Pożegnanie z Bellą

0
35
REKLAMA

Jak wyglądało pożegnanie z trzecią i ostatnią częścią sagi „Zmierzch”? Przez kilka lat byłaś związana z postacią Belli, czy nie będzie Ci jej brakowało?
Ciągle jeszcze chyba nie dociera do mnie, że to już koniec, że już nigdy więcej nie zagram tej postaci, że nie powstanie kontynuacja. To chyba rzeczywiście dobry moment, żeby pożegnać się z czymś, co towarzyszyło mi nieustannie przez kilka ostatnich lat. A z drugiej strony zastanawiam się, czy takie pożegnanie rzeczywiście miałoby sens. Przecież te filmy nagle nie znikną, nie wyparują z dnia na dzień. Wciąż istnieją i będą istnieć. Każdy może je obejrzeć, można do nich wracać wiele razy. Więc z czym tu się właściwie żegnać? „Zmierzch” wciąż nam towarzyszy.
Opowiedz o zakończeniu pracy.
Zamiast jednego zakończenia były dwa. Pierwotnie ostatnią sceną do nakręcenia była scena ślubu. Wydawało się, że to idealny moment. Na planie zebrała się cała obsada, wszyscy byli wzruszeni… Ale czegoś brakowało. Instynktownie czuliśmy, że coś jest nie tak, że to się nie może tak skończyć, że trzeba coś jeszcze dodać. Zdecydowaliśmy się więc na dodatkowy dzień zdjęciowy – i to był ten drugi finał. Na wyspie Saint Thomas nakręciliśmy scenę miesiąca miodowego. Praca trwała dosyć krótko, bo za chwilę miało pokazać się słońce, ale jakoś nikt nie miał ochoty jej przerywać. Nawet kiedy udało się już nagrać całość, wszyscy wciąż stali na swoich miejscach, próbując odwlec tę chwilę, kiedy trzeba będzie zakończyć zdjęcia. Wtedy właśnie pojawiła się ta szczególna atmosfera, jak gdyby na znak, że to jest właśnie ten prawdziwy finał. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że to koniec. Że nie wrócę już do „Zmierzchu”. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś podobnego.
Czułaś raczej smutek czy ulgę?
Po trochę jednego i drugiego. Przez ostatnie lata żyłam tak naprawdę w świecie „Zmierzchu”, w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. I nie zawsze było to łatwe. Dlatego, kiedy ta przygoda wreszcie się skończyła, czułam się, jakby ktoś zdjął mi z ramion potężny ciężar. Była ulga i świadomość, że nareszcie nie muszę się już o nic martwić. A jednocześnie było mi trochę żal, bo dzięki tej roli poznałam wielu wspaniałych ludzi i w momencie zakończenia zdjęć dotarło do mnie, że trzeba się z nimi pożegnać. I że być może nigdy więcej już się nie spotkamy. Dziwne to wszystko: pracując nad „Zmierzchem”, marzyłam o tym, żeby to się wreszcie skończyło, a teraz trochę mi tych emocji i tej adrenaliny brakuje.
Czy jesteś pewna, e to koniec? Widzowie twoi domagają się kolejnych części.
I na pewno kolejne części powstaną. Rozmawialiśmy o tym ze Stephenie (Meyer, autorką książkowego pierwowzoru „Zmierzchu” – Y. Cz.‑H.), więc mogę mieć pewność. „Zmierzch” to potężny świat, a my poznaliśmy dotąd jedynie jego malutki fragment. Całe mnóstwo pytań pozostało bez odpowiedzi, jest tyle historii do napisania. O wampirach, o wilkołakach… Powstanie następnych książek jest tylko kwestią czasu. Z jednym zastrzeżeniem: to już nie będą opowieści o Belli i Edwardzie – wątek tych dwojga został na zawsze zakończony. Osiągnęli spokój, o który bardzo długo walczyli, mogą więc żyć długo i szczęśliwie. Teraz czas na nowych bohaterów.
A wic opowiedz o innej bohaterce, którą zagrałaś kilka miesięcy temu w filmie „W drodze”. Chciałaś zagrać w czymś ambitniejszym, żeby nie kojarzono cię tylko z Hollywood?
Nie, nie o to chodziło. Uwielbiam Hollywood, uwielbiam filmy, na które chodzi się do kina z popcornem. Nie zastanawiam się też, co powiedzą ludzie, kiedy zobaczą mnie w tym czy innym projekcie. W ogóle o tym nie myślę, bo inaczej nie mogłabym pracować. Czasem po prostu dzieje się tak, że wpada mi w ręce scenariusz i już podświadomie wiem, że chcę w tym zagrać. Mam taką zasadę: nie możesz zagrać kogoś, kim nie jesteś. To się po prostu nie uda. Zdarzyło mi się już parę razy, że podobał mi się jakiś scenariusz, ale odrzucałam rolę, ponieważ nie widziałam w tej postaci siebie. Z kolei jeśli podczas czytania tekstu mam coraz silniejsze wrażenie, że ta historia jest o mnie, to od razu się zgadzam. To oczywiście nie znaczy, że jestem w stu procentach taka, jak moje filmowe bohaterki. Chodzi raczej o zgodność przynajmniej niektórych cech, o sposób widzenia świata. Czasami podczas pracy ze scenariuszem sama jestem zaskoczona własnymi reakcjami, bo tekst porusza we mnie jakieś emocje, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. I przy okazji dowiaduję się czegoś o sobie, co też jest ciekawe. Nie ma w tym przypadku znaczenia, czy film jest wielkim, komercyjnym przedsięwzięciem jak „Zmierzch”, czy raczej ambitniejszym, kameralnym projektem, jak „W drodze”. Liczy się ten efekt, jaki scenariusz we mnie wywołuje.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o