Strona główna Kultura Kultura - Wywiady Policjant, który został kryminalistą

Policjant, który został kryminalistą

0
Tarnowski pisarz Kazimierz Kyrcz jr.
REKLAMA

O pisaniu kryminałów z perspektywy policjanta, polskiej grozie, tarnowskich konwentach i spacerach ulicami Tarnowa – rozmawiamy z Kazimierzem Kyrczem Jr., autorem powieści kryminalnych „Dziewczyny, które miał na myśli”, „Chłopcy, których kochano za mocno”, „Kobiety, które nienawidzą” i „Mężczyźni w potrzasku”.

W ubiegłym roku w księgarniach pojawiły się trzy Twoje nowe książki. Próbujesz dogonić Remigiusza Mroza czy doskwiera Ci pandemia?
Chciałbym mieć takie tempo pisania, ale prawda jest taka, że te powieści pisałem przez kilka lat. To, że zostały wydane w ciągu dziesięciu miesięcy, zawdzięczam szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Mówię „szczęśliwemu”, bo choć czekanie na ich publikację strasznie mi się dłużyło, biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania rynku, był to strzał w dziesiątkę.

Rozumiem, że jesteś w trakcie pisania kolejnego kryminału z Krakowem w tle?
Tak, większość akcji piątej odsłony cyklu o komisarzu Bednarskim i jego nie zawsze dzielnej ekipie umiejscowiłem w tym mieście, ale moi bohaterowie trafiają także do Piły, Knurowa czy – to novum w moim przypadku – za ocean. Myślę, że wynika to z narastającej we mnie chęci ucieczki z Krakowa. Po prostu coraz gorzej znoszę wszechobecny beton, smog i pośpiech.

Twoje kryminały nie są typowe. Pokusiłbym się o postawienie tezy, że stanowią mieszankę „Magazynu Kryminalnego 997” Michała Fajbusiewicza, paradokumentów opowiadających o policjantach i policjantkach oraz thrillera.
Cieszę się, że tak uważasz. Od pierwszej chwili, kiedy pomyślałem o napisaniu kryminału, wiedziałem, że ta powieść musi zagrać na nosie czytelnikom przyzwyczajonym do schematów gatunkowych. W „Dziewczynach, które miał na myśli”, czyli pierwszym tomie cyklu, bardzo szybko dowiadujemy się, kto jest seryjnym mordercą. A mimo to pozostaje jeszcze wiele tajemnic do odkrycia. Zbyt wiele, by odłożyć książkę, nie doczytawszy jej do końca.

REKLAMA (2)

Oryginalną częścią Twoich książek jest język. Jesteś oficerem Policji, więc muszę Cię o to zapytać – czy wykreowani przez Ciebie bohaterowie mówią językiem krakowskich policjantów?
Tak i nie. Wiele z wypowiedzi, które włożyłem w usta moich bohaterów, zostało zaadoptowanych z tego, co usłyszałem w rozmowach z kolegami, większość jednak wymyśliłem, starając się oddać językowego ducha firmy. No i oczywiście z przyczyn oczywistych musiała nastąpić pewna kondensacja, bo przecież ludzie nie zawsze wypowiadają się ciekawie czy z sensem.

Pewnie brakuje Ci spotkań z czytelnikami?
Tak, zdecydowanie. Jeszcze chwila, a zacznę o nich śnić.

Twoim macierzystym gatunkiem literackim jest horror. Debiutowałeś w 2004 roku, czyli w czasach królowania na rodzimym rynku wydawniczym Stephena Kinga. Jak od tamtego czasu zmieniło się w Polsce podejście do grozy?
Nie zapominajmy też o Grahamie Mastertonie, który cieszył się w naszym kraju chyba nawet większą popularnością, niż w rodzimej Wielkiej Brytanii… Cóż, początki XXI wieku nie były łaskawe dla naszych autorów. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy wydawali wtedy regularnie nowe książki. Na szczęście ta sytuacja ulegała stopniowej poprawie. Pojawiało się sporo tematycznych antologii, a nawet dedykowane gatunkowi wydawnictwa, takie jak Dom Horroru czy Horror Masakra.
Sytuacja poprawiła się o tyle, że z tego, co słyszałem od zaprzyjaźnionego wydawcy, dystrybutorzy coraz chętniej otwierają się na grozę.

Ja trochę żałuję, że wielu zachodnich autorów, publikowanych namiętnie w latach 90. przez Amber Horror i Phantom Press, odeszło w zapomnienie. Najbardziej tęsknię chyba za Jamesem Herbertem i jego „Szczurami”.
No tak, to zdecydowanie był czas odkryć – tak literackich, jak i filmowych. Twórcom zależało na oryginalności, na poszukiwaniu swego stylu. Nie mówię, że obecnie nie ma wartościowych pozycji, odnoszę jednak graniczące z pewnością wrażenie, że rynek wydawniczy w jeszcze większym stopniu jest skupiony na pieniądzach. Kwestie artystyczne zostały zepchnięte na bardzo daleki plan.

W tym roku ukaże się antologia grozy „City 5”, której jesteś współtwórcą. Podobno będzie w niej opowiadanie związane z Tarnowem?
Kolejne antologie grozy „City”, które miałem przyjemność współtworzyć od pierwszego tomu, stawiają przede wszystkim na jakość. W jednym z poprzednich tomów znalazło się już co prawda opowiadanie poniekąd związane z Tarnowem, ale tym razem koloryt tego miasta został oddany w zdecydowanie pełniejszym wymiarze. Liczę na to, że w szóstej części czytelnicy także będą mieli okazję przechadzać się ulicami Polskiego Bieguna Ciepła.

REKLAMA (3)

Pamiętasz jeszcze tarnowskie konwenty?
Oczywiście! To były jedne z najlepszych tego typu imprez, na jakich byłem w życiu. Wspaniała atmosfera, pełni pasji ludzie, którzy je tworzyli… Tego nie da się zapomnieć. Jeśli znajdą się chętni, by zorganizować w Tarnowie kolejny zlot miłośników fantastyki i grozy, na pewno nie przepuszczę okazji, by znów cieszyć się tą atmosferą.

A miejsca, w których się odbywały?
Gimnazjum nr 4 udzieliło gościny dla FanFestu z 2010 roku. Choć to był dopiero koniec maja, słoneczna pogoda sprawiła, że miałem wrażenie, że jestem na wakacjach. Posiadywaliśmy ze znajomymi na schodach szkoły, zadowoleni ze spotkania, między moimi prelekcjami poszliśmy coś przekąsić do pizzerii i… podobnie jak wakacje, ten dzień minął błyskawicznie.
Dwa lata później odbył się Imagicon, któremu miejsca użyczyła znajdująca się na obrzeżach miasta Wyższa Szkoła Biznesu. Tamtejsze budynki nie należały do nowoczesnych, za to posiadały niezaprzeczalny urok, nadając całej okolicy nieco industrialnego kolorytu.
Na obie te imprezy przyjechałem z żoną, przy czym na drugiej była z nami też nasza półtoraroczna córka. Pamiętam, że po krótkiej nocy, w większości wypełnionej rozmowami z uczestnikami konwentu, nad ranem wybrałem się z nią na spacer. Podczas niego wpadł mi do głowy pomysł na jedno z moich najlepszych opowiadań.

Zapamiętałeś coś ze spacerów po Tarnowie?
Kiedy przyjechaliśmy na FanFest, nie mieliśmy jeszcze auta, więc musieliśmy pokonać na piechotę ładnych kilka kilometrów. Niestety, nie był to spacer, tylko forsowny marsz, bo śpieszyliśmy się na konwent. Ale i tak zobaczyliśmy całkiem sporo. Pamiętam na przykład reprodukcję przedstawiającą trzy kobiety namalowane w stylu zbliżonym do belle epoque, na którą natknęliśmy się po drodze. Żałowałem, że nie możemy obejrzeć wystawy prac tego artysty. Następnego dnia wybraliśmy się z żoną do stołówki, w której poza nami stołowały się różne ciekawe postaci, a ja mimowolnie rozglądałem się za moim byłym naczelnikiem, wówczas już emerytem.

Z Tarnowem łączą Cię nie tylko konwenty?
Z Waszego miasta pochodził jeden z moich naczelników, o którym przed chwilą wspomniałem. O zmarłych nie mówi się źle, więc powiem tylko, że w wydziale ochrzciliśmy go ksywą „Wampir”. Opisałem jego specyficzny styl bycia w mojej powieści „Podwójna pętla”. Przy czym z perspektywy czasu muszę przyznać, że Wampir, pomimo tego, że wysysał z nas energię, miał też swoje dobre strony. Jego pokręcony sposób formułowania myśli dawał nam wiele radości rodem humoru z zeszytów szkolnych. „Okno z szybami” czy „sweter w wariancie golfu” do tej pory mnie śmieszą.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję. Mam nadzieję, że wkrótce znów zobaczymy się w Tarnowie.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx