Po prostu Lincoln

0
24
REKLAMA

Jego najnowszy obraz pod prostym tytułem „Lincoln” uzyskał 7 nominacji do Złotych Globów i 12 nominacji do Oscarów. Co przy tym ciekawe, na gali wręczania Złotych Globow film prezentował były prezydent USA, Bill Clinton. Tutaj jeszcze dodam, że Spielberg jest również współwłaścicielem wytworni DreamWorks, która film ten wyprodukowała.
Ale, przejdźmy do treści omawianego obrazu. Ukazuje on – mówiąc w największym skrócie – cztery ostanie miesiące prezydentury i życia Lincolna. Były one w całej działalności prezydenta najtrudniejsze i najbardziej ważne dla przyszłości Stanów Zjednoczonych. Bo właśnie wówczas Lincoln walczył, żeby przeforsować w parlamencie tzw. „trzynastą poprawkę”, prowadząca do zniesienia niewolnictwa, robót przymusowych oraz dyskryminacji czarnych obywateli. O tej właśnie historycznej batalii, determinacji oraz zwycięstwie Lincolna opowiada film.
Jeżeli chodzi o akcję filmu, to nie ma tu dużo do opisywania, bo większość scen rozgrywa się w gmachu kongresu. Autorzy scenariusza, Tony Kushner i Steven Spielberg, zaprezentowali zmagania Lincolna o przeforsowanie rewolucyjnej ustawy nie gloryfikując prezydenta, ale ukazując go jako niezwykłego człowieka wiele znaczącego w historii Stanów Zjednoczonych.
Scenariusz został w dużej części oparty na bestsellerowej książce Doris K. Goodwin, jego pisanie trwało dość długo, bo aż dwa lata. Ale mistrz pióra, laureat prestiżowej Nagrody Pulitzera, Tony Kushner, poradził sobie znakomicie z tym gigantycznym przedsięwzięciem.
Główną rolę w filmie powierzył Spielberg Danielowi Day‑Lewisowi, angielskiemu aktorowi mieszkającym w Irlandii, który jest już laureatem dwóch Oscarów za role w filmach „Moja lewa stopa” i „Aż poleje się krew”. Lewis mistrzowsko odtwarza postać Lincolna i bez wahania można powiedzieć, że jego kreacja jest podstawowym elementem sukcesu tego znakomitego obrazu.

REKLAMA

czaderska-lincoln1

Yola Czaderska‑Hayek: Za „Lincolna” zdobyłeś już nagrodę Gildii Aktorów i Złoty Glob, masz też nominację do Oscara. Jak to się stało, że zgodziłeś się zagrać legendarnego prezydenta?
Daniel Day‑Lewis: To nie była łatwa decyzja. Długo zastanawiałem się nad tym, czy przyjąć tę rolę. W pierwszym odruchu wszystko się we mnie sprzeciwiało: facet urodzony i wychowany w Londynie ma zagrać prezydenta Stanów Zjednoczonych? I to nie byle jakiego, bo jak sama zauważyłaś, Abraham Lincoln dla Amerykanów to legenda, to chyba najbardziej uwielbiany prezydent w dziejach USA. Naprawdę obawiałem się, że nie podołam temu wyzwaniu i że widzowie uznają, że obrażam pamięć tego wspaniałego człowieka.
Jak przygotowywałeś się do roli?
Tak samo jak do każdej innej. Przede wszystkim dużo czytałem – zawsze staram się dużo czytać przed rozpoczęciem zdjęć, choćby tylko podstawowe rzeczy na temat epoki, w której toczy się akcja filmu. Oczywiście gdybym chciał przeczytać wszystko na temat Abrahama Lincolna, to pewnie spędziłbym w bibliotece resztę życia, a także całe następne wcielenie (śmiech). Siłą rzeczy trzeba było ograniczyć się do najważniejszych pozycji. Na szczęście miałem rok na przygotowania, więc czasu było dość. A potem przyszedł taki moment, kiedy trzeba było odłożyć książki na półkę i zająć się tworzeniem postaci.
Czy podczas siedzenia nad książkami dowiedziałeś się o Lincolnie czegoś, co szczególnie Cię zaskoczyło?
Owszem, tak. Abraham Lincoln funkcjonuje w powszechnej świadomości jako człowiek śmiertelnie poważny, dostojny, dźwigający na barkach odpowiedzialność za losy całego narodu. Taki jest na obrazach, na zdjęciach, w rzeźbach… A tymczasem z zachowanych relacji i dokumentów wynika, że prezydent był niesamowicie dowcipny i często ujmował tym ludzi. Nieraz potrafił zaskoczyć jakimś wtrąconym do rozmowy żartem. Przyznaję, że bardzo spodobał mi się ten rys jego osobowości. Mam nadzieję, że w filmie udało się pokazać Lincolna właśnie od tej nieznanej, ludzkiej strony.
Czy to prawda, że przez cały okres zdjęciowy nie wychodzisz z roli?
Nie całkiem, bo przecież w kontaktach z rodziną jestem sobą, a nie bohaterem, którego gram. Akurat podczas kręcenia „Lincolna” nie mogłem zabrać żony i dzieci ze sobą, czego bardzo żałuję, bo nie lubię rozstawać się z nimi nawet na krótko. Co do mojego wejścia w rolę to rzeczywiście z reguły staram się jak najdłużej podtrzymywać iluzję, że siedzę w cudzej skórze. Oczywiście wiem, że to tylko złudzenie. Nie jestem Abrahamem Lincolnem. To jasne. Ale na czas trwania zdjęć postanawiam kierować się wiarą, że jednak nim jestem. Ten wewnętrzny głos, który powtarza mi: „Nie jesteś Abrahamem Lincolnem”, odsuwam gdzieś na bok. Ma to wiele wspólnego z dziecięcą zabawą w udawanie. Niektórzy z tego wyrastają i wchodzą w dorosłe życie, a inni zostają aktorami. Udawanie sprawia przyjemność, dlatego tak długo się przygotowuję i obsesyjnie dbam o każdy szczegół. Nie robię tego za karę, to dla mnie zabawa i radość. Być może stąd właśnie moja skłonność do jak najdłuższego siedzenia w roli. Nikt nie lubi, jak mu się przerywa przyjemność.

***

Rolę żony prezydenta Lincolna, Mary Todd, powierzono znanej i cenionej aktorce Sally Field, która przyznała, ąe nie bez trudu przyszło jej zagrać Pierwszą Damę, bo życie Lincolnów stanowiło przeplatankę chwil szczęścia i rodzinnych tragedii. Mieli czterech synów, lecz tylko jeden z nich dożył późnego wieku.
Autorem zdjęć jest Janusz Kaminski, laureat dwóch Oscarów, który pod czujnym okiem Spielberga stworzył obrazy doskonale oddające nastrój tamtej epoki. Znakomita muzyka jest dziełem Johna Williamsa, laureata pięciu Oscarów i mającego na koncie 29 (!) nominacji do tej nagrody.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o