Oświatowe dywagacje

0
29
REKLAMA

Chcę podziękować za interesujący komentarz dotyczący aktualnej sytuacji w oświacie, zamieszczony w jednym z ostatnich numerów tygodnika, pt. Oświatowe dywagacje.
Autor tekstu w krótkiej wypowiedzi przedstawił więcej faktów i rozsądnych opinii niż wiele innych przegadanych artykułów na ten temat, ukazujących się zarówno w prasie, jak i w Internecie.
Społeczeństwo bezustannie zasypywane jest informacjami o konieczności zamykania szkół z powodu tzw. niżu demograficznego, a przecież wystarczy tylko logicznie pomyśleć, by zrozumieć istotę tych działań. Dlaczego nikt oficjalnie nie mówi, że spadek liczebności klas w wielu szkołach jest po prostu powrotem do „normalności” po wielu latach wyżu demograficznego? Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż na oświacie oszczędza się od bardzo dawna; jednym ze sposobów było właśnie tworzenie klas – molochów. Trzydziestoosobowe klasy (a często nawet i czterdziestoosobowe) funkcjonowały w wielu szkołach, także tarnowskich, i nikt nie pytał, w jaki sposób nauczyciele rozwiązują problem z indywidualizacją procesu kształcenia (o dyscyplinie już nie wspomnę).
Na papierze wszystko wygląda idealnie, nie trzeba jednak mieć wielkich umiejętności matematycznych, aby przeliczyć, jak wiele czasu może poświęcić nauczyciel uczniowi podczas czterdziestopięciominutowej lekcji w tak licznym zespole klasowym. Problemu nie rozwiązują nawet dodatkowe zajęcia, ale to temat na inną okazję.
Przez lata zarówno rodzice, jak i nauczyciele przyzwyczaili się w końcu, że nie mają żadnego wpływu na rosnącą liczebność klas, bo wymagałoby to chociażby budowy nowych szkół. A skąd wziąć pieniądze?
Teraz, gdy sytacja w sposób naturalny zaczęła się powoli normalizować, kiedy pojawiły się wreszcie możliwości zapewnienia uczniom właściwej opieki podczas procesu dydaktycznego, kilkunastoosobowe klasy znów łączy się w tradycyjne olbrzymie zespoły. I znów chodzi o pieniądze.
Wszyscy, którzy tak często zasłaniają się tzw. niżem demograficznym w szkołach (nie zaprzeczam istnieniu tego zjawiska jako takiego), powinni się przyjrzeć innym krajom europejskim. Ciekawe, w jakim jeszcze cywilizowanym państwie dbającym o swoją przyszłość istnieją tak liczne klasy jak w Polsce.
Przysłuchując się wypowiedziom osób odpowiedzialnych za finansowanie oświaty, aż chciałoby się zasugerować, że najtaniej byłoby wrócić po prostu do czasów powszechnego analfabetyzmu, kiedy to wykształcenie mogli zdobyć tylko ci, których było na to stać i to pod warunkiem, że akurat mieli taką dziwną ambicję. Wystarczyłaby jedna szkoła na województwo i wszyscy byliby zadowoleni.
A może w czasie kryzysu należałoby znaleźć inne źródło finansowania przyszłości swoich obywateli? Prasa doniosła niedawno o olbrzymich premiach wypłaconych pracownikom MEN, a przecież to tylko jedno ministerstwo. Dlaczego oszczędzanie zaczyna się zawsze od dołu, a nie od góry?
Zwykły, szary obywatel widzi to aż nadto wyraźnie – diety, premie, nagrody, odprawy, służbowe limuzyny itp. to tylko dodatki do pensji wielu wysokich urzędników, za które mogłyby utrzymać się nie tylko zamykane szkoły, ale także likwidowane szpitale, posterunki policji, sądy…
Aż korci, by powtórzyć za Poetą: (…) Wszystko to być może!/Prawda, jednakże ja to między bajki włożę.

REKLAMA
A.Sz., Tarnów
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o