Liam Neeson: W Polsce czułem się jak w domu

0
117
Prosto z Hollywood - Yola Czaderska-Hayek i Liam Neeson
REKLAMA

Z Liamem Neesonem, aktorem, rozmawiała w Hollywood Yola Czaderska‑Hayek

Właśnie wszedł na ekrany Twój nowy film, „Krocząc wśród cieni”. Podobno realizacja mocno dała Ci w kość. To prawda?
Łatwo nie było. Kręciliśmy film na mrozie przez jakieś siedem, osiem tygodni. Głównie w nocy. Chwilami dosłownie czułem, jak zamarzam – rzeczywiście spadała mi temperatura. To normalna reakcja organizmu na wychłodzenie, szczególnie w porze, o której człowiek powinien kłaść się spać, a tu właśnie zaczął się kolejny dzień pracy. Scott Frank, reżyser „Krocząc wśród cieni”, był nieubłagany. Zależało mu na tym, aby pokazać na ekranie Nowy Jork od takiej strony, jakiej dawno już w kinie nie było, chyba od lat 70., od czasów Sidneya Lumeta. W naszym filmie nie widać ani Empire State Building, ani mostu Waszyngtona. Są ciemne, brudne i mokre ulice, w które mało kto chciałby się zapuszczać. Dlatego na planie warunki były spartańskie. Ale nie narzekam – nie było aż tak źle, jak parę lat wcześniej przy „Przetrwaniu”, kiedy codziennie pracowaliśmy przy minus piętnastu stopniach.

REKLAMA

Nie znudziło Ci się jeszcze granie w filmach akcji?
Nie, dlaczego? W moim wieku to prawdziwa przyjemność. Na ogół wygląda to tak, że dostaję scenariusz i od razu widzę, że główny bohater nie ma jeszcze nawet czterdziestki. Dzwonię więc i mówię: „Chłopaki, to nie przejdzie”. Jakiś czas później przysyłają mi nową wersję po poprawkach. Bohater jest już po pięćdziesiątce (śmiech). Żarty żartami, ale naprawdę się cieszę, że ciągle jeszcze dostaję tyle propozycji. Dopóki nadal jakoś się trzymam, nie zamierzam narzekać.

Jaki masz sposób na dobrą kondycję?
Spacery z obciążeniem. To się nazywa „power walking”. Poza tym oczywiście dużo ćwiczę, właściwie odkąd pamiętam. Tylko że co jakiś czas mam wrażenie, że siłownia nic mi już nie daje i muszę spróbować czegoś innego. Wtedy właśnie zakładam ciężarki i idę na power walking. Spaceruję jakieś dwie godziny dziennie. Uwielbiam spędzać w ten sposób wolny czas, oczywiście jeśli nie liczyć czytania i łowienia ryb „na muchę”.

Co jest takiego fajnego w łowieniu ryb „na muchę”?
Chociażby to, że ryby gromadzą się w naprawdę pięknych miejscach. Na ogół łowię pstrągi. Ten gatunek pojawił się na Ziemi w epoce triasu, czyli setki milionów lat temu. Jest coś niesamowitego w całej sytuacji, kiedy człowiek zasadza się na rybę o takim rodowodzie, wykorzystując tylko haczyk i przynętę, którą sam wcześniej zrobił w domu.

Ale trzeba godzinami stać w wodzie!
Ja potrafię stać całymi dniami (śmiech). Czasami nawet to nic nie daje, bo okazuje się, że albo przynęta jest do wymiany, albo miejsce jest kiepskie. Ale wystarczy przenieść się o parę metrów i nagle okazuje się, że wszędzie jest pełno ryb. Dosłownie przepływają między nogami. Jakby zaakceptowały mnie jako jednego ze swoich. I tak czas sobie płynie.

To brzmi jak opis medytacji.
Rzeczywiście ma to wiele wspólnego z medytacją. Ale jednocześnie człowiek jest bez przerwy skupiony, to jest ciężka praca. Trzeba obserwować wodę, wypatrywać, gdzie w nurcie pojawiają się drobne zawirowania, bo tam mogą być ryby.

Co robisz z tymi wszystkimi złowionymi rybami? Zjadasz je?
Nie. Wszystkie wypuszczam z powrotem do wody.

Wspomniałeś, że uwielbiasz czytać, zwłaszcza nowości. Coś Ci w ostatnim czasie wpadło w oko?
Zakochałem się w skandynawskich kryminałach. To fantastyczne książki! Cały czas mam ochotę na więcej.

Wielu aktorów ma własne podejście do zawodu. Jedni zagłębiają się w psychologię postaci, którą mają zagrać, a inni po prostu uczą się kwestii. Podobno Anthony Hopkins powiedział kiedyś, że on w ogóle nie umie grać, tylko wszystkim się wydaje, że jest inaczej. A czym dla Ciebie jest aktorstwo?
Za każdym razem, jak widzę Tony’ego, pytam go: „Co u ciebie? ”, a on zawsze odpowiada: „Doskonale, jeszcze mnie nie zdemaskowali”. I jak go znam, mówi to poważnie. Wydaje mi się, że zawód aktora obrósł jakąś przedziwną otoczką, która nie do końca do mnie przemawia. Jakieś psychologizowanie, dzielenie włosa na czworo… Ja tego nie rozumiem. Bardzo bliskie jest mi podejście Clinta Eastwooda. Kiedyś, podczas kręcenia „Żółtodzióba”, Charlie Sheen koniecznie chciał podyskutować z Clintem na temat swojej postaci. Władował się do garderoby Clinta i zasypał go pytaniami. Jaka jest motywacja bohatera, co nim kieruje, o czym on w danej chwili myśli. Clint posłuchał go przez chwilę i odparł spokojnie: „Charlie, wychodzisz przed kamerę, mówisz kilka zdań, gdzie tu masz problem? ”. I tak naprawdę wszyscy to robimy na planie, do tego cała rzecz się sprowadza. Ile to ja razy słyszałem aktorów rozprawiających bez końca: „Jaka jest moja motywacja, żeby podejść do tych drzwi i je otworzyć? ”. A na to jest tylko jedna odpowiedź: przestań kombinować, po prostu rusz się i otwórz te drzwi. Analizowanie motywacji bohatera to zadanie dla widzów.

Czasami mam wrażenie, że na planie po prostu dobrze się bawisz, zwłaszcza przy filmach akcji.
Trochę tak. Kino daje nam szansę na odskocznię od szarej, uporządkowanej, nudnej rzeczywistości, na przeżycie czegoś niesamowitego, ekscytującego. Większość z nas na ogół przestrzega prawa, ale kiedy widzimy w filmie faceta, który nie ogląda się na przepisy i robi swoje, jest w tym coś przyjemnie podniecającego, wyzwalającego. Że jednak można iść własną drogą i bez względu na wszystko wygrać. Wiem coś o tym także jako aktor. W prawdziwym życiu raczej nie biegałbym po Paryżu i nie strzelał do ludzi, ale jako Bryan Mills w „Uprowadzonej” mogę rozwalić pół miasta, w dodatku całkowicie bezkarnie. To chyba najbardziej pociąga mnie w aktorstwie – możliwość łamania zasad.

Na ekranie wyglądasz bardzo przekonująco. Jestem gotowa uwierzyć, że Bryan Mills to Ty.
Mam znajomego, który wielokrotnie pomagał mi w przygotowaniach do różnych filmów. Jest, żeby to tak powiedzieć bez wdawania się w szczegóły, agentem terenowym. Brał udział w różnych tajnych operacjach, a o niektórych nawet mi opowiadał. Włos się jeży na głowie, kiedy się tego słucha. W filmach bohaterowie działający poza prawem są fajni, ale w rzeczywistości to mordercza i brutalna robota. To nie dla mnie.

Przeszedłeś długą drogę od sceny do filmu. Pamiętasz jeszcze początki swojej kariery?
Oczywiście! Minęło ponad trzydzieści lat, ale pamiętam wszystko, jakby to wydarzyło się wczoraj. Pracowałem wtedy w teatrze, wystawialiśmy nową sztukę co kilka tygodni. Któregoś dnia dotarła do mnie plotka, że John Boorman zamierza nakręcić „Excalibur” i szuka aktorów irlandzkiego pochodzenia. Zgłosiłem się więc razem z paroma kolegami. Już samo to, że mogliśmy spotkać tego wspaniałego reżysera, było wielkim wydarzeniem. Nigdy wcześniej nie miałem okazji poznać nikogo tak sławnego. Oczywiście John Boorman natychmiast zapytał, czy umiemy jeździć konno. Wszyscy odpowiedzieliśmy: „No pewnie, przecież jesteśmy Irlandczykami!”. I wszyscy, rzecz jasna, skłamaliśmy, trzeba więc było nauczyć się jeździć. Zapisałem się na parę lekcji. Pamiętam, że przy pierwszym zetknięciu z koniem mina mi zrzedła. Nie wyobrażałem sobie, że mam wsiąść na to zwierzę. Na szczęście jakoś się przełamałem no i tak się złożyło, że dostałem rolę. Na planie dali nam konie przeszkolone do gry w polo, bo takie są najszybsze i najbardziej zwrotne. Potrafią wejść w galop w dwie sekundy. Z boku to wszystko może wyglądało niegroźnie, bo siedzieliśmy w siodłach zakuci w zbroje. Ale podczas jazdy wszystko się trzęsło, dosłownie lataliśmy w tych pancerzach, to była masakra! A myśmy jeszcze musieli bić się na kopie. Nigdy tego nie zapomnę. W życiu tak się nie bałem.

Nie występowałeś w teatrze już od ładnych paru lat. Nie kusi Cię, żeby wrócić na scenę?
A za ile? (śmiech) Mówiąc serio, myślałem o tym wiele razy, ale teatr wymaga jednak olbrzymiego zaangażowania. A o to trudno, kiedy bez przerwy gra się w filmach. Jest jeszcze taka kwestia odpowiedniego materiału. Dostałem niedawno taką propozycję, żeby zagrać z Andrew Garfieldem w nowej wersji „Sleuth” (dwie adaptacje filmowe tej sztuki znane są w Polsce pod tytułami „Detektyw” i „Pojedynek” – Y. Cz.‑H.). Fajnie, że się odezwali, ale sam nie wiem, co odpowiedzieć. Średnio mnie interesują nowe wersje czegokolwiek, wolałbym zagrać w czymś oryginalnym.

Wspomniałeś o swoim irlandzkim pochodzeniu. Co to znaczy: być Irlandczykiem?
Umiemy ładnie opowiadać historie (śmiech). A mówiąc serio, wydaje mi się, że Irlandczycy i Polacy mają ze sobą wiele wspólnego. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy w Polsce „Listę Schindlera”, czułem się w Twoim kraju jak w domu. Miało to chyba związek z tym, że podobnie jak u nas ludziom raptownie zmieniają się nastroje. Polacy w jednej chwili z radości mogą przejść w smutek. Ale też umieją się bawić, zupełnie jak my. Poza tym Irlandczycy są uśmiechnięci, pełni ciepła, gościnni… Ojej, przez Ciebie stęskniłem się za domem!

Powiedziałeś, że na planie „Excalibura” bałeś się jak nigdy przedtem. Czy jest coś, co Cię przeraża?
Wiesz co? Świat mnie przeraża. Fanatyzm, radykalizm, którego wszędzie pełno. Boję się przede wszystkim nie o siebie, ale o swoje dzieci. Na każdym kroku widzę jakieś zagrożenie. Weźmy Internet. Wspaniałe narzędzie, świetny środek komunikacji, ale z drugiej strony niemal całkowity brak kontroli. Pamiętasz to straszne zdjęcie amerykańskiego zakładnika, któremu ścięli głowę? Nie mam pojęcia, kto to wrzucił na YouTube i kto pozwolił, żeby ten klip w ogóle się tam znalazł. Oczywiście zdjęli go w końcu, ale zanim to się stało, mnóstwo ludzi zdążyło go zobaczyć. I człowiek od razu się boi, że jego dziecko kliknie coś z ciekawości i zobaczy takie zdjęcie. Albo narkotyki. Chyba wszyscy się ich boimy. Narkotyki są w tej chwili wszędzie, na każdym placu zabaw, w każdej szkole, podstawowej, średniej, prywatnej, publicznej… Wszędzie. I to mnie przeraża. Jako rodzica i jako człowieka.

Rozmawiasz z synami na ten temat?
Kiedyś poprosiłem o radę mojego kumpla, Bono… Ma się te znajomości, nie? (śmiech) Zapytałem, co powiedział swoim dzieciom. Są w końcu starsze od moich. On na to: „Powiem ci, co mi poradził Mick Jagger”. On ma chyba z pięćdziesiątkę dzieci, prawda? Podobno Mick miał dla nich tylko jedną, ale za to ważną przestrogę: „Nie bądźcie głupi” (śmiech). Tak mi powiedział Bono, ale jak znam Micka, to w oryginale brzmiało to pewnie: „Nie bądźcie, k…a, głupi” (śmiech).

Czy Twoim synom imponuje, że jesteś gwiazdą?
Nie sądzę. Czasami któryś powie: „Tato, widziałem twój film. Fajny był”. Nie liczyłbym na więcej.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments