Chris Hemsworth: Fantazje sprawiają mi coraz więcej frajdy

0
305
Chris Hemsworth
Autorka z Chrisem Hemsworthem | fot. HFPA
REKLAMA

Rozmowa z CHRISEM HEMSWORTHEM o nowej części filmu „Faceci w czerni” i … kosmitach

– Na początek chciałabym coś ustalić. Jak nowa część „Facetów w czerni” ma się do poprzednich filmów?
– To nie jest żaden remake, ani restart serii. To wciąż ten sam świat „Facetów w czerni”, w którym żyją bohaterowie grani przez Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa. Być może kiedyś postacie z naszego filmu spotkają ich na ekranie – to wcale nie jest wykluczone. Natomiast zgodnie z nowym tytułem „Men In Black: International” w naszej wersji Faceci w czerni działają na skalę międzynarodową. Większość zdjęć nakręciliśmy w Londynie, część w Nowym Jorku, pracowaliśmy też na planie w Maroku i we Włoszech. Bardzo mi się podoba ta zmiana perspektywy. Nie chciałbym powielać czegoś, co nakręcił już wcześniej ktoś inny. Cieszę się, że mogliśmy zachować związek z poprzednimi częściami, ale wprowadziliśmy zupełnie nowe elementy.

REKLAMA

– Tytuł może być mylący. Mowa o facetach, a jedną z głównych postaci jest kobieta!
– Sami się z tego śmiejemy w filmie. W jednej ze scen Tessa [Thompson – Y. Cz.-H.] mówi do Emmy Thompson: „Co z tą nazwą? ”. Emma odpowiada: „Pracujemy nad tym”. Dla mnie to świetny pomysł, by wprowadzić do filmu trochę zamieszania. Właśnie o coś takiego mi chodziło – przedstawiamy widzom doskonale znany świat, ale od innej strony. Ogromnie się cieszę, że udało się zaangażować kogoś tak niesamowicie utalentowanego, jak Tessa. Pracowaliśmy już razem kilka razy i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że bez niej „Ragnarok” byłby zupełnie innym filmem, podobnie zresztą jak postać Thora wiele by straciła. To właśnie dzięki jej obecności wszystko tak pięknie się ułożyło. Dlatego w „Facetach w czerni” poruszaliśmy się już na doskonale znanym terenie. Nie musieliśmy się poznawać na planie, nie musieliśmy się docierać. Po prostu zaczęliśmy zdjęcia i dalej już samo poszło.

– Jak sobie wyobrażasz kosmitów?
– Wystarczy, że popatrzę na swoich braci (śmiech). Czasem moje dzieci sprawiają wrażenie, jakby spadły z kosmosu. Ja sam czasem też. Przy okazji tego filmu często słyszę pytanie, czy wierzę w istnienie życia na innych planetach. Jest we mnie jakiś optymistyczny głos, który odpowiada: tak, chciałbym w to wierzyć, bo byłoby to coś niezwykłego, gdyby się okazało, że gdzieś tam, daleko, mieszkają żywe istoty. Równie dobrze kosmici mogą już od dawna mieszkać na Ziemi. Może na przykład ja jestem jednym z nich, tylko się nie ujawniam (śmiech)? Pamiętam, że jako dzieciak czytałem książki o kosmosie i zastanawiałem się, czy oprócz nas, ludzi, żyje tam ktoś jeszcze. Świadomość, że nie da się odpowiedzieć na to pytanie przy obecnym stanie wiedzy, była jednocześnie ekscytująca i frustrująca. Nie można było sięgnąć do książek, nie można było zapytać rodziców. Nikt nie znał odpowiedzi. I nie zna do dziś. Ale właśnie dzięki temu tak przyjemnie jest pofantazjować, że może jednak gdzieś tam żyją jakieś inteligentne istoty. Muszę przyznać, że z wiekiem takie fantazje sprawiają mi coraz więcej frajdy.

