Matthew McConaughey: Teraz gram antybohaterów…

0
126
Z Matthew McConaughey, amerykańskim aktorem, tegorocznym laureatem Oscara za rolę w filmie „Witaj w klubie”, rozmawiała w Hollywood Yola Czaderska‑Hayek
REKLAMA

Rozmowa z Matthew McConaughey, amerykańskim aktorem, tegorocznym laureatem Oscara za rolę w filmie „Witaj w klubie”

W filmie ledwo można Cię rozpoznać na ekranie! Jak udało Ci się stracić na wadze dwadzieścia kilo? Głodziłeś się?
Miałem na zrzucenie wagi cztery miesiące i przez cały czas byłem pod opieką dietetyka. Wytłumaczył mi, co mogę jeść, a czego lepiej unikać, więc po prostu trzymałem się jego wskazówek. Nie miało to nic wspólnego z głodzeniem się. Aha, no i przez te cztery miesiące większość czasu spędziłem w domu. Nie chciałem spotykać się ze znajomymi, bo to mogłoby się zakończyć jakimś obżarstwem. Mam słabość do steków i pewnie nie oparłbym się pokusie. Więc dla bezpieczeństwa siedziałem zamknięty w czterech ścianach. I chudłem mniej więcej w tempie półtora kilo na tydzień. Zjechałem do sześćdziesięciu kilo i wtedy można było zacząć zdjęcia. Film nakręciliśmy w dwadzieścia siedem dni. Przez cały ten czas nie miałem w ogóle problemów ze zdrowiem. Co najwyżej nie mogłem sobie pozwolić na taki wysiłek, jak przy normalnej wadze. Ale za to spałem o trzy godziny mniej niż zwykle, bo okazało się, że mój organizm nie potrzebuje więcej! Sam byłem tym zaskoczony.

REKLAMA

Jak się odżywiałeś?
Głównie ryby, warzywa, rano jakaś owsianka z dodatkiem czegoś słodkiego, najlepiej owoców. Nie było źle. Tylko nie mogłem się za bardzo objadać.

Doskonale wszedłeś w psychikę bohatera…
To rzeczywiście nie było łatwe, bo właściwie z prawdziwym Ronem Woodruffem (postać, którą w filmie kreuje McConaughey – Y.Cz.‑H.) nie mielibyśmy sobie pewnie zbyt wiele do powiedzenia. Różni nas właściwie wszystko. Ja uwielbiam wszystko, co inne, nowe i nieznane, kocham jeździć po świecie i świetnie się czuję nawet w Los Angeles, gdzie można spotkać wszystkie możliwe typy ludzkie. Ron tymczasem był typowym przykładem prowincjonalnego sukinsyna, bigota i homofoba. Nienawidził ludzi, którzy nie byli tacy jak on. Po czym, gdy dowiedział się, że ma wirusa HIV, w jednej chwili został odrzucony przez swoje otoczenie. Stał się jedną z tych osób, którymi zawsze gardził. I w tym momencie potwornie łatwo byłoby pokusić się o czułostkowość w scenariuszu i umieścić dramatyczną scenę, w której Ron uświadamia sobie własne błędy i ze łzami w oczach postanawia się zmienić. Myśmy z tego celowo zrezygnowali, ponieważ takie zachowanie w ogóle nie pasowałoby do Rona. Nawet z HIV to nadal był kawał drania, tyle tylko, że teraz pochłaniała go walka o życie. No i prowadzenie biznesu. Ron od samego początku walił w oczy brutalną prawdę innym zarażonym: „Ja nie jestem żadna instytucją dobroczynną, nie rozdaję leków za darmo. Jak chcesz je mieć, to wyskakuj z kasy”. Nie chcieliśmy robić z niego bohaterskiego aktywisty. Zależało nam na tym, by pokazać, jaki był naprawdę.

Jak przygotowywałeś się do roli?
Uzyskałem dostęp do pamiętnika Rona Woodruffa, dzięki temu mogłem naprawdę dobrze go poznać. Podczas czytania jego zapisków uderzyło mnie, jakie samotne życie prowadził ten człowiek. Zanim zachorował, pracował jako elektryk. I każdy jego dzień wyglądał mniej więcej tak: budził się rano, wypijał kawę, nastawiał pager i czekał na wezwanie. Mijała dziewiąta, dziesiąta, jedenasta i nic. Nikt nie dzwonił. A on nadal siedział w domu i czekał. Czasem ktoś zgłaszał awarię, ale okazywało się, że zlecenie przejęła inna firma. Nawet w sobotę wieczorem Ron potrafił siedzieć pod telefonem, właściwie nie wiadomo po co. W tym, co robił, nie było większego sensu. Dopiero, kiedy zaraził się HIV, odnalazł cel w życiu. Prosty facet, który edukację zakończył na podstawówce, nagle zaczął studiować podręczniki medyczne i zdobył większą wiedzę niż niejeden lekarz. Nie mówiąc już o tym, że zupełnie inaczej podchodził do życia. Podczas pierwszego badania dowiedział się, że został mu już co najwyżej miesiąc. I każdy kolejny dzień rozpoczynał ze świadomością, że właśnie dziś może umrzeć.

A przeżył jeszcze siedem lat. Co właściwie pomogło mu przetrwać?
Wściekłość. Potężna, gigantyczna wściekłość. Na wszystko: na samą chorobę, na fakt, że się tak głupio zaraził, na dawnych kolegów, którzy go odrzucili, na to, że stracił pracę, na lekarzy, na rząd. Jak już mówiłem, to był kawał zawziętego drania. No i postanowił sobie, że on im wszystkim pokaże. Obsesyjnie czytał wszystkie książki i artykuły medyczne o AIDS, szukając dla siebie ratunku. Tak jak wcześniej siedział samotnie w domu, tyle że tym razem miał jakiś konkretny plan. Taka ciekawostka: wyczytałem, że jako elektryk miał smykałkę do różnych wynalazków, wychodziły mu całkiem niezłe gadżety. Ale kiedy ktoś mówił mu: „Słuchaj, powinieneś to opatentować”, natychmiast tracił całe zainteresowanie. Mówiono o nim, że na niczym nie potrafił się skupić, żadnej sprawy nie umiał doprowadzić do końca. Ale kiedy zachorował, wszystko się zmieniło. Miał przed sobą bardzo wyraźny cel i trzymał się go.

Pracując nad zrzuceniem wagi, nie umawiałeś się na żadne spotkania przez cztery miesiące. Czy próbowałeś w ten sposób wczuć się w położenie Rona?
Próbowałem przekonać się, jak może się czuć człowiek, który niemal całkowicie odizolował się od świata. Nie wychodziłem na dwór nawet w ciągu dnia. Zagrzebałem się w książkach, w notatkach, właściwie poza czytaniem i odsłuchiwaniem nagrań nie robiłem nic innego. Wydaje mi się, że w jakimś momencie udało mi się osiągnąć podobny stan umysłu. Chodzi mi o koncentrację tak głęboką, że aż graniczącą z obsesją. Poza tym, studiując biografię Rona, dowiedziałem się, że musiał narzucić sobie żelazną dyscyplinę na punkcie czystości. Nie wolno mu było przebywać w pobliżu zwierząt, nie wolno też było dopuścić, by w mieszkaniu zalęgły się jakieś zarazki. Bez przerwy sprzątał, prał pościel, bo wiedział, że byle jaka bakteria może go zabić. Przy jego chorobie nawet kurz był groźny! Bo od kurzu można było dostać kataru, a katar mógł się przerodzić w grypę, a grypa w zapalenie płuc. A potem już nie było ratunku. Też narzuciłem sobie podobny rygor w ciągu tych czterech miesięcy. Nie było tak źle, przynajmniej miałem czysto w domu.

Żona pewnie się cieszyła, że mąż sprząta?
Nie wiem, musiałabyś ją zapytać. Pewnie tak.

Jak Twoja rodzina zniosła te cztery miesiące?
Bardzo dzielnie. Miałem z ich strony pełne wsparcie nawet wtedy, gdy w piękny słoneczny dzień zaciągałem żaluzje w pokoju. Nie byli też zbyt przerażeni moim wyglądem, ponieważ cała przemiana dokonywała się stopniowo na ich oczach. Byli z nią oswojeni. Chyba tylko raz córka mnie zapytała: „Tatusiu, czemu masz taką długą szyję jak u żyrafy? ”. Moja mama za to przeżyła szok, bo nie widziała mnie kilka miesięcy i kiedy mnie zobaczyła już po zrzuceniu wagi, była przerażona: „Rany boskie, co ci się stało?”. Wszystko jej wyjaśniłem, ale i tak jej to nie uspokoiło.

Czy trudny był powrót do dawnej sylwetki?
Po zakończeniu zdjęć do „Witaj w klubie” waga od razu poszła w górę, po czym zatrzymałem się na 74 kilogramach, bo wtedy akurat rozpoczęły się zdjęcia do serialu „Detektyw”. Kolejna rola, która wymagała ode mnie ścisłej diety. Później dojechałem do 78 kilogramów w związku z następnym filmem, „Interstellar”. No i jakoś się trzymam.

Należy wspomnieć o znakomitej, również nagrodzonej Oscarem roli Jareda Leto. Jak doszło do jego udziału w tym filmie?
Jean‑Marc (Vallée, reżyser „Witaj w klubie” – Y. Cz.‑H.) i ja wspólnie poszukiwaliśmy kogoś, kto wiarygodnie zagrałby Rayon. Wielu aktorów było zainteresowanych tą rolą. Znam też i takich, którzy bali się nawet spróbować, choć jednocześnie przyznawali, że to materiał na pierwszorzędną kreację. Problem z postacią Rayon polegał na tym, że niezwykle łatwo było zrobić z niej karykaturę, przeszarżować. Jared nie grał przez sześć lat. Odezwał się do nas przez Skype’a. I już wtedy wszedł w rolę, występował wyłącznie jako Rayon. Jean‑Marcowi to się chyba spodobało. Lubi powtarzać, że po raz pierwszy rozmawiał z Jaredem dopiero wtedy, gdy ten spotkał się z nami osobiście. Ja też wcześniej nie miałem okazji go poznać, więc byłem bardzo ciekaw naszego pierwszego spotkania. Zastanawiałem się, co bym zrobił, mając za sobą sześcioletnią przerwę i chcąc wrócić do zawodu. Pewnie próbowałbym jechać po bandzie, żeby pokazać, na co mnie stać. Tymczasem Jared nie zrobił nic podobnego. Zagrał w sposób bardzo wyciszony, naturalny, bez silenia się na popisy. Stworzył niesamowicie wiarygodną, żywą postać. Swoją drogą, ja też powtarzam, że na planie nie grałem z Jaredem, tylko z Rayon. Dzięki temu, choć mieliśmy naprawdę mnóstwo roboty, wszystko poszło nam bardzo sprawnie.

W ciągu ostatnich paru lat postanowiłeś pokazać się widzom od zupełnie innej strony niż dotychczas. Porzuciłeś role przystojniaków z komedii romantycznych, a zacząłeś grać facetów po przejściach, którym sporo brakuje do ideału. Skąd taka decyzja o zmianie wizerunku?
Nie wiem, czy można mówić zaraz o zmianie wizerunku. Nie szukałem świadomie ról w filmach typu „Pokusa”, „Uciekinier” czy „Magic Mike”. To raczej role znalazły mnie. I to akurat w takim momencie, kiedy nie zajmowałem się niczym ciekawym. Zrobiłem sobie małą przerwę, żeby zastanowić się, co dalej z moją karierą. Zależało mi na tym, żeby znaleźć jakieś nowe wyzwania, nowe inspiracje. No i tak się potoczyło… Podoba mi się, że większość postaci, które obecnie gram, to tacy antybohaterowie, czyli faceci, którzy grają według własnych zasad i nie oglądają się na nikogo. Są całkowicie niezależni. Tego rodzaju role to prawdziwa przyjemność: pozwalają rozwinąć wyobraźnię, ale też nakładają pewne ograniczenia. Postać musi być barwna, interesująca, ale nie może stracić wiarygodności. Nie może być karykaturą. Dzięki temu nie jest nudno. Mam sporo zabawy i przyznaję, że bardzo przyjemny jest ten nowy etap w karierze. Chciałbym, by trwał jak najdłużej.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments