Jest dwóch Arnoldów…

0
34
czaderska-Schwarzenegger

 

REKLAMA

Jakie to było uczucie wrócić na plan po tylu latach?
Miałem szczęście, że mój powrót odbywał się stopniowo. Dzięki obydwu częściom „Niezniszczalnych” mogłem na powrót oswoić się z atmosferą planu filmowego, a jednocześnie nie musiałem tkwić na nim przez trzy miesiące bez chwili przerwy. Nie muszę ci tłumaczyć, że czułem się oczywiście wspaniale, odwiedzając starych znajomych. Najwięcej zawdzięczam Sylvestrowi Stallone, który jest moim serdecznym przyjacielem i zawsze mnie wspierał, nawet podczas mojej politycznej kariery. Dzisiaj trudno mi uwierzyć, że kiedyś ze sobą rywalizowaliśmy! W naszych filmach próbowaliśmy pokazać sobie nawzajem, kto ma większe mięśnie, kto ma mniej tłuszczu, kto zabije więcej ludzi, kto ma większy karabin… Na szczęście w porę obydwaj zdaliśmy sobie sprawę, że to wariactwo. Po co w ogóle kłócić się o takie głupoty? (śmiech) O wiele łatwiej jest po prostu żyć w zgodzie. Dzięki temu zyskałem wspaniałego przyjaciela, który pomógł mi wrócić do świata filmu. Po „Niezniszczalnych” zacząłem przygotowania do „Likwidatora” w Nowym Meksyku. Ćwiczyłem podnoszenie ciężarów, strzelanie, walkę wręcz, wiszenie na uprzęży, upadki z wysokości… I kiedy byłem już gotów, rozpoczęły się zdjęcia. Teraz, kiedy film jest już gotowy, mogę powiedzieć tyle: cieszę się, że wróciłem!
Nie obawiałeś się, jak widzowie przyjmą Twój powrót na ekran? W końcu minęło trochę czasu. Nie obawiasz się, że jesteś dla nich za stary?
A kto powiedział, że stary znaczy gorszy? Jasne, człowiek nie jest już młodzieniaszkiem, ale wciąż jeszcze jest w formie. My, gwiazdorzy kina akcji z lat 80., mamy to szczęście, że właściwie nie doczekaliśmy się następców. Pamiętam, że gdy zajmowałem się polityką, to niemal bez przerwy obawiałem się, że nie będę miał do czego wracać. Że pojawią się nowi, młodsi, lepsi aktorzy i widzowie o nas zapomną. Tak się nie stało. A potem dostałem propozycję występu w pierwszej części „Niezniszczalnych”. Pojawiłem się na ekranie zaledwie na kilka chwil. I okazało się, że widzowie to kupili! Podczas tej jednej sceny wszyscy w kinie bili brawo jak za dawnych czasów. Wtedy wiedziałem, że mogę wracać. W drugich „Niezniszczalnych” to już była całkiem spora rola. I znów widzom się podobało. To mnie podniosło na duchu. „Likwidator” to pierwszy występ w roli głównej po długiej przerwie. I powrót do staromodnego kina akcji.

„Likwidator” jest hollywoodzkim debiutem Kim Jee‑Woona, reżysera „Słodko‑gorzkiego życia” czy „Dobrego, złego i zakręconego”. Jak wspominasz waszą wspólną pracę?
Jak najlepiej. Pewnego dnia Lorenzo di Bonaventura [producent „Likwidatora” – Y. Cz.‑H.] zadzwonił do mnie i powiedział: „Słuchaj, jest tu ze mną świetny reżyser, który chciałby nakręcić u nas film. Może byście razem pogadali? ”. Zgodziłem się chętnie. Umówiliśmy się na spotkanie u mnie w domu. No i już po pierwszej rozmowie Kim zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. To prawdziwy wizjoner, a do reżyserii podchodzi nie jak do pracy, ale jak do największej pasji w życiu. Jest na tyle dobry, że nikomu nawet nie przeszkadzało, że czasem musiał korzystać z pomocy tłumacza.


Arnold-SchwarzeneggerSłyszałam padające pod Twoim adresem zarzuty: „Wybrano go gubernatorem Kalifornii, bo był sławnym aktorem”. Jak to skomentujesz?
Na pewno jest w tym sporo prawdy. Podejrzewam, że znalazłoby się wielu wyborców, którzy oddali na mnie głos tylko dlatego, że znali mnie z ekranu, a nie mieli tak naprawdę pojęcia o moim programie czy poglądach. Ale trzeba pamiętać o tym, że popularność, owszem, pomaga wygrać wybory, ale nie pomaga potem w rządzeniu. Wprost przeciwnie – jeśli ktoś jest tak znany jak ja, to za każde, nawet najmniejsze potknięcie obrywa ze wszystkich stron. Trzeba się zdecydować, czy idzie się do polityki dla samego rządzenia, czy żeby coś zmienić. Ja postawiłem na to drugie. Kiedy postanowiłem zreformować system edukacji, demokraci natychmiast zaczęli protestować: „Jak to? Republikanin chce rozmawiać o edukacji? Przecież to nasza działka! ”. Ja na to: „Od kiedy? To sprawa, która dotyczy wszystkich, nie tylko was”. To samo z ochroną środowiska i opieką zdrowotną – odebraliśmy demokratom monopol na dyskusje o tych sprawach. Swoją drogą, wszyscy ludzie z mojego sztabu znaleźli później zatrudnienie w administracji Obamy i pomogli mu przygotować reformę systemu opieki zdrowotnej.
Mogę pochwalić się całkiem konkretnymi osiągnięciami, choć często zarzucano mi, że sam nie mogę się zdecydować, czy jestem republikaninem, czy demokratą. Wydaje mi się, że problem polega na czym innym. Jak napisałem w swojej książce, istnieje jakby dwóch Arnoldów: jeden to Amerykanin, gwiazdor z Hollywood, a drugi to Austriak, którego wychowano w kulcie prostych wartości. I to on dochodził do głosu, podpowiadając mi najlepsze rozwiązania, kiedy byłem gubernatorem. Nie chodziło o to, by republikanie wygrali z demokratami. Chodziło o to, by wszyscy razem wzięli się do roboty, by zrobić dla Kalifornii coś wspaniałego.
Co zainspirowało cię do napisania książki?
Powód był bardzo prosty. Wydawnictwo Simon & Schuster od 20 lat błagało mnie, bym napisał dla nich autobiografię. Za każdym razem odmawiałem, bo wydawało mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Aż w końcu, kiedy zostałem gubernatorem, pomyślałem sobie: „O, to może być interesujące”. To historia człowieka, który najpierw został najsławniejszym kulturystą na świecie, potem stał się najlepiej opłacanym aktorem w Hollywood, a następnie wygrał wybory na gubernatora w najlepszym ze wszystkich stanów Ameryki. Złożyłem więc wydawnictwu ofertę, że jak tylko zakończę urzędowanie, to chętnie zacznę razem z nimi pracę nad książką. I nawet nie wiedziałem, w co się pakuję! To było chyba najtrudniejsze wyzwanie w moim życiu.
Wiem, że będąc gubernatorem, tęskniłeś za aktorstwem. A teraz, kiedy Twój powrót stał się faktem, nie tęsknisz za polityką?
Za niektórymi rzeczami tęsknię na pewno. Stanowisko gubernatora wiąże się z mnóstwem pracy, wielką odpowiedzialnością i z olbrzymimi wyzwaniami. Pozwala także nauczyć się nowych rzeczy, ponieważ każdego dnia człowiek styka się ze sprawami, o których dotąd nie miał pojęcia. Tego mi brakuje – tej adrenaliny, tego poczucia, że robimy coś dla ludzi. To była dla mnie absolutna podstawa: pracować dla ludzi, a nie dla konkretnej partii. Wiem, że często mówiono o mnie, że jestem większym demokratą niż cała Partia Demokratyczna – choć to nieprawda, bo z przekonań byłem i jestem republikaninem. Moja filozofia tak naprawdę nie miała wiele wspólnego z politycznymi poglądami i była bardzo prosta. Zróbmy coś konkretnego. Odbudujmy Kalifornię. Odbudujmy Amerykę. Chrońmy przyrodę. Ustabilizujmy gospodarkę. To nie są postulaty demokratyczne czy republikańskie. To są postulaty zwykłych ludzi. Tymczasem wielu polityków usiłuje zbić własny kapitał, przypisując sobie czy swojej partii zasługi za konkretne osiągnięcia. Będąc gubernatorem, napatrzyłem się na różnego rodzaju brudne zagrywki i cieszę się, że nie muszę mieć już z nimi do czynienia. To jest akurat ta strona polityki, za którą na pewno nie tęsknię.
Jesteś aktorem, politykiem, kulturystą, a teraz jeszcze wydawcą sportowego magazynu „Fitness”.
Właśnie dlatego założyłem na Uniwersytecie Południowej Kalifornii własną placówkę: Schwarzenegger Institute of State and Global Policy. Chcę z jej pomocą połączyć ścieżki kariery, dokonać pewnej synergii. Moim celem jest dotarcie do ludzi, rozmowa z nimi, promowanie pewnych wartości. Przede wszystkim zdrowego trybu życia. Pamiętam, że kiedy 40 lat temu zacząłem uprawiać kulturystykę, była to dyscyplina mocno dyskredytowana. Ludzie bali się ćwiczyć, bali się budować mięśnie. Krążyły wtedy najdziwniejsze plotki: że od pracy w siłowni człowiek uzależni się od sterydów, zostanie homoseksualistą, dostanie rozmiękczenia mózgu. A dziś? Sprzęt do ćwiczeń jest właściwie wszędzie, nawet w domach opieki dla starszych ludzi. Cieszę się, że mogłem się do tego przyczynić. I pokazałem, że w budowaniu mięśni nie ma nic złego i wstydliwego. Mam nadzieję, że będę mógł dalej pomagać w ten sposób ludziom. A co będzie dalej, pokaże przyszłość. Niektórzy zapamiętają mnie pewnie jako gubernatora Kalifornii, który zmienił stan na lepsze. Inni będą oglądać moje stare filmy. A będą też i tacy, dla których Schwarzenegger to po prostu najbardziej umięśniony facet na świecie. Przyszłość to pokaże.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o