„Nasza” Yola z Hollywood

0
301
Yola Czaderska-Hayek
Yola Czaderska-Hayek
REKLAMA

Sprawozdawczyni oscarowej gali i największych imprez amerykańskiego przemysłu filmowego, tarnowianka, nasza stała współpracowniczka, jedyna Polka przyznająca Złote Globy w Hollywood właśnie dostała „Oscara”. Do jej kolekcji nagród dofrunęła z Wiednia Złota Sowa – zwana polonijnym Oscarem.

Drobna, efektowna, zawsze perfekcyjnie ubrana. Ma ciepły, „uśmiechnięty” głos. Lubi ludzi, lubi z nimi rozmawiać. Porównuje się ją do aktorki Joan Collins lub Elizabeth Taylor. Yola nie jest tym zachwycona, bo chce być Yola, a mało kto wie, że tę samą fryzurę i styl zachowuje od lat. Dawniej, w przaśnych czasach bez Internetu, jedyna polska kobieca korespondentka z Hollywood, na jej wywiady z gwiazdami w „Przekroju” czy „Ekranie” czekało się z niecierpliwością, tak jak na jej stroje. Opowieści Kirka Douglasa, Johna Wayne’a czy Burta Lancastera czytało się z wypiekami na twarzy.
Nie ma artykułu Yoli Czaderskiej‑Hayek bez zdjęcia z osobą, z którą robi wywiad – to jej znak firmowy, tak jak charakterystyczna fryzura. Pomiędzy setkami artystów z Hollywood, z którymi rozmawiała Polka pochodząca z Tarnowa i mieszkająca od wielu lat w willi Belvedere w Hollywood Hills, byli i prezydenci: Ronald Reagan, Gerald Ford, Vaclav Havel czy Lech Wałęsa.
W magazynie „Film” napisano o Yoli „nasza Jola kochana” i tak wiele osób o niej mówi. Mąż, Ed Hayek, były pilot American Airlines, zaznacza:
– W Yoli nie ma ani jednej złośliwej kosteczki. Rozmówcy to wyczuwają, ona nie plotkuje, jest ciepła i dyskretna.

REKLAMA

Ona przyznaje Złote Globy
Po polsku – Jola, z domu Czaderska, z braku czasu na spotkania przyjaźni się „przez telefon”.
– Lubię gadać – śmieje się perliście do słuchawki. Bo kalendarz dziennikarki, członkini Stowarzyszenia Dziennikarzy Zagranicznych przy Hollywood, tego samego, które przyznaje nagrody filmowe Złote Globy (po nich przyznawane są Oscary), jest bardzo napięty. Pani Yola przyznaje, że jej przynależności do tej elitarnej grupy dziennikarzy (liczy jedynie 85 osób!) towarzyszy wiele bolesnych plotek.
– Słyszałam już, że to mąż mi członkostwo „kupił”. To bzdura, byłoby chyba nawet niemożliwe. Trzeba być najpierw członkiem Motion Picture Association of America (najważniejsza organizacja w USA zajmująca się filmem z siedzibą w Waszyngtonie), mieć stałe zamieszkanie w Los Angeles, bo niemal codziennie są filmowe premiery i pokazy filmów, konferencje prasowe, na których trzeba bywać. Wymagany jest dorobek dziennikarski. Poza tym trzeba mieć dwóch „wprowadzających” do Stowarzyszenia, którzy mówią, kim jesteś, i za ciebie ręczą. Ja mam to od lat spełnione z nawiązką – opowiada Yola Czaderska‑Hayek.
„Nasza” Yola już od 14 lat wspólnie z kolegami przyznaje amerykańskim filmom Złote Globy. W Polsce te nagrody nie są tak znane jak Oscary, ale to one są ważnym sygnałem, kto może liczyć na Oscara. W tym roku nagrody pokryły się niemal w 100%.
– My bardzo ciężko pracujemy, to właściwie styl życia. Do południa spotkania z aktorami, konferencje prasowe, potem pokazy w małych salkach przeważnie przy studiach filmowych, często w obecności reżyserów, którzy mówią, że jeszcze kolor nie ten, muzyka niedopracowana, bo filmy pokazywane są nam na długo przed oficjalnymi premierami.
Wieczorami przeważnie premiery innych filmów, a powstaje ich w samym Hollywood ok. 300 do 500 rocznie. Dobrze, że festiwale nie są obowiązkowe, bo nie miałabym czasu dla męża, piesków i ogrodu – przyznaje Polka z Hollywood.
Lubi jeździć na plany filmowe, czuć atmosferę pracy, a kameralne spotkania mają dla niej większą wartość. Nie przepada za wielkimi festiwalami, premierami.
– Nie piję alkoholu, jem niewiele, do tego nijakie rozmowy. Czekam tylko, kiedy pojadę do domu… Limuzynę z numerem „Yola One” prowadzi szofer, czasami wozi ją mąż – Yola Czaderska‑Hayek nigdy nie zrobiła prawa jazdy.

Yola, ogród i psy
Mieszka w stylowej rezydencji znajdującej się na wzgórzu, w pobliżu znanego symbolu ‑napisu HOLLYWOOD. Można ją czasami zastać umazaną ziemią, przycinającą, przesadzającą kwiaty i krzewy w swoim ogromnym ogrodzie.
– Lubię się „grzebać” w ziemi, to przyjemność większa niż „czerwony dywan”. Lubię wszystko robić sama, jestem taka Zosia‑Samosia. Czasami mnie ktoś widzi z ulicy i ze współczuciem pyta: „Biedactwo, nie stać cię na ogrodnika?”, a ja na to, że mam trzech. Nasi ogrodnicy wiedzą, że znam się na tej pracy, wolą, kiedy się nie kręcę po ogrodzie – znowu serdecznie się śmieje. Dodaje, że jest w rzeczywistości domatorką, może dlatego dla odmiany lubi się dobrze ubrać i „zrobić”, kiedy wychodzi czy przyjmuje gości.
Jako rezolutny dzieciak biegała w Tarnowie po bułki do piekarza, cała kolejka się bawiła, kiedy mała, czarnowłosa dziewczynka wspinała się na palce, kazała sobie wyłożyć bułki na ladę i paluszkiem każdą sprawdzała, czy jest świeża. Tylko ona przynosiła świeżutkie do domu. Na zdjęciach widać, że młodziutka Jola nosiła tę samą fryzurę, co Yola dziś, i że już wtedy jej stroje wyróżniały się z ulicznej szarzyzny. Swojego męża poznała w Krakowie, gdzie ukończyła polonistykę na WSP i krótko pracowała w świetlicach kulturalnych.
– Ed wyglądał jak gwiazdor filmowy… Zakochaliśmy się w sobie. Jako jego narzeczona poleciałam do USA, chciałam tam wziąć ślub, choć mógł nam go udzielić kardynał Karol Wojtyła, którego dobrze znałam. W prezencie ślubnym dostałam ten dom na wzgórzach Holly­wood. A mój Ed to jest „książę”, powiedział mi: „Ja ci kupiłem dom, a ty się nim zajmij” – śmieje się Yola‑Samosia.
Robi wszystko, od zakupów po układanie mężowi fryzury, czasem nawet wymienia bezpieczniki.
– Ojciec nauczył mnie wielu rzeczy, również tych dla chłopaków. W akademiku ścinałam, farbowałam koleżankom włosy, zapłatą były streszczenia lektur potrzebnych mi na zajęcia. Potem dostawałam piątki, a koleżanki, które książkę przeczytały, trójki…
Z rezydencją „Belvedere” wiąże się wspomnienie romansu pierwszej właścicielki, wspaniałej śpiewaczki operowej i gwiazdy filmu niemego, Geraldine Farrar i jej kochanka Rudolfa Valentino. Jest jeszcze po nim pamiątka – dywan. U następnych właścicieli willi, urologa, lekarza gwiazd filmowych i jego żony Dorothy, bywał prezydent Reagan i wiele innych znakomitości, grywali w pokera. Yola przechowuje żetony, którymi grali sławni tego świata.
Pani Yola kocha psy, ma ich zwykle trzy. Aktualnie jamniki: Elvisa, Lanę i Tinę. Jej ukochany dog‑arlekin miał na imię Ewa – na cześć siostry.
– Ile już tych piesków pożegnałam w ciągu mojego życia, był i doberman, i sznaucer… Są jak członkowie rodziny. Śpią z nami w łóżku. Kiedy pies odchodzi, zastępuje go nowy szczeniak, życie musi toczyć się dalej…

Joan Collins, Yola i uliczka jej imienia
– Słyszałam wiele razy, że jestem podobna do Joan Collins i do Elizabeth Taylor. Collins to dla mnie najbardziej ciepła i sympatyczna gwiazda poprzedniego pokolenia. Pamiętam, jak jej córka miała wypadek i nie wróżono jej powrotu do zdrowia, Joan wynajęła camper, postawiła pod szpitalem, tam mieszkała i była cały czas przy córce – wspomina Yola. Te porównania nie są jej potrzebne – ona jest po prostu sobą. Pracuje charytatywnie na rzecz emerytowanych aktorów Holly-
wood. Mieszkają w „miasteczku” w Woodland Hills w domkach z ogródkami, mają świetną opiekę medyczną, szpital, kino, teatr, fryzjera, kosmetyczkę.
– Mimo wspaniałej organizacji woleliby być w małym kąciku, ale u siebie, a niektórzy mają czasem blisko 100 lat. Matki gwiazd organizują dla nich przyjęcia, spotkania, przyjaźnię się np. z Marlene Willis, matką Bruce’a, czy Marhą Selleck, matką Toma… Prowadzę z emerytami pogawędki przy mikrofonie, wspominają, opowiadają.
– Organizujemy aukcje, gwiazdy przekazują do sklepiku swoje kreacje, „młode” Hollywood utrzymuje „stare”. Spotkania ze starymi ludźmi to moje hobby. Warto ich słuchać, przeżyli życie i wiedzą, co mówią. Większość moich osobistych przyjaciół już odeszło, byli o 30 i więcej lat starsi ode mnie – zaznacza z pokorą. Jej przyjaciele i podopieczni mówią, że Yoli za jej oddanie należy się uliczka jej imienia w „miasteczku” emerytów…

Ambasadorka polskiego filmu
Ed Hayek mówi o żonie, że o niej można by kręcić serial, ale taki, co latami by szedł w telewizji.
– Nigdy nie chciałam być aktorką, proponowano mi role. Pięć propozycji scenariuszy filmu o mnie mam w szufladzie… Mnie „kręci” ta druga strona – jak funkcjonuje ta cała machina filmowa – Yola Czaderska‑Hayek podkreśla, jak niewiele wiemy o pracy aktorów w Hollywood, jaka to ciężka harówka. – Stres przy staraniach o rolę, czekanie na telefon; wiele godzin w charakteryzatorni, wstawanie o 4, 5 rano i długi dzień pracy. Czerwone dywany są kilka razy w roku, poza tym – zwykła ciężka robota. Ja mam dostęp do tego świata, szkoda by mi było się tym nie podzielić. Dlatego pracuję, robię wywiady, piszę…
Jest ambasadorką polskiego kina. Ma w domu małą salkę kinową, zaprasza wpływowych, opiniotwórczych ludzi do siebie i od lat pokazuje polskie filmy, m.in. Wajdy, Zanussiego, Kieślowskiego, Kawalerowicza, Holland. Ostatnio „Rewers”, „80 milionów”, „W ciemności”, „Wałęsę”, nie zapominając o tych kandydujących do nominacji do Oscarów. Robi im reklamę.
– Nie wolno mi tego robić przed Złotymi Globami. Mogę za to przed Oscarami…
Czaderska‑Hayek pomaga w kontaktach między twórcami polskimi a amerykańskimi. Pomaga rodakom także w losowych sytuacjach, chociaż, jak się okazywało, nie raz ją oszukano.
– Jedna z plotek mówi, że jestem drugą najbogatszą Polką w Ameryce po Barbarze Piaseckiej‑Johnson. Daleko mi do niej, bardzo daleko – przyznaje.
Polska Yola z Hollywood otrzymała wiele nagród, m.in. w 2009 prezydent Lech Kaczyński przyznał jej Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej za szczególny wkład w promocję polskiego kina w USA. W 2010 otrzymała tytuł Kobiety Roku od południowokalifornijskiej Rady Filmu. Właśnie przyznano jej nagrodę od Polonii, i to z Europy. Jadwiga Hafner z Wiednia wraz z kapitułą Klubu Polskiej Inteligencji w Austrii przyznała jej Złotą Sowę Polonii, zwaną też w kuluarach „polonijnym Oscarem”. Niestety, Sowa doleciała z Europy nieco poturbowana.
– Steven Spielberg powiedział mi kiedyś: „musimy być za swoją ciężką pracę doceniani”. Mała czy duża nagroda – ktoś cię docenił i to się liczy – zaznacza polska dama z Hollywood Hills.
Czego sobie życzy na przyszłość?
– Żeby zostało tak, jak jest. Jak mówią Amerykanie „jak nie jest zepsute, nie naprawiaj”.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments