Ralph Fiennes: Dżentelmen nigdy nie ucieka przed wyzwaniem

0
128
Prosto z Hollywood - Yola Czaderska-Hayek i Ralph Fiennes
REKLAMA

Rozmowa z Ralphem Fiennesem, aktorem lubianym i wysoko cenionym na całym świecie

Ze względu na wciąż aktualne zagrożenie związane z pandemią koronawirusa musimy odbyć tę rozmowę przez telefon. Czy możesz powiedzieć w paru słowach, co się z Tobą działo, gdy na całym świecie ogłoszono kwarantannę? Jak wspominasz ten czas?
Nasz rząd, niestety, dość późno zdał sobie sprawę z wagi problemu. Odpowiednie zarządzenia wydano, gdy epidemia rozwinęła się już w najlepsze. Oczywiście, gdy patrzymy na wszystko z perspektywy czasu, łatwo zarzucać innym opieszałość, każdy jest mądry po szkodzie. Dlatego nie zamierzam marnować czasu na jałową krytykę, choć trudno nie zauważyć, że w innych krajach ograniczenia związane z epidemią wprowadzono o wiele szybciej. Moim zdaniem równie ważna jest inna kwestia: po jakim czasie można bezpiecznie znieść obostrzenia. W tej dziedzinie każdy kraj uczy się na własnych doświadczeniach. Ja nie mam na ten temat zdania. Z przykrością usłyszałem, że u was, w Kalifornii, a zwłaszcza w Los Angeles, doszło do nawrotu zachorowań. Zwłaszcza że procedurę kwarantanny przeprowadziliście wyjątkowo sprawnie. Naprawdę bardzo mi przykro.

REKLAMA

Mówisz o sprawach z dziedziny polityki, a chciałabym się dowiedzieć, jak to wyglądało u Ciebie. Gdzie byłeś, gdy wprowadzono kwarantannę?
Mogę powiedzieć, że mi się poszczęściło. Spędziłem ten czas w moim małym londyńskim domku. Jestem w stanie sam o siebie zadbać, miałem więc dużo czasu na czytanie, na pracę, no i nic mi nie zagrażało. Oczywiście cały czas byłem w kontakcie z rodziną i przyjaciółmi. Dzięki pobytowi w domu miałem okazję porozmyślać o życiu, zastanowić się nad wieloma sprawami. Dlatego w sumie mam bardzo miłe wspomnienia z kwarantanny.

Rozmawiamy z okazji Twojego występu w filmie „King’s Man: Pierwsza misja”. Jak to się stało, że przyjąłeś rolę w kinie akcji?
Zgodziłem się trochę z ciekawości. Bardzo lubię poprzednie filmy z tego cyklu, ale kiedy czytałem scenariusz, zdałem sobie sprawę, że tym razem Matthew [Vaughn, reżyser – Y. Cz.-H.] miał zupełnie inny pomysł. Chciał nakręcić film historyczny, umieścić opowieść szpiegowską na tle koszmaru pierwszej wojny światowej. Nie miałem pojęcia, jak on to zamierzał pogodzić z lekkim, humorystycznym tonem i zwariowanymi, nieprzyzwoicie oryginalnymi scenami akcji, charakterystycznymi dla serii „Kingsman”. Ale uświadomiłem sobie, że to jest człowiek, który wie, co robi. Można mu zaufać. Poza tym spodobała mi się rola, miała w sobie odpowiednią dozę dramatyzmu. Oczywiście musiałem też wziąć udział w scenach akcji, a to wiązało się z długimi, żmudnymi przygotowaniami: pojedynki, wspinaczka… Szkoliłem się pod okiem doświadczonych kaskaderów i w sumie była to całkiem niezła zabawa. Najbardziej jednak przemówił do mnie psychologiczny rys mojego bohatera. Mimo iż w filmie dużo miejsca zajmuje humor, a jeszcze więcej akcja, jest to postać w gruncie rzeczy dramatyczna, targana autentycznymi emocjami. To mnie przyciągnęło.

Jest w filmie scena, w której Twój bohater tłumaczy synowi, co to znaczy być dżentelmenem. Chciałabym zapytać, co dla Ciebie oznacza słowo „dżentelmen”. I czy miałeś w swoim otoczeniu kogoś, o kim mógłbyś powiedzieć, że był dla Ciebie wzorem?
Tak, to mój ojciec. Uczył mnie, czym jest dobro, a czym zło. To naprawdę nie jest takie skomplikowane. Chodzi o to, by przestrzegać dobrych manier, by mieć na uwadze innych – przede wszystkim innych. Na pewno istnieje wiele książek z najważniejszymi przykazaniami dżentelmena. Gdyby jedną z nich napisał mój ojciec, na pierwszej stronie byłoby zdanie: „Nie myśl o sobie”. Chyba chodzi głównie o to, by nie stawiać siebie na pierwszym planie, by wykazywać się uprzejmością, współczuciem, rozwagą… Wiele z tych zasad bylibyśmy w stanie wymienić intuicyjnie jako coś oczywistego. Mój bohater w „King’s Man” może w pierwszej chwili budzić zdumienie, gdyż deklaruje się jako pacyfista, a dżentelmen, jak wiadomo, nigdy nie ucieka przed wyzwaniem. Nie wolno mu stchórzyć. Dopiero z biegiem czasu dowiadujemy się, że ten człowiek ma za sobą burzliwą przeszłość i stąd jego awersja do wojny. Ale w żadnym razie nie odwraca się plecami do przeciwnika. I nie boi się walki. Po prostu zbyt dobrze wie, czym to się kończy.

We wszystkich częściach cyklu „Kigsman” ogromną rolę odgrywają eleganckie ubrania. Czy jesteś równie wybredny w doborze odzieży, co bohaterowie tych filmów?
Zdarzało mi się w przeszłości kupować drogie garnitury i różne szykowne stroje. Ale te czasy, obawiam się, są już dawno za mną. Wystarcza mi to, co mam w szafie. Nie ukrywam jednak, że praca na planie „King’s Man” wiązała się z ogromną przyjemnością. W filmie wcielam się w zamożnego arystokratę, który może pozwolić sobie na wiele kreacji, stać go na to. Za dobór kostiumów w tym cyklu odpowiada Michele Clapton, genialna kobieta. Współpracuje z Johnem Brightem, który, jak sądzę, wie absolutnie wszystko o ubraniach, jakie noszono w osiemnastym, dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. W tej dziedzinie jest bezdyskusyjnie królem. Wraz ze swoimi ludźmi dysponuje nie tylko encyklopedyczną wiedzą, ale także fenomenalnymi umiejętnościami. Potrafi idealnie dopasować kostium do człowieka. I nie chodzi wyłącznie o to, by garnitur dobrze leżał. Czasami dzięki odpowiedniemu krojowi można kogoś pogrubić lub wyszczuplić. Albo nadać mu niechlujny, zaniedbany wygląd. Ubranie samo opowiada historię bohatera. To zresztą nie tylko kwestia kroju. Ważne jest na przykład, skąd pochodzi płótno, jak je przechowywano. Uwielbiam ten etap przygotowań do filmu, który polega na takich drobiazgowych rozważaniach. To fascynująca dziedzina wiedzy. Mam nadzieję, że John Bright doczeka się kiedyś światowego uznania. Bo wiem, że środowisko kostiumologów uważa go za absolutnego geniusza.

Jak postrzegasz pracę w Hollywood z perspektywy europejskiego aktora?
Mam wrażenie, że aktorzy z Europy zawsze trafiają w Hollywood do takiej specjalnej szufladki. Albo dostają role czarnych charakterów, albo grają wspólników głównego bohatera, albo wcielają się w jakieś dziwaczne, egzotyczne typy. Brytyjczykom zazwyczaj trafiają się role drani – dawniej w filmach aktorzy o wyniosłym, arystokratycznym sposobie bycia dostawali role łajdaków, a z kolei aktorzy o zwyczajnej powierzchowności grali miłe, sympatyczne postacie. Takich, powiedzmy, solidnych londyńczyków z dziada pradziada. Mam wrażenie, że przed laty amerykańskie wytwórnie często ulegały tego rodzaju stereotypom. Szczerze mówiąc, nie mam wielkiego pojęcia, jak to wygląda teraz w Hollywood. A nawiasem mówiąc, słowo „Hollywood” również można postrzegać bardzo stereotypowo. Przecież pod tym hasłem kryje się ogromne spektrum twórczości filmowej: od superprodukcji realizowanych za wielkie pieniądze po niezależne tytuły, które bardzo często przełamują skostniałe zasady. W Kalifornii da się odnaleźć mnóstwo kreatywnych ludzi – choć oczywiście znacznie łatwiej natknąć się na zachowawczych producentów, którzy myślą tylko o tym, by nakręcić coś, co już raz się kiedyś sprzedało, i ponownie na tym zarobić. Można oczywiście pracować w ten sposób, ale nie ma w tym ani ekscytacji, ani ducha przygody.

