O Disneyu i piratach

0
102

Z Tomem Hanksem o filmach „Ratując pana Banksa” i „Kapitan Phillips” rozmawiała w Hollywood Yola Czaderska HayekRozmowa z Tomem Hanksem o filmach „Ratując pana Banksa” i „Kapitan Phillips”

Pamiętasz swoją pierwszą wycieczkę do Disneylandu?
Nie przypomnę sobie dokładnie, kiedy to było – może w 1967 roku albo w 1968, mogłem mieć wtedy jakieś 12, 13 lat – ale samą wycieczkę pamiętam ze szczegółami. W tamtych czasach to było wielkie wydarzenie. Dzieciaki marzyły o wyjeździe do Disneylandu, a jeżeli ktoś ze znajomych już tam był, to koniecznie musiał o wszystkim opowiedzieć i co ważniejsze, pokazać wszystkie pamiątki. Nawet zwyczajne bilety wstępu miały ogromną wartość! A mapę Disneylandu wieszało się nad łóżkiem, żeby potem w wyobraźni odbywać spacery od jednej atrakcji do drugiej. Znałem i takich, którzy nigdy tam nie byli, ale potrafili z pamięci wymienić, gdzie co się znajduje. W jakimś momencie rodzice zlitowali się i zafundowali nam wycieczkę. To było niedługo po śmierci Disneya w 1966r. Więc chyba jakiś rok czy dwa później. Nic jeszcze wtedy w Disneylandzie nie zmieniono, nie pojawiły się żadne nowe budynki. Zobaczyliśmy to miejsce w takim kształcie, jaki nadał mu Disney. No i oczywiście musieliśmy zaliczyć wszystkie najważniejsze atrakcje: „Wspaniałe chwile z panem Lincolnem”, „Ulicę Główną w USA”, „Lot na Księżyc” … Pamiętam, że chciałem tam zostać na zawsze. Wszystko, dosłownie wszystko, mnie zachwyciło. Tamtego dnia widzieliśmy naprawdę wiele rzeczy i nie przypominam sobie ani jednego rozczarowania. Rzeczywiście w tych opowieściach o magii Disneylandu nie było przesady. Pierwszej wycieczki do tego miejsca się nie zapomina (śmiech). Potem oczywiście wracałem tam wiele razy, teraz może zrobię sobie małą przerwę. Muszę trochę odpocząć od Disneya.

REKLAMA

Domyślam się, że przed nakręceniem „Ratując pana Banksa” przestudiowałeś dokładnie jego biografię?
Byłem w sytuacji o tyle dobrej, że nie musiałem zgłębiać całego życiorysu. Film opowiada jedynie o dwóch tygodniach z końcowego etapu jego kariery, kiedy Disney był już „tym” Disneyem. Nie musiał o nic walczyć, nie musiał nikomu nic udowadniać, był chodzącą legendą. Oczywiście nawet ten krótki wycinek jego życia też wymagał przygotowań. Diane Disney Miller (córka Walta – Y. Cz.‑H.) umożliwiła mi dostęp do rodzinnego muzeum. Byłem tam dwukrotnie, obejrzałem wszystkie eksponaty, nagrania wideo i dokumenty. Poznałem historię rodziny od A do Z. No i przede wszystkim usłyszałem sporo anegdot na temat Walta, głównie z początków jego kariery. W latach 20. Disney jako początkujący filmowiec kręcił kreskówki z królikiem Oswaldem. Dzieciaki je uwielbiały, to był strzał w dziesiątkę. Po czym okazało się, że producent z Nowego Jorku zagarnął całe prawa do postaci. Disney pojechał na spotkanie, żeby wynegocjować swój udział, ale odprawili go z niczym. Wracając pociągiem do domu, był przekonany, że to koniec, że jego kariera właśnie się posypała. Ale nie poddał się i postanowił wprowadzić na ekran nowego bohatera w miejsce Oswalda. Narysował mysz, którą nazwał Mortimer. Na szczęście jego żona oświadczyła w porę: „Nie ma mowy o żadnym Mortimerze. To będzie Myszka Miki”. I tak właśnie Walt Disney stworzył postać, która w dalszej kolejności stworzyła jego legendę.

Miałeś okazję przeczytać korespondencję Disneya i P.L. Travers?
Niestety nie. Rozmawiałem za to z Richardem Shermanem (autorem muzyki do ekranizacji „Mary Poppins” – Y. Cz.‑H.). Narzekał strasznie, jaką wiedźmą była P.L. Travers, jak bardzo oni jej wszyscy nie znosili, zresztą z wzajemnością. Te dwa tygodnie jej pobytu w Ameryce były dla nich koszmarne. Walt Disney podobno nie wiedział jak zareagować, ponieważ po raz pierwszy od 20 lat zetknął się z osobą, na której jego gwiazdorski status nie zrobił najmniejszego wrażenia.

Naprawdę poleciał za nią do Londynu, kiedy zerwała negocjacje?
Tak. Może nie następnym samolotem, ale nie minęła nawet doba od jej wyjazdu. Do dziś tak naprawdę nie wiadomo, jak przebiegła ich rozmowa i co się wydarzyło. To, co widzisz w filmie, stanowi w dużej mierze efekt pracy scenarzystki Kelly Marcel, no i oczywiście Johna Lee Hancocka, reżysera „Pana Banksa”. W każdym razie Disney jakimś sobie tylko znanym sposobem przekonał autorkę, by wyraziła zgodę na realizację „Mary Poppins”.

Musiał być nie tylko świetnym reżyserem, ale także znakomitym psychologiem.
Wydaje mi się, że klucz do zrozumienia Disneya tkwi w jego biografii. Wychował się w strasznej biedzie, jego ojciec wciąż miał jakieś pomysły na zrobienie interesu, które za każdym razem coraz bardziej obciążały całą rodzinę, do tego jeszcze już jako ośmiolatek musiał pracować przy rozwożeniu gazet, żeby mieć na jedzenie. A gdy zrobił coś nie tak, ojciec bił go pasem. Mam wrażenie, że za sprawą tego trudnego dzieciństwa udało mu się dostrzec coś, co tkwiło głęboko w duszy Amerykanów z jego pokolenia. To nie przypadek, że jedno z najważniejszych miejsc w Disneylandzie, czyli Ulica Główna, stanowi tak naprawdę wyidealizowaną wersję okolicy, w której się wychował. Walt Disney pozwalał gościom Disneylandu cofnąć się do przeszłości i zaznać tego wszystkiego, czego mogło im brakować, gdy byli dziećmi – ciepła, spokoju i radości. Być może właśnie dzięki temu Disneyland stał się tak popularny w Ameryce. To coś więcej niż tylko wizja jednego człowieka, to fenomen, który dotyczy całej naszej społeczności. Pamiętam, że gdy byłem mały, wszyscy chcieliśmy żyć w Disneylandzie, choćby tylko przez jeden dzień. Podejrzewam, że Walt dostrzegł w P.L. Travers bratnią duszę. Ona też w swoich książkach usiłowała przepracować rozmaite wydarzenia z dzieciństwa. Nadawała im fikcyjną formę. Może właśnie dlatego Disney umiał ją przekonać.

Masz ostatnio szczęście do filmów opartych na faktach. Wydaje się, że „Kapitan Phillips” wszedł na ekrany zaledwie wczoraj. To krańcowo odmienna produkcja od „Ratując pana Banksa”. Jak Ci się udało tak przekonująco wcielić w faceta, który stawia opór piratom?
Przede wszystkim dużo mi dały rozmowy z Richardem Phillipsem. Zależało mi na tym, by poznać tego człowieka i zrozumieć, co nim powodowało. Oczywiście zastanawiałem się nad tym, co bym zrobił w jego sytuacji, ale obawiam się, że pod względem charakteru stanowię jego całkowite przeciwieństwo – Rich to dzielny, zdecydowany człowiek, który opłynął chyba wszystkie najgorsze zakątki świata, a ja nigdy w życiu bym się na to nie odważył. Najodważniejsza rzecz, na jaką kiedykolwiek się zdobyłem, to decyzja, żeby mieć dzieci (śmiech). To jest odpowiedzialność, jaka ciąży na człowieku do końca życia. A poza tym bałbym się nawet wyjechać dokądkolwiek samotnie. Więc chciałem zobaczyć Phillipsa na własne oczy i usłyszeć od niego, jak to właściwie jest, kiedy człowiek odpowiada za tylu ludzi i zdany jest wyłącznie na siebie. Poza tym pomógł nam w jeszcze jednej rzeczy.

W czym?
Poprawił większość błędów w scenariuszu. Pewne sceny pisane są z myślą o dramatycznym efekcie, a realizm odchodzi na dalszy plan. Rich z miejsca je wyłapał. Powiedzmy, że mamy taki obrazek: bohater płynie szalupą ratunkową i obserwuje horyzont przez bulaj, myśląc jednocześnie o swoich najbliższych. Kłopot w tym, że na szalupach, z jakimi miał do czynienia Phillips, nie było bulaja akurat w tym miejscu, które przewidywał scenariusz. Żeby wyjrzeć na horyzont, bohater musiałby wstać, przecisnąć się przez co najmniej dwóch ludzi i dopchać do małego okienka. I cały dramatyczny efekt diabli biorą. Albo inna filmowa scena jeszcze przed atakiem piratów: rankiem kapitan Phillips, jak na rasowego marynarza przystało, wychodzi na pokład i bierze głęboki wdech, ciesząc się morskim powietrzem i tocząc wzrokiem po wodzie. Rich przy tym wybuchnął śmiechem. Zapytał: „Co to ma być? 35 lat pływam po oceanie i ani razu mi się to nie zdarzyło”. Tego rodzaju pomoc naprawdę trudno przecenić. Kiedy kręcę filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach, zawsze zależy mi na maksymalnym dochowaniu wierności nie tylko faktom, ale i zachowaniom bohaterów.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments