Nowy Jork w czasie pandemii widziany oczami Polaków tam mieszkających

0
139
Nowy Jork
Nowy Jork. Zdjęcie: Katarzyna

Na naszym polskim podwórku nie dzieje się w kwestii pandemii nic szczególnego. Oczywiście są osoby poszkodowane wirusem, ich życie w wielu przypadkach wywróciło się do góry nogami, nawet jeśli nie odczuwają dolegliwości zdrowotnych, to są mocno ograniczani kwarantannami bądź odrzuceniem społecznym wywołanym strachem przed zarazą. Jednak przedstawiony mi obraz pandemicznego Nowego Jorku mieni się wyjątkowo ponuro i groźnie.

Wyobraźmy sobie, że wychodzimy na zakupy do sklepu lub jedziemy do pracy i przy każdym szpitalu widzimy stojący na ulicy wielki kontener-chłodnię, w którym przechowywane są zwłoki. Setki zwłok. Następnie widok ten powtarza się przy niektórych domach pogrzebowych. Taki widok musi działać negatywnie na wewnętrzny spokój ducha. Zaciekawiło mnie to bardzo, ponieważ nie do końca rozumiałem, dlaczego ten proceder ma miejsce w NYC (New York City). Skłaniałem się nawet ku twierdzeniu, że musi to być jakiś element prowadzenia polityki strachu, mający na celu zagonienie mieszkańców do domów.

kontenery Presbyterian Hospital
kontenery na zwłoki przy Presbyterian Hospital. Zdjęcie udostępnił Piotr Spiewak

Nasz, można napisać, korespondent z NYC, opowiadał mi również o dramatach wśród lekarzy pracujących z zarażonymi nowym SARS. Muszę przyznać, sytuacja wyglądała podobnie do tej w Polsce. Lekarze byli od samego początku w najwyższej grupie ryzyka z prostej przyczyny, mieli ciągły kontakt z nowym wirusem. W związku z tym musieli nosić na sobie mnóstwo rzeczy, które powodowały spory dyskomfort pracy lub nawet ślady fizyczne na ciele, np. odgniecenia, siniaki, otarcia. To wszystko połączone z wydłużonym czasem pracy, często brakiem kontaktu z rodzinami, przesunięciami do innych miast z powodu ograniczeń personelu, składało się na wycieńczenie organizmu lekarza/ratownika medycznego. Gdy dodamy do tego wszystkie procedury i ograniczenia w postępowaniu z zarażonymi, ujrzymy zmęczonych fizycznie i psychicznie ludzi, którzy starają się dalej działać, ale nie zawsze dają radę. W NYC miał miejsce przynajmniej jeden przypadek popełnienia samobójstwa przez lekarkę, która nie wytrzymała presji. Nie słyszałem wprawdzie o samobójstwie wśród polskich lekarzy walczących z covid, jednak docierały do mnie strzępy informacji z różnych placówek mających styczność z zarażonymi. W jednych nic nadzwyczajnego się nie działo, w innych natomiast działy się dantejskie sceny na oddziałach zakaźnych. Słyszało się o akcjach organizowanych przez społeczeństwo dla lekarzy, zarówno dotyczących maseczek, jak i jedzenia, słyszało się, że lekarzom i ratownikom jest ciężko. Jednak nie słyszało się tego, co mi opowiedziano o NYC.

puste ulice Nowego Jorku
puste ulice Nowego Jorku. Zdjęcie: Katarzyna

Po przeprowadzeniu kilku rozmów z mieszkańcami Nowego Jorku oraz jego najbliższej okolicy, dochodzę do wniosku, że wspomniane kontenery porządnie wystraszyły mieszkańców. Gdy zerkniemy na liczby dojdziemy do wniosku, że w sumie nic kolosalnie strasznego się tam nie dzieje. Władze miasta szacują, że w NYC przynajmniej 10 milionów osób miało kontakt z nowym wirusem, czyli połowa całