnie otacza i w której praktycznie mnie prawie nie ma. Może więc być irytujące dla domowników, jeśli czegoś zapominam kupić, choć miałem to zrobić, albo jeżeli wychodząc z domu, zamykam drzwi na klucz, ale zostawiam szeroko otwarte wejście na taras. Żona na szczęście jest tolerancyjna.
Jakie ma Pan najbliższe plany zawodowe?
17 września miałem premierę spektaklu pt. „Jabłko”, który wyreżyserowałem w Teatrze Żelaznym w Katowicach. Teraz zaczynam próby w Teatrze Ateneum do „Transatlantyku” Witolda Gombrowicza, gdzie będę grał z Wojciechem Pszoniakiem, co zawsze było moim wielkim marzeniem.
Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia także innych marzeń zawodowych i prywatnych.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o