Wielokrotnie już miałam okazję podziwiać spokój i opanowanie Toma, nawet w obliczu nieprzyjemnych sytuacji. Dwadzieścia lat temu (naprawdę, to już tyle czasu?) podczas rozmowy przed kamerami w Londynie ktoś dla żartu oblał go wodą. Mnie na jego miejscu pewnie poniósłby temperament, Tom jednak nie stracił zimnej krwi. Gdy tylko miałam okazję, zapytałam, jak udało mu się opanować nerwy.
Wyjaśnił: „Ja po prostu nie rozumiem takiego zachowania. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by celowo kogoś ośmieszyć. Nie wiem też, czy kiedykolwiek z podobnego powodu rzuciłbym się na kogokolwiek z pięściami. Na pewno nie chciałbym, by doszło do sytuacji, w której miałbym powód, by to zrobić”.
Zaskakujące słowa jak na kogoś, kto w świadomości widzów zapisał się jako niepokonany superagent, prawda? Ethan Hunt z „Mission: Impossible” raz-dwa zrobiłby z takim kawalarzem porządek. Tymczasem Cruise, którego pamiętam jako wzór elegancji, choć bardziej w stylu „casual” niż formalno-wieczorowym, wydaje się przeciwieństwem filmowego bohatera. Chociaż nie, nie do końca. Na pewno łączy ich jedno: obaj wydają się nie rozumieć słowa „niemożliwe”. Gdy ktoś tłumaczy Tomowi, że czegoś nie da się zrobić, on uśmiecha się miło, mówi: „Dziękuję, że poświęciłeś mi czas”, po czym… robi właśnie to, co wydawało się nie do wykonania.
Kaskaderskie popisy
Wielokrotnie na planie ryzykował życiem. Zwieszał się z lecącego samolotu, wspinał po gładkiej ścianie wieżowca Burdż Chalifa, skakał na motocyklu prosto w przepaść… Nieraz odnosił przy tym mniejsze lub większe kontuzje, ale gdy tylko dochodził do siebie, zaciskał zęby i wracał na plan. Także i teraz, przy realizacji najnowszej części, zdobył się na kaskaderski wyczyn, który odradzali mu specjaliści: balansował na skrzydłach pozbawionego sterowności dwupłatowca. I to bez wsparcia, bez żadnej dodatkowej ekipy!
Zapytałam go kiedyś, czemu tak się naraża, bo przecież hollywoodzki gwiazdor o jego pozycji mógłby spokojnie wyręczać się kaskaderami. Zastanowił się chwilę i odpowiedział: „Zawsze mam na względzie dwie rzeczy. Po pierwsze, chcę, żeby film był atrakcyjny dla widzów, a po drugie, chcę, żeby w scenariuszu kryło się dla mnie jakieś wyzwanie. Jeżeli podczas pracy na planie będę się nudził, to publiczność w kinie będzie się nudzić sto razy bardziej. Film musi mnie wciągnąć i zafascynować, wtedy będę miał jakiś procent pewności, że wciągnie także widownię”.
Wielkie ryzyko
W przypadku „Mission: Impossible” aktor może być raczej spokojny o wynik. Każda kolejna część jest jeszcze bardziej widowiskowa, jeszcze bardziej oszałamiająca od poprzedniej. Najciekawsze jednak, że już nakręcenie pierwszego filmu, tego z 1996 roku, wydawało się prawdziwą „misją niemożliwą”. Dla Toma było to pierwsze doświadczenie w roli producenta. I oczywiście nawet wtedy musiał – jak to on! – podjąć ryzyko, które mogło zaowocować spektakularną klapą.
Dziś chyba mało kto pamięta, że cykl o przygodach Ethana Hunta wywodzi się z telewizyjnego serialu. Agenci tajnej organizacji Impossible Missions Force (Oddział do Zadań Niewykonalnych) rozpoczęli działalność w 1966 roku, podejmując się misji, których nie powstydziłby się James Bond. Ale w odróżnieniu od brytyjskiego szpiega ich specjalnością były na ogół intrygi, podstępy i maskarady. Bohaterowie chętniej posługiwali się intelektem i sprytem niż bronią.
Na czele grupy operacyjnej stał enigmatyczny lider, Dan Briggs, chłodny planista i koordynator. Po pierwszym sezonie jednak zniknął z ekranu (powód okazał się prozaiczny: grający tę postać Steven Hill ortodoksyjnie przestrzegał reguł judaizmu i odmawiał pracy w piątkowe popołudnia, co nieraz powodowało przestoje w zdjęciach i doprowadzało producentów do furii). Zastąpił go równie enigmatyczny dowódca, Jim Phelps, w którego wcielił się Peter Graves, postawny blondyn o urodzie filmowego kowboja. Nie wybrzydzał jak jego poprzednik i spodobał się widzom, dzięki czemu pozostał w serialu na kolejne sześć sezonów. A potem, gdy pod koniec lat 80. dokręcono dwie kolejne transze, już z nowymi bohaterami, Graves powrócił na ekran jako jedyny z oryginalnej obsady. Były też plany, by pojawił się w roli Jima Phelpsa w kinowej wersji „Mission: Impossible”.
Ostatecznie jednak do tego nie doszło. Czemu?
Aby poznać odpowiedź na to pytanie, warto uświadomić sobie, jak wygląda „przesiadka” serialu telewizyjnego na wielki ekran. Zwykle tego rodzaju adaptacje żyją własnym życiem w zupełnym oderwaniu od pierwowzorów. Ciekawa jestem, ilu widzów, którzy podziwiają Denzela Washingtona w trylogii „Bez litości”, zdaje sobie sprawę, że jest to cykl inspirowany telewizyjną produkcją z głębokich lat 80. Także rewelacyjny „Ścigany” z Harrisonem Fordem stanowił całkowicie nowe podejście do serialu, którym w latach 60. żyła niemal cała Ameryka. A podaję tylko przykłady filmów, które odniosły sukces! Często przecież próby przeniesienia serialu na duży ekran kończyły się sromotną klęską. Czy ktoś dzisiaj pamięta „Świętego” z Valem Kilmerem? Albo „Rewolwer i melonik” z Ralphem Fiennesem i Umą Thurman? Nie? Może to i lepiej…
Reakcje fanów i kasowy sukces
Tak czy owak, Tom Cruise mógł, jak tylu innych przed nim, podążyć wydeptanym szlakiem i opowiedzieć historię agentów IMF bez oglądania się na serial. Ale oczywiście to by go nie zadowoliło, no bo gdzie tu wyzwanie? Debiutujący producent uznał, że film „Mission: Impossible” będzie nie tyle adaptacją, co raczej dalszym ciągiem telewizyjnej produkcji, osadzonym w czasach po zakończeniu zimnej wojny. Stąd właśnie pomysł, by Peter Graves powrócił do swojej ikonicznej roli Jima Phelpsa, posuniętego już w latach, ale wciąż zabójczo skutecznego. Aktor wstępnie wyraził zainteresowanie, gdy jednak dowiedział się, jaki los miał spotkać jego postać, zdecydowanie odmówił. Nie zdradzam tu wielkiej tajemnicy, mowa wszak o produkcji sprzed prawie trzech dekad: w finale Phelps (którego ostatecznie zagrał Jon Voight) okazał się zdrajcą i zginął z ręki Ethana Hunta.
Zdaję sobie sprawę, że widzowie w Polsce są raczej wolni od sentymentu związanego z serialem „Mission: Impossible”, dlatego zastanawiam się, do czego porównać ten pomysł, by każdy mógł uświadomić sobie jego radykalny charakter. I chyba wiem! Wyobraźmy sobie, że po zakończeniu „Stawki większej niż życie” ktoś dokręca dalszy ciąg, w którym Hans Kloss, nieustraszony i kryształowo uczciwy agent J-23, nagle zmienia front i zaczyna grać na własny rachunek, a na końcu ponosi śmierć. Ależ wybuchłaby awantura, prawda? No to proszę sobie wyobrazić, co się działo w Ameryce. Zagorzali fani serialu byli oburzeni, podobnie jak aktorzy, którzy na małym ekranie wcielali się w agentów IMF. Jeden z nich, Greg Morris, wyszedł nawet z premiery w trakcie seansu, określając film jako „obrzydlistwo”. Cóż jednak z tego? Do kin ruszyło tłumnie nowe pokolenie widzów, których ominęły telewizyjne przygody Jima Phelpsa i jego podopiecznych. Tytuł odniósł gigantyczny sukces, a ryzyko, jakie podjął Tom Cruise, zdecydowanie się opłaciło.
Ta wiadomość ulegnie samozniszczeniu…
Dziś, kiedy na ekrany weszła ósma część, z podtytułem „The Final Reckoning”, wydaje się zdumiewające, że główny gwiazdor cyklu przez długi czas wcale nie myślał o kontynuacji „Mission: Impossible”. Kiedyś, gdy mieliśmy okazję porozmawiać dłużej, wyznał mi, że wcale nie przepada za sequelami: „Wiele moich filmów odniosło kasowy sukces i często namawiano mnie, by nakręcić dalszy ciąg. Odmawiałem jednak. Wychodzę z założenia, że daną postać zagrałem raz i to wystarczy”. Rzeczywiście, kiedy przyjrzeć się jego filmografii, można na palcach jednej ręki policzyć przypadki, gdy powrócił do konkretnej roli. „Top Gun”? Owszem, nakręcił sequel po – bagatela! – 26 latach. „Jack Reacher”? Cóż, mimo ogromnej sympatii, jaką żywię do Toma, jestem gotowa przyznać, że decyzja, by zagrać zwalistego eks-żandarma z powieści Lee Childa, nie była najlepszym pomysłem… Na tym koniec powtórek! Szczęśliwie jednak Cruise przełamał w końcu swoją niechęć do kontynuacji i ponownie wszedł w skórę Ethana Hunta.
Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że pierwsze cztery części niezbyt do siebie pasują. Każdą nakręcił inny reżyser w odmiennym, charakterystycznym dla siebie stylu. Takie najwyraźniej było założenie Toma Cruise’a, który jako producent „Mission: Impossible” miał całkowitą swobodę. Zdradził mi na przykład, że akcję drugiego filmu umieścił w Australii tylko dlatego, że podobało mu się w Sydney. „To wspaniałe miasto, w którym żyją fantastyczni ludzie” – dodał. Podobnego rodzaju wolnością obdarzył filmowców, na których barkach spoczęła realizacja kolejnych odsłon cyklu. To jednak przyniosło niepożądany efekt artystycznego miszmaszu. Dopiero gdy miejsce za kamerą zajął na stałe Christopher McQuarrie, wieloletni współpracownik i przyjaciel Cruise’a, sytuacja się zmieniła. Zamiast oderwanych od siebie, niezależnych epizodów widzowie zyskali spójną, rozwijającą się opowieść. Mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że w obecnej formie cykl „Mission: Impossible” upodobnił się na powrót do… serialu! I to nawet bardzo, bo przecież dwa lata temu część siódma zakończyła się w kulminacyjnym punkcie, po czym dopiero teraz poznamy długo wyczekiwany ciąg dalszy.
Oczywiście, przygody Ethana Hunta nie są ani pierwszą, ani jedyną odcinkową sagą, jaką ma do zaoferowania współczesne kino, zwłaszcza to popularne, pełne akcji. Oglądaliśmy przecież serię o Bondzie (aż w końcu biedaka uśmiercono), przeżywaliśmy kolejne rajdy „Szybkich i wściekłych”, oklaskiwaliśmy także Avengersów i innych superbohaterów Marvela. Każdy z tych cykli odznacza się własnym rytuałem, powtarzalnością pewnych motywów, których widzowie wypatrują w kolejnych odsłonach. Agent 007 przyzwyczaił nas do efektownych gadżetów i piosenek w czołówce, Marvel do czekania na scenę po napisach końcowych, a „Szybcy i wściekli” do tego, że Vin Diesel w co drugiej scenie wspomina o rodzinie. Na podobnej zasadzie trudno dziś wyobrazić sobie „Mission: Impossible” bez słynnego tematu muzycznego, szaleńczego sprintu Toma Cruise’a (serio, jak on to wytrzymuje?), masek zmieniających wygląd oraz sakramentalnego tekstu: „Ta wiadomość ulegnie samozniszczeniu za pięć sekund”. Nie wiem, jak inni, ale ja byłabym bardzo rozczarowana, gdyby w nowym filmie któregoś z tych elementów zabrakło.
![W Sanktuarium na Burku rozpoczął się tygodniowy odpust [ZDJĘCIA] Odpust Burek Sanktuarium 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Odpust-Burek-Sanktuarium-2026-4-218x150.jpg)


![Rozbudowują ul. Błotną w Tarnowie [ZDJĘCIA] ul. Błotna](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Modernizacja-ul.-Blotna-5-218x150.jpg)
![Mur oporowy linii kolejowej Tarnów–Leluchów zamieni się w turystyczną atrakcję [ZDJĘCIA] Żegiestów budowa promenady i plaży](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Zegiestow-budowa-promenady-i-plazy-2-218x150.jpg)



















