W Hollywood było łatwo…

0
383
Rozmowa z Yolą Czaderską-Hayek - korespondentką, autorką książek na temat Hollywood
REKLAMA

Rozmowa z Yolą Czaderską-Hayek – korespondentką, autorką książek na temat Hollywood, popularyzatorką sztuki i kultury polskiej w USA oraz jedyną Polką zasiadającą w Hollywood Foreign Press Association – organizacji przyznającej Złote Globy

Yola Czaderska-Hayek: jedna z największych ikon polskiej kultury w Hollywood – tak często media o Pani mówią lub piszą. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?
Z jednej strony jest dokładnie tak, jak o mnie piszą. Ale druga strona jest zupełnie pominięta, nigdy nie chciano ani o niej pisać, ani pokazywać w telewizji. A ta druga strona jest taka, że jestem zawodowym ogrodnikiem. Posadziłam 300 krzaków róż, dbam o nie, przycinam rośliny, mówię swoim ogrodnikom, żeby mi zostawili to, co jest moją robotą. Ogród to moja pasja, chyba nie ma piękniejszego w Los Angeles. Nikt nie chce też słyszeć o tym, że jestem dobrym majsterkowiczem, potrafię wymieniać klamki, coś podmalować. Robię to nie dlatego, że mnie nie stać na wezwanie fachowca, lecz uwielbiam majsterkowanie, naprawianie, urządzanie wnętrz. Jest to pewnego rodzaju odtrutka od komputera. A znam się na tym, bo gdy pierwszy raz przyjechał do mnie polecony przez moją mamę fachowiec, zostałam jego asystentką przy remoncie kupionego domu. Podsumowując, ta strona mojej aktywności, z której jestem bardzo dumna, nikogo nie interesuje.

REKLAMA

Jakie jest Pani ostatnie wspomnienie z Tarnowa?
Nie ma takiego wspomnienia, bo nigdy nie było tego ostatniego. Gdy byłam na studiach, stale przyjeżdżałam do Tarnowa, a kiedy mieszkałam w Hollywood, też odwiedzałam rodzinne miasto. Potem ludzie z Tarnowie przyjeżdżali do mnie. Nie było takiego punktu zwrotnego, że wyjechałam i już nie wróciłam. Nawet teraz to nie jest koniec.

Nie żal było opuszczać rodzinnego miasta?
Wiedziałam, że powrócę. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałam do Tarnowa, spotykałam się ze znajomymi z dzieciństwa czy dawnymi nauczycielkami, które mnie uwielbiały (mimo że byłam chochlikiem, ale piątki dostawałam).

W dzieciństwie powtarzała Pani, że będzie mieszkała w pięknym domu pod znakiem „Hollywood”. Nikt tego wtedy nie brał na serio, ale Pani udowodniła, że marzenia się spełniają…
Oczywiście, miałam takie marzenia. Słyszałam od innych: „Yola, musisz coś zrobić, żeby tak się stało, bo z ciebie się śmieją. Mówią ci: Yola, ty się módl o zdrowie, bo o rozum za późno.” Miałam żyłkę do show-biznesu już od dziecka. W wieku 8-10 lat na wakacjach w Zawadzie, w stodole, wieszałam na sznurze pościel, która miała imitować kurtynę, pisałam dla wiejskich dzieci scenariusze, a one je przedstawiały. Byłam producentem, sprzedawałam po 10 groszy bilety, no i miałam w tej stodole może z dziesięcioro osób, które przyszły oglądać mój show. Przedstawienia oparte były trochę na bajkach, trochę na tym, co się gdzieś usłyszało, ale to już wtedy było we mnie. Z kolei gdy miałam może pięć lat, mama wzięła mnie na koncert pianistyczny Adama Harasiewicza (zwycięzca V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina) do teatru. Koncert się skończył, artysta się kłaniał, wręczali mu kwiaty. Gdy zobaczyłam, że te kwiaty tak tylko leżą, uciekłam z czwartego rzędu od mamy i szybko wbiegłam na scenę, chwyciłam wiązankę, wręczyłam artyście, wzięłam go za rękę i razem z nim się ukłoniłam. Już wtedy było widać, że wyrośnie ze mnie dobry producent imprez.

Czyli o Pani przyszłości zadecydowały nie tylko marzenia, lecz może (albo przede wszystkim) talent?
Zostać menadżerem i producentem chciałam jak najbardziej, ale aktorką – nigdy w życiu. Chodziłam w Tarnowie do kin po kilka razy na jeden film, znałam na pamięć całe dialogi po angielsku, zupełnie ich nie rozumiejąc. Po latach, gdy byłam już w Hollywood, a tarnowskie kina nie miały zdjęć dotyczących wyświetlanych filmów, natomiast ja miałam ich dużo, podsyłałam je do Tarnowa. Właściciele kin umieszczali je w gablotkach, pisząc, że dzięki mnie mogą je udostępnić.

Trudno było zadomowić się w Hollywood?
Nie. Jednak nie lubię, gdy ktoś mówi: ona miała szczęście. Nie, ja miałam okazję i na tę okazję ciężko pracowałam. Dużo osób ma tzw. szczęście, ale nic z nim nie robi. Ja każdą możliwość, którą ktoś nazwałby szczęściem, wykorzystywałam, żeby piąć się w górę. Jak było w Hollywood? Było łatwo, a było łatwo dlatego, że jeszcze za czasów krakowskich, studenckich, przebywałam dużo w Teatrze Starym w Krakowie. Gdy przyjechałam do Hollywood, po pół roku zostałam zaproszona na przyjęcie, na którym poznałam wielu amerykańskich aktorów polskiego pochodzenia, jak np. Stefanie Powers czy Ted Knight. I tak się zaczęło… Gdy przychodziłam do Bronisława Kapera, polskiego kompozytora, laureata Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu Lili, mówiłam: „tak dużo komponujesz do filmów”. Kiedyś zadzwonił do mnie i powiedział: „tak długo prosisz i prosisz, żebym grał na tym fortepianie, więc ci zagram”. Położył słuchawkę na fortepian i grał. Zapytałam: „dlaczego teraz?” i usłyszałam: „Yola, czy ty wiesz, kto dla ciebie grał? Artur Rubinstein, nie ja” (śmiech).

W pewien sposób opiekowała się Pani polskimi aktorami, którzy przyjeżdżali do USA…
Współpracowałam z Departamentem Stanu w ramach tzw. Visitors Program, ale głównie byłam skoncentrowana na artystach, którzy byli zapraszani z Polski. Przyjeżdżali aktorzy, zapraszałam ich na plany filmowe, by mogli zobaczyć, jak powstają filmy czy seriale w Ameryce. Mogłam to robić dzięki swoim koneksjom. W Hollywood nie liczy się, kogo znasz, tylko kto ciebie zna. Zresztą ta zasada obowiązuje chyba w każdej dziedzinie życia.

Kto bywa w Pani pięknym domu, który został wybudowany dla słynnej śpiewaczki operowej i aktorki kina niemego lat 20. ubiegłego wieku?
Mogę zdradzić nazwiska Polaków, chociaż amerykańskie gwiazdy też u mnie bywają. Po wielu latach gościem był Adam Harasiewicz, grał w moim domu na fortepianie. Kiedy Krzysztof Kieślowski był nominowany do Oscara, na duże przyjęcie przyszła masa aktorów, bo polski reżyser był znany. Niemniej jednak o polskich filmach w Hollywood nie było zbyt głośno, wynajmowałam więc małe kina o widowniach do 99 osób i zapraszałam ludzi z amerykańskiego show-biznesu, by pokazać im polskie produkcje. We wszystkim, co robiłam, kierowałam się tym, że Polska ani polski film nie były znane w USA. Skłodowską uznawano za Francuzkę, Kopernika za Niemca, pojawiały się też opinie, że obóz koncentracyjny założyli Polacy. Chciałam to postrzeganie Polski zmienić.

Czy od tamtych czasów coś się zmieniło? Polski film jest bardziej zauważany w Hollywood?
Przyznam, że nie bardzo. Obecnie ludzie z polskiego filmu mają swoich agentów, specjalistów od publicity, co trochę pomaga, ale fajerwerków nie ma…

Przeprowadza Pani wywiady z gwiazdami świata filmu. Trudno namówić znanego aktora czy reżysera do rozmowy dla tygodnika TEMI?
Byłoby to niemożliwe, gdybym nie była w Hollywood Foreign Press Association, czyli w Związku Prasy Zagranicznej. Istnieje paradoks: przyjaźnię się z wieloma matkami gwiazd, idę z jedną z nich na lunch, i choć znam jej syna gwiazdora, to jednak on nie może mi udzielić wywiadu (mimo że przyjdzie do mojego domu prywatnie) bez zezwolenia swojego agenta. Kiedyś rozmawiałam z amerykańskim aktorem, ale agent musiał być obecny na tym spotkaniu. Rozmowa bardzo fajnie przebiegała, w końcu w pewnej chwili agent powiedział: bardzo mi przykro, ale muszę was przeprosić, bo idę do dentysty. Aktor kopnął mnie pod stołem w nogę, że to dobrze, ponieważ wreszcie będziemy mogli swobodnie porozmawiać. Fakt, że jestem członkiem Związku Prasy Zagranicznej i głosuję na Oscary powoduje, że każdy aktor chce ze mną rozmawiać, bo każdy chce dostać Złoty Glob, a Złoty Glob na pewno toruje drogę do Oscara. Podsumowując: skoro pojawiają się moje wywiady w tygodniku TEMI, to chyba można dla TEMI (śmiech).

Jak Pani pracuje w czasach koronawirusa, który nie oszczędza ani Stanów Zjednoczonych, ani branży filmowej?
Pandemia nie utrudnia mi pracy, wygląda ona tak samo, niemniej jednak brakuje osobistego kontaktu. Jeżeli przeprowadza się wywiad wirtualnie przez zoom, nie ma zdjęć, to powoli zanika więź z aktorami. Rezultaty pracy są mimo wszystko takie same, bo publikacje się ukazują.

Rozmawiamy w przeddzień Bożego Narodzenia, które dziś, w dobie pandemii może nieco stracić na swym klimacie i magii. Jak Pani zamierza spędzić ten czas?
Przez ostatnie lata różnie spędzałam święta. Przeważnie jeździłam do Aspen w Kolorado, bo to chyba jeden przyczółek w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest tak jak w Zakopanem. Są podobne sanie i okrycia z futer, ponieważ jest tam bardzo zimno. W zasadzie moje Boże Narodzenie jest co roku inne, ale zawsze pojawia się jeden polski akcent: łamanie opłatkiem, które szokuje, ale które Amerykanie uwielbiają (spędzam święta głównie wśród Amerykanów). Dzięki Bogu mam bardzo dużo opłatków, ponieważ są mi przysyłane w świątecznych kartkach.
Nie wiem jeszcze, jak w tym roku spędzę Boże Narodzenie. Gdyby miało się ono odbyć jutro, zostałabym w domu, bo nie wolno nigdzie wychodzić, wszyscy mają być w kwarantannie. Nie wolno organizować świątecznego przyjęcia na więcej niż kilka osób i mają to być osoby, które są w rodzinie i mieszkają wspólnie. I tak ma być do końca grudnia. W Kalifornii, w Hrabstwie Los Angeles czasem wyłączają prąd i nie mamy światła z powodu wielkich wiatrów, które mogłyby wzniecać pożary, a takie nawiedzały nas przed kilkoma miesiącami. Na Boże Narodzenie zapowiedziano, że może być podobnie, co oznacza skromniejsze przyjęcia przy świeczkach. Uważam jednak, że nie trzeba się tym załamywać, tylko pamiętać czasy sprzed pandemii, rozumieć że to co mamy jest przejściowe, zacisnąć pasa i myśleć, że przecież nie tylko jedne święta jeszcze przed nami, będzie ich dużo więcej…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o