W labiryncie mistrza

0
222

Rozmowa z Krzysztofem Pendereckim, kompozytorem

REKLAMA

Urodził się Pan w Dębicy i tam spędził dzieciństwo. Czy już wtedy zainteresowała Pana muzyka?
W takim mieście jak Dębica przed wojną nie było żadnej muzyki, tylko od czasu do czasu przyjeżdżali muzycy i organizowano koncerty – zdarzało się to może dwa razy w roku. Miałem jednak szczęście, bo mój ojciec grał na skrzypcach. Wprawdzie nie zawodowo, bo był adwokatem, lecz często grał amatorsko, kiedy przychodził z pracy. Pewnego dnia, a było to jeszcze przed wojną, gdy nie miałem nawet sześciu lat, dał mi do ręki skrzypce. Potem załatwił nauczyciela, do którego chodziłem na lekcje, ale nie chciałem się u niego uczyć, więc ojciec znalazł drugiego, potem trzeciego pedagoga, aż wreszcie trafiłem na takiego, który mną pokierował.

Czy wracał Pan do rodzinnego miasta, kiedy był Pan już słynnym kompozytorem?
Do miejsca urodzenia i swojej rodziny wraca się najczęściej przy okazji odwiedzania grobów najbliższych. Są to raczej smutne powroty. Nie mam w Dębicy już prawie żadnego z przyjaciół, chociaż żyją jeszcze moje dawne koleżanki. Nasze kontakty nie są zbyt częste. Nie dlatego, że nie chcę, ale po prostu nie mam czasu. Jak człowiek wykorzeni się z jednego miejsca – bo całe lata mieszkałem i mieszkam w Krakowie, a poza tym bardzo długo byłem za granicą – to później traci się kontakty. Jest to przykre, ale takie bywa życie. Jednak niedawno byłem w Dębicy, bo szkoła muzyczna mojego imienia zorganizowała mi koncert z okazji urodzin.

W 1973 roku kupił Pan dwór w Lusławicach. Była to zrujnowana posiadłość, a jednak coś Pana w niej urzekło…
Trudno powiedzieć, co mnie urzekło. Do Lusławic przywiózł mnie mój przyjaciel. Zbierałem wtedy stare meble i zegary, miałem ich tyle, że nie mieściły się w moim domu w Krakowie, chciałem więc znaleźć dla nich nowe miejsce. Ale nie szukałem tylko w pobliżu Lusławic – żonę ciągnęło w kierunku Poznania, skąd pochodziła jej mama. Odwiedziliśmy tam kilka miejsc, jeździliśmy też w okolice Warszawy, jednak trudno było wówczas dostać pozwolenie na kupno ziemi. Dwór w Lusławicach był prywatny, lecz bardzo zniszczony. Przeszedłem się po parku, gdzie zachwycił mnie starodrzew i możliwość jego rozszerzenia. Jak kupiłem dwór, miał tylko trzy hektary ziemi. Niemal od razu zacząłem skupować okoliczne działki. Już wtedy na cudzych terenach wyobrażałem sobie swój przyszły park (śmiech), chodziłem i rysowałem jego zarysy, wiedziałem, że kiedyś na pewno dokupię ziemi. Oczywiście nie okazało się to proste, ponieważ małopolscy chłopi są uparci. Kilka lat zajęło mi skupywanie ziemi, ale udało się. Park ma ponad 20 hektarów powierzchni i już nie chcę go poszerzać, zresztą nie ma gdzie, bo wokół stoją domy.

Muzyka i ogród to Pana dwie najważniejsze pasje. Jest Pan mistrzem w komponowaniu, ale też doskonałym architektem ogrodowym…
Od dziecka interesowałem się botaniką, bo mój pradziadek był nadleśniczym w dobrach Raczyńskiego w Zawadzie koło Dębicy. Gdy miałem pięć lat, uczył mnie łacińskich nazw drzew, chodziliśmy do lasu i oznaczaliśmy drzewa. Wszystko, co posadziłem w swoim parku, sam dokładnie zaplanowałem, zgromadziłem też bardzo dużą botaniczną bibliotekę. Na pewno wymagało to innej zdolności niż komponowanie, ale ja ciągle się uczę, ponieważ botanika to bardzo rozległa dziedzina. Nigdy nie można znać wszystkiego, przecież jest przeszło milion gatunków drzew, jednak wciąż udaje mi się znaleźć nowe okazy.

Tworzył Pan swój park aż przez czterdzieści lat. Skąd Pan przywoził drzewa?
Już przed laty działało w Polsce kilka bardzo dobrych szkółek drzew, ale to mi nie wystarczało, dlatego przywoziłem okazy również z zagranicy, zwłaszcza z okolic z klimatem, który stwarzał szansę na przeżycie rośliny w naszych warunkach. Próbowałem zwozić drzewa z południowych krajów, ale po jednej lub dwóch zimach po prostu ginęły. Dużo okazów przywiozłem z Holandii, Niemiec oraz Rosji, gdzie często koncertowałem. Kupowałem w ogrodzie botanicznym, a czasem niektórzy dzielili się ze mną drzewami, jakie przywieźli z podróży do Mandżurii, do Chin. Miałem szczęście, bo poznałem dyrektorów rosyjskich ogrodów botanicznych, którzy obdarowali mnie ponad 20 drzewami. Mam też okazy unikalne w naszym klimacie, które u mnie się przyjęły, jak chociażby bagienne taksodium, rosnące w Luizjanie, bardzo ciepłym stanie w USA. Posadziłem ich dziesięć, rosną, mają już po kilka metrów.
W dawnych latach bardzo trudno było przewieźć coś przez granicę, ponieważ był zakaz, dlatego dołączałem ukryte drzewka do jakiegoś transportu, kupowałem małe rośliny zimą i wsadzałem je np. do walizki. Pamiętam, że kiedyś dostałem po koncercie wielki bukiet kwiatów i w jego środku upchałem kilka drzewek. Nikt ich nawet nie zauważył, bo duże kwiaty je przysłaniały. Zresztą na granicy szukano wtedy raczej czegoś innego, jakiejś bibuły politycznej, a nie drzewek.

Ma Pan w parku przeszło tysiąc gatunków drzew – to wielka kolekcja. Gdy urodziła się Panu wnuczka, posadził Pan dębową aleję, by sama mogła zobaczyć, jak rośnie w porównaniu z drzewami. Czy wnuczka często podziwia alejkę?
To już jest pokaźna aleja, bo moja wnuczka skończy w styczniu 13 lat. Ostatnio, gdy spacerowałem z nią po parku, widziałem jaka była dumna, bo amerykańskie dęby rosną o wiele szybciej niż nasze, więc teraz są to nawet pięciometrowe drzewa.

Dziesięć lat temu żartował Pan, że chciałby Pan zrobić swoisty labirynt drzew, do którego można by zaprosić krytyków i nie pokazać im wyjścia. Czy ktoś już się zgubił w Pana parku?
Od tego czasu posadziłem dwa labirynty drzew. Jeden na samym początku tworzenia parku, a drugi znacznie później, trzy‑cztery lata temu. Ale jest to duży labirynt, ma około 4 tys. metrów kwadratowych. Drzewa mają już 140 cm wysokości i za dwa lub trzy lata rzeczywiście będzie można się tam zgubić.
Mój park to otwarta księga, niedokończona symfonia. Jego tworzenie nigdy nie ma końca, bo zawsze pojawią się nowe gatunki, które znajdę i które będę przywoził, a potem sadził. Podczas jednej z ostatnich wichrowych nocy wiatr powalił dwa drzewa, w tym niestety 200‑letniego jesiona. Jest to bardzo przykre, ale w tym miejscu na wiosnę posadzę inne drzewo. Park to żywa istota, która daje mi spokój. Po trudach wojaży wracam do Lusławic i od razu żyję innym życiem.

Czy pomysł utworzenia Europejskiego Centrum Muzyki pojawił się już wówczas, gdy kupował Pan dworek w Lusławicach?
To przyszło później. Prace remontowe przy dworku trwały dosyć długo, a lata siedemdziesiąte były najgorszym okresem w Polsce – niczego nie można było kupić, prawie wszystkie materiały należało sprowadzać z zagranicy. Wyremontowałem nie tylko dwór, ale także szesnastowieczny lamus. Pomyślałem, że chciałbym coś oddać z tego, co dostałem w kraju – przecież cała moja edukacja była w Polsce, wyjechałem za granicę jako ukształtowany artysta, by uczyć innych. Chciałem w Lusławicach stworzyć miejsce edukacji dla młodych zdolnych muzyków, niekoniecznie kompozytorów, raczej wykonawców. Założyliśmy stowarzyszenie, którego celem była budowa centrum, ale znaleźć pieniądze od prywatnych sponsorów było bardzo trudno. Wreszcie uwzględniono nas na liście petentów do unijnych funduszy. Otrzymaliśmy 85 proc. kwoty z Unii Europejskiej, 15 proc. w połowie przyznało nam ministerstwo, a resztę sami musieliśmy dołożyć.
Wybudowaliśmy duże centrum wyposażone w salę koncertową na 650 osób, z dostawkami nawet do 800 widzów, mamy też hotel dla studentów, miejsca, gdzie mogą ćwiczyć, małą salę kameralną oraz restaurację. Na otwarcie sali zaprosiliśmy nie wielką orkiestrę symfoniczną, lecz orkiestrę składającą się z dzieci w wieku od 7 do 13 lat, wybranych w ogólnopolskim konkursie. Gościliśmy też wówczas światowej sławy skrzypaczkę Anne‑Sophie Mutter i jeden z polskich kwartetów.

Udało się spełnić Pana wieloletnie marzenie…
Marzenie spełniłem, bo najważniejsze było znaleźć miejsce dla młodych muzyków i to się udało. Przyjeżdżają do nas najwięksi pedagodzy z całego świata i uczą naszych muzyków. Jednak na terenie mojego parku chciałbym jeszcze zbudować drewnianą salę, gdzie mogłyby się odbywać koncerty letnie.

Niedawno skończył Pan 80 lat, ale szokuje Pan swoją witalnością, wciąż pracując nad kolejnymi kompozycjami i operą „Fedra”. Czy ma Pan jeszcze dużo zawodowych planów?
Nigdy nie robiłem przerw w pracy. Od momentu, kiedy postawiłem swój milowy krok – napisanie „Pasji według św. Łukasza”, która stała się światowym szlagierem, ciągle komponuję, koncertuję i uczę. Jestem dobrze zorganizowany i walczę ze swoim lenistwem w ten sposób, że pracuję codziennie. W moim zawodzie nie ma emerytury, teraz komponuję nawet więcej niż kiedykolwiek. Wstaję wcześnie rano, latem o godzinie szóstej i zabieram się do pracy. Gdy jestem za granicą, często też tak robię, ale to już nie jest regularne, bo mam wtedy próby koncertowe. Mój kalendarz wypełniony jest do 2019 roku, czasem widnieją w nim dokładne daty, ponieważ o wiele łatwiej się pracuje, jeżeli mamy wyznaczony termin. Chcę dokończyć cykl moich symfonii – mam jeszcze dwie do napisania, a w planach bardzo dużo utworów kameralnych. Każdego roku piszę przynajmniej trzy utwory, uzbierała się tego już setka.

Panie profesorze, czego należałoby życzyć Panu z okazji osiemdziesiątych urodzin?
Zdobyłem wszystko, co chciałem. Nigdy nie marzyłem, mieszkając w Dębicy, że zrobię światową karierę. Może potrzeba mi więcej czasu – żebym mógł zrealizować to, co mam zaplanowane. Chciałbym mieć jeszcze przed sobą 20 lat… Czuję się spełniony, choć nie do końca – wprawdzie muzyka i arboretum zostaną po mnie, ale jeszcze wszystkich utworów nie napisałem…
Dziękuję bardzo za rozmowę.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o