Z Twojej filmografii wynika, że zadebiutowałeś na ekranie równo trzydzieści lat temu. Wracasz czasem pamięcią do tamtych czasów? Nie przeraża Cię myśl o upływie czasu?
Raczej nie. Owszem, oglądam czasami swoje zdjęcia sprzed lat, ale nie obawiam się myśli o tym, jak bardzo się zestarzałem. Powiem nawet, że w obecnym wieku czuję się bardziej komfortowo. W zawodzie aktora młodość wiąże się z dość dużą presją związaną z wyglądem na ekranie i poza nim. Muszę przyznać, że bywało to momentami uciążliwe. Dopiero gdy pojawiają się pierwsze zmarszczki, można sobie pozwolić na westchnienie ulgi: nareszcie nie muszę udawać młodszego niż jestem! Średni wiek tak naprawdę przynosi w tej profesji wyzwolenie. Mimo to zdarza się, że spoglądam na swoje stare fotografie i zadaję sobie pytanie: kim jest ten młody człowiek? To zupełnie inny świat, którego już nie ma.

Chciałabym zapytać Cię o rzecz związaną z Twoim autorskim filmem „Biały kruk” [Ralph Fiennes jest jego reżyserem – Y. Cz.-H.], w którym grasz rosyjskiego nauczyciela baletu. Ponad dwie dekady temu zagrałeś także w adaptacji „Eugeniusza Oniegina”. Skąd u Ciebie ta fascynacja Rosją?
Trudno mi to wytłumaczyć. Od wczesnej młodości uwielbiałem rosyjską literaturę. Uważam Czechowa nie tylko za jednego z najwybitniejszych pisarzy wszech czasów, ale także za znakomitego znawcę natury ludzkiej. Rosyjskie powieści z dziewiętnastego wieku – niezależnie, czy mamy na myśli książki Tołstoja, czy Dostojewskiego – to głębokie, fascynujące rozważania na temat człowieczeństwa. Od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku regularnie bywam w Rosji, mam tam wielu przyjaciół. Oczywiście, jeśli komuś bliskie są wartości zachodniej demokracji, najlepiej w odcieniu liberalnym, ten najpewniej uzna Rosję za siedlisko tyranii Putina, na które patrzy się z rezerwą i nieufnością. Apelowałbym jednak, by nie utożsamiać rosyjskiego rządu ze zwykłymi Rosjanami. Jest wśród nich mnóstwo cudownych ludzi – a do tego wspaniała sztuka, filozofia, kuchnia… Uwielbiam moich rosyjskich znajomych. Dzięki nim… Nie wiem nawet, jak to opisać. Dzięki nim moje życie staje się lepsze. Dzięki nim wiem, że żyję.

Na początku naszej rozmowy wspomniałeś, że kwarantanna dała Ci okazję, by przemyśleć wiele spraw i zastanowić się nad swoim życiem. Możesz zdradzić, do jakich doszedłeś wniosków?
Dla wszystkich była to niezwykła sytuacja, skłaniająca do rozważań, co jest naprawdę w życiu ważne. Już sam fakt, że nie można było wyjść z domu, by spotkać się z najbliższymi, nasuwał pewne wnioski. Dla mnie także wartością, o której dużo rozmyślałem, była przyjaźń. Wydaje mi się, że w globalnej perspektywie dobrze się stało, że prawie wszyscy musieli zatrzymać się w biegu i poświęcić czas na domowe życie. Może dzięki temu zainteresowali się, co się dzieje z innymi ludźmi? Wiem oczywiście, że łatwo mi tak mówić, skoro nie odczułem na własnej skórze zagrożenia związanego z pandemią. Przesiedziałem kwarantannę w wygodnym mieszkaniu, podczas gdy mnóstwo ludzi gnieździło się w trudnych warunkach. Współczuję im, naprawdę. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich kryzys dotknął jednakowo. Ale być może przynajmniej niektórych skłonił do zastanowienia się, jak w trudnej sytuacji radzą sobie inni. A to już coś znaczy.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o