„I wanna be loved by you, just you and nobody else but you” – śpiewała Marilyn Monroe w 1959 roku, w niezapomnianej komedii Billy’ego Wildera „Pół żartem, pół serio”. Czyli: „Chcę być kochana przez ciebie, tylko przez ciebie i przez nikogo innego”. W chwili premiery filmu niejeden mężczyzna zapewne marzył, aby te słowa padające z ust olśniewającej blondynki skierowane były właśnie do niego. Pewnie też i dzisiaj nie brakuje panów, którzy chętnie przenieśliby się w czasie do odległych lat 50. w nadziei, że udałoby im się ujrzeć na własne oczy boską Marilyn.
Fenomen tej niezwykłej gwiazdy z zadziwiającą skutecznością opiera się upływowi czasu. Mody, trendy i fascynacje kolejnych pokoleń widzów zmieniają się jak w kalejdoskopie, tymczasem Marilyn – lub MM, jak ją niegdyś nazywano – wciąż króluje na piedestale jako jedna z największych ikon Hollywoodu, a kto wie, czy w ogóle nie największa.
Legendarna blondynka
1 czerwca minęło stulecie jej urodzin. Ale przecież to nie do końca prawda. Ponieważ 1 czerwca 1926 roku w Los Angeles przyszła na świat zupełnie inna osoba: Norma Jeane Mortenson. Marilyn Monroe zaistniała dopiero dwadzieścia lat później.
Spróbujmy sobie wyobrazić, że czytamy jej życiorys, nie mając pojęcia, o kogo chodzi: „Nigdy nie dowiedziała się, kto był jej ojcem. Gdy miała sześć lat, jej niezrównoważona psychicznie matka trafiła do zakładu zamkniętego. Dziewczynka wychowywała się najpierw u przyjaciół matki, gdzie prawdopodobnie została wykorzystana seksualnie, a potem trafiła do sierocińca. Aby zapewnić sobie stamtąd ucieczkę, w wieku szesnastu lat wyszła za mąż. Był to pozbawiony miłości związek, który rozpadł się po czterech latach. Aby zarobić na życie jako modelka, pozowała do rozbieranych zdjęć”.
Ta biografia nie kojarzy się z otoczoną luksusem gwiazdą filmową, która śpiewa o tym, że diamenty to najlepsi przyjaciele dziewczyny, prawda? Pozwala jednak zrozumieć problemy, jakie gnębiły Marilyn przez całe życie, nawet już po zdobyciu sławy. Aktorka cierpiała z powodu licznych kompleksów, była chorobliwie nieśmiała, a do tego pod wpływem stresu zaczynała się jąkać. Co gorsza, burzliwe przejścia z dzieciństwa wywarły znaczny wpływ na jej problemy uczuciowe. MM zakochiwała się w niewłaściwych mężczyznach, a czasami wikłała w przypadkowe przygody, które trudno nawet nazwać związkami. Dołóżmy do tego dwa kolejne nieudane małżeństwa, najpierw z baseballistą Joem DiMaggio, potem z pisarzem Arthurem Millerem, a otrzymamy wyjątkowo przygnębiający obraz, stojący w jaskrawym kontraście z komediowymi rolami wiecznie uśmiechniętej, zmysłowej blondynki.
Dwie twarze MM
Kiedy Norma Jeane przerodziła się w Marilyn Monroe? Stało się to, gdy miała dwadzieścia lat i zwrócił na nią uwagę Ben Lyon, producent z wytwórni 20th Century Fox. Uznał, że dziewczynie potrzebny jest efektowny, chwytliwy pseudonim. Imię Marilyn wymyślił sam, a Monroe podsunęła ona. Było to panieńskie nazwisko jej matki. Po zmianie fryzury i koloru włosów oraz kilku operacjach plastycznych metamorfoza była niemal kompletna. Niemal – ponieważ dopiero dekadę później gwiazda oficjalnie zmieniła tożsamość na Marilyn Monroe.
Staram się wniknąć myślami w tę sytuację i prawdę mówiąc, przychodzi mi to z trudem. Marilyn musiała grać przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! Na planie wcielała się w kolejne uwodzicielskie seksbomby, a poza pracą pielęgnowała starannie wykreowany wizerunek gwiazdy.
Mogę się tylko domyślać, jakim upokorzeniem była dla niej konieczność nieustannego odgrywania głupiutkiej blondyneczki, której jedyny atut stanowiła uroda połączona z ogromnym seksapilem. Mowa przecież o aktorce, która pochłaniała powieści Jamesa Joyce’a i Tomasza Manna, a jej księgozbiór liczył kilkaset pozycji! Niestety, Marilyn trafiła na czasy, w których kierowane do kobiety słowa „Nie zaprzątaj sobie tym swojej ślicznej główki” uchodziły za naturalne i w nikim nie budziły oburzenia. Wielokrotnie próbowała udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko symbolem seksu. I kilka razy nawet jej się to udawało – choćby w „Przystanku autobusowym” czy „Skłóconych z życiem” – cóż jednak z tego, skoro zarówno producenci, jak i widzowie chcieli ją widzieć wciąż w tej samej roli.
Cena bycia Marilyn
Zawiedli ją nawet mężczyźni, na których liczyła najbardziej. O pierwszym mężu wspomniałam wcześniej zaledwie mimochodem, ponieważ James Dougherty nie odegrał żadnej istotnej roli w jej życiu. Marilyn, wspominając po latach ten związek, napomknęła jedynie, że „umierała z nudów”. Małżonek, z zawodu policjant o dość konserwatywnym usposobieniu, uważał zapewne, że przytrafiła mu się efektowna żona, której szczytem aspiracji powinno być prowadzenie domu. I gdy okazało się, że zamiast tego marzyła o pracy modelki, nie chciał o tym słyszeć. Rozstanie było tylko kwestią czasu.
Jeszcze gorzej ułożyła się relacja z Joem DiMaggio. Zazdrosny sportowiec o krewkim temperamencie być może na swój sposób kochał Marilyn, ale chciał kontrolować jej karierę i nie podobało mu się, gdy przed kamerą czy aparatem fotograficznym odsłaniała zbyt wiele. A gdy był niezadowolony, dawał temu wyraz tylko w jeden sposób, puszczając pięści w ruch. Rozwód nastąpił po dziewięciu miesiącach.
Trzecie i ostatnie małżeństwo, które miało stanowić wytchnienie po uczuciowych perturbacjach, okazało się dla aktorki chyba największym koszmarem. Owszem, dramaturg Arthur Miller był w niej do szaleństwa zakochany, przynajmniej w początkowej fazie ich związku, ale nie ukrywał, że interesowała go głównie jej zmysłowość. Na temat walorów intelektualnych Marilyn nie miał zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Był również człowiekiem skupionym wyłącznie na sobie. Gdy doszedł do wniosku, że małżeństwo z hollywoodzką seksbombą okazało się niekorzystne dla jego publicznego wizerunku, postanowił je zakończyć. A jako pożegnalny „prezent” napisał dla MM scenariusz filmu „Skłóceni z życiem”, w którym zawarł wiele szczegółów z ich prywatnego życia. Widzowie może nie mieli o tym pojęcia, ale dla Marilyn był to wyjątkowo bolesny cios.
Blaski i cienie gwiazdy
Czy można się dziwić, że aktorka wpadła w uzależnienie od środków uspokajających i przeciwbólowych? W połączeniu z jej rozlicznymi kompleksami i pogłębiającymi się wahaniami nastrojów powstała mieszanka zabójcza dla jej kariery. MM notorycznie spóźniała się na plan, zapominała kwestii, domagała się niezliczonych dubli, a w Hollywood coraz mniej osób chciało z nią pracować. Na planie wspomnianej już komedii Billy’ego Wildera „Pół żartem, pół serio” aktorom i ekipie wyjątkowo dało się we znaki chimeryczne zachowanie gwiazdy.
Ponieważ znałam bardzo dobrze Billy’ego Wildera, zwykle udawało mi się bez większego trudu zachęcać go do opowieści o dawnych czasach w Hollywood. Spotykaliśmy się w jego biurze położonym przy bulwarze Little Santa Monica. Oczywiście nie oparłam się pokusie i zapytałam, jak wspomina pracę z Marilyn Monroe. Westchnął ciężko, zupełnie jakbym poruszyła jakiś trudny i bolesny temat. Po czym stwierdził: „Była wyjątkowo niezdyscyplinowana. Nie przestrzegała żadnych terminów. Nikt inny nie przyprawił mnie nigdy o równie dokuczliwy ból głowy”. Po chwili dodał: „A przy tym wszystkim była wyjątkowo inteligentną osobą obdarzoną olbrzymim talentem komediowym. I jak mało kto umiała improwizować przed kamerą. Skoro nie była w stanie zapamiętać kwestii ze scenariusza, to wymyślała własne”. Billy uśmiechnął się do własnych wspomnień. I podejrzewam, że w tamtej chwili gotów był oddać naprawdę wiele, by Marilyn nadal żyła i mogła występować w jego filmach.
Tragiczna, przedwczesna śmierć gwiazdy Hollywoodu stanowi część jej legendy w jednakowym stopniu, co naznaczone bólem i rozczarowaniem życie. Marilyn Monroe zmarła w nocy z 4 na 5 sierpnia 1962 roku. Jako oficjalną przyczynę podano przedawkowanie barbituranów. Wokół zgonu MM narosło mnóstwo teorii spiskowych – po części dlatego, że odejście uwielbianej aktorki stanowiło wydarzenie zbyt szokujące, by złożyć je na karb zwykłego nieszczęścia. Marilyn miała zaledwie 36 lat! Szeptano po kątach, jakoby zabiła ją mafia, może komuniści albo CIA, ewentualnie któryś z braci Kennedych: John albo Robert… Nigdy jednak nie znaleziono dowodów na to, że ktokolwiek targnął się na jej życie. Nie można natomiast wykluczyć, że sama postanowiła ze sobą skończyć i tamtej fatalnej nocy celowo zażyła zbyt wiele tabletek.
![Intensywne deszcze dały się we znaki mieszkańcom Tarnowa i regionu [ZDJĘCIA] Lokalne podtopienia](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/08/Lokalne-podtopienia-4-218x150.jpg)
![Ulica Batorego prawie gotowa [ZDJĘCIA] Batorego sierpień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/08/Batorego-sierpien-10-218x150.jpg)




![Sierpniowe wycieczki enomeleksem także do gminy Ryglice [ZDJĘCIA] Enomeleks gmina Ryglice](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/08/Enomeleks-gmina-Ryglice-4-218x150.jpg)
