– „Faceci w czerni” to nie tylko kosmici, ale także określony styl: czarne garnitury, ciemne okulary… Jak wyglądały przymiarki kostiumów?
– Stworzył je dla nas Paul Smith [brytyjski kreator mody – Y. Cz.-H.]. Najpierw je zaprojektował, a potem dobierał szczegóły specjalnie dla każdej postaci. Mnie wyjątkowo do gustu przypadły jego markowe skarpetki, nosiłem je przez wszystkie dni zdjęciowe. Może niezbyt się to zgadzało z kodem odzieżowym Facetów, ale co tam! Podobnie było z okularami – chciałem, żeby miały jakiś indywidualny rys, wykraczający poza schemat. Wydaje mi się, że się udało, choć zasady ubioru były jednak dość rygorystyczne. A z samochodami to już w ogóle cudowna sprawa. Mieliśmy na planie klasycznego jaguara i jaguara E. Mogłem obydwa poprowadzić. Dużo siedziałem za kierownicą, bo przed ujęciami musieliśmy przećwiczyć wszystkie manewry. Bardzo podoba mi się ta scena w filmie, kiedy wyjmujemy z wozu różne części: lusterko wsteczne, rurę wydechową, dekle – i składamy z tego broń. Bawiłem się pysznie! Miałem nadzieję, że na zakończenie zdjęć dadzą mi jednego jaguara w prezencie, ale niestety, dostałem tylko scenariusz.

– Wspomniałeś, że nowi „Faceci w czerni” mają międzynarodowy rozmach i że kręciliście w różnych częściach świata. Nie przeszkadzają Ci takie dalekie wyjazdy?
– Wiesz co, w ostatnich latach tyle razy grałem w sztucznych dekoracjach, na tle zielonego czy niebieskiego ekranu, że jeśli tylko pojawia się szansa na zdjęcia w autentycznym plenerze, to rzucam się głową naprzód. Jest mi to bardzo potrzebne. Przede wszystkim o wiele lżej się pracuje, kiedy nie musisz sobie wyobrażać całego otoczenia, bo po prostu masz je wokół siebie. Można się skupić na swojej postaci, po prostu na graniu. Czyli na tym, co jest w mojej pracy najważniejsze. Jeśli tylko słyszę, że zdjęcia powstawać będą, powiedzmy, w Indiach, Tajlandii czy Australii, to od razu jest to dla mnie dodatkowy plus.

– Masz czas na zwiedzanie egzotycznych miejsc?
– Z tym jest gorzej. Na planie praca trwa często od bladego świtu do późnej nocy, więc nie bardzo jest, kiedy zwiedzać. Musisz pamiętać, że my tam nie przyjeżdżamy na wycieczkę. To zazwyczaj jest ciężka harówka. Ale z drugiej strony dzięki pracy na wyjeździe można poznać mnóstwo fajnych ludzi. Jako przybysze z zewnątrz bardzo często kontaktujemy się z miejscowymi ekipami. Tworzą się wtedy naprawdę bliskie znajomości. Jak dotąd mieliśmy wyjątkowe szczęście do współpracowników. Wracając do Twojego pytania: bardzo żałuję, chciałbym mieć więcej czasu, by tak po prostu pojeździć sobie po okolicy, ale niestety – grafik zajęć na planie jest bardzo napięty.

– Masz na wyjazdach jakieś szczególne wymagania? Żeby na przykład pokój w hotelu miał okna od wschodniej strony albo żeby była w pobliżu dobrze wyposażona siłownia?
– Akurat z tą siłownią trafiłaś! Pracowaliśmy niedawno w Indiach, na planie filmu „Dhaka”. I siłownia była absolutnym wymogiem. To nie mój kaprys, ale konieczność. Ze wszystkich filmów, które dotąd nakręciłem, „Dhaka” wymagała ode mnie największego fizycznego zaangażowania. Musiałem więc utrzymywać dobrą formę. Mieliśmy całą listę wymagań dotyczących wyposażenia, ale udało się je spełnić.

– Jak takie wyjazdy rzutują na Twoje życie rodzinne? Oboje z żoną jesteście aktorami, wasza praca ma swoje wymagania, ale ktoś musi zaprowadzić dzieci do szkoły i położyć je spać.
– Do tej pory jakoś nam się wszystko udawało, głównie dlatego, że wymienialiśmy się obowiązkami. Kiedy Elsa [Pataky – Y. Cz.-H.] była zajęta, ja opiekowałem się dziećmi, potem znikałem z domu, a ona zostawała. To akurat kwestia szczęścia, że tak ułożyły nam się terminy. Czasem faktycznie się nakładają i wtedy zaczynają się „schody”. Nie mówiąc o tym, że im starsze dzieci, tym trudniej pogodzić pracę z życiem domowym. Obowiązków głównie przybywa. Dlatego, jeśli tylko mogę, staram się tak dobierać role, by kręcić filmy w Australii, blisko domu. Ale wiadomo, nie zawsze się da. Pytałem znajomych z Hollywood, którzy mają dzieci, jak sobie z tym radzą. Wszyscy bez wyjątku odpowiedzieli: trzeba kombinować. Wybierać „coś za coś”, iść na kompromisy, czasem z czegoś zrezygnować. Nie ma prostego rozwiązania.

– Osiadłeś na dobre w Australii? Czy wolisz jednak mieszkać w Stanach?
– Nie, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Między innymi dlatego, że w Australii już się mną chyba trochę znudzili, dzięki czemu mogę nareszcie mieć odrobinę świętego spokoju. W innych krajach ciągle jeszcze nie mogę się pokazać, bo zaraz zbierają się tłumy. A u mnie – nic. Chyba już mają mnie dosyć (śmiech). Poza tym nareszcie skończyliśmy stawiać dom. Mówię Ci – dopóki człowiek przez to nie przejdzie, nie ma pojęcia o życiu. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że większość rozwodów ma miejsce z powodu różnic poglądów na temat wystroju wnętrz. Rany boskie. My szczęśliwie mamy to już za sobą, ale jeszcze niedawno miałem na głowie mnóstwo spraw, które wcześniej wydawały mi się jakąś bajką z innej planety. Kolor mebli, obicie kanap, baterie łazienkowe… Kogo takie rzeczy w ogóle obchodzą? Sam nie wiem, jak udało nam się to przetrwać. Może dlatego, że mam idealną żonę (śmiech). Pewnie to przeczyta, więc napisz koniecznie, że tak powiedziałem!

– Skoro masz idealną żonę, to czy sam jesteś idealnym mężem?
– To już nie do mnie pytanie (śmiech). Musisz porozmawiać z Elsą. Jak ją znam, to pewnie odpowie, że najbardziej ją denerwuje, kiedy wybywam z domu na długo, bo dziennikarze przyjeżdżają na wywiady (śmiech). No i może jeszcze czasami spędzam zbyt wiele czasu na surfingu i wracam późnym wieczorem. Oczywiście wszystko przez korki (śmiech).

– Chciałabym na chwilę cofnąć się do jednego z Twoich starszych filmów. Niedawno odszedł Niki Lauda, a wiem, że Ty dzięki roli w filmie „Wyścig” miałeś okazję go poznać. Jak wspominasz wasze spotkanie?
– To było jedno z moich najwspanialszych przeżyć. Tuż po nakręceniu pierwszego „Thora” dostałem propozycję krańcowo odmiennej roli – miałem w „Wyścigu” zagrać Jamesa Hunta. Spędziłem na rozmowach z Nikim mnóstwo czasu: na planie, poza planem, nawet po premierze filmu. Przyznaję z ręką na sercu, że w kontaktach z nim byłem wyjątkowo onieśmielony. Bałem się Nikiego chyba nawet bardziej niż reżysera. Niki Lauda najlepiej znał Hunta, utrzymywał kontakty z jego rodziną i ze wszystkich ludzi tylko on mógł ocenić, czy dobrze zagrałem tego człowieka. Myślałem, że będzie wobec mnie bardzo krytyczny. Tymczasem – pamiętam, to było na festiwalu filmowym w Toronto – po pokazie filmu podszedł, objął mnie i powiedział: „James byłby dumny z naszego wspólnego dzieła”. Bo „Wyścig” był też po części jego filmem. Niki włożył w ten projekt naprawdę dużo serca. I nie ukrywał wzruszenia. Dodał jeszcze: „Szkoda, że Jamesa tu nie ma. Gdyby tylko widział ten tłum, te owacje…”. Nie muszę tłumaczyć, ile to dla mnie znaczyło. Moja kariera dopiero się rozpoczęła, stawiałem pierwsze kroki w Hollywood, a tu nagle składał mi gratulacje ten wspaniały, niezwykły człowiek, który w życiu przezwyciężył więcej trudności niż mógłbym sobie wyobrazić. A do tego miał w sobie tyle pokory, tyle ciepła, tyle poczucia humoru. Będzie mi go bardzo brakowało.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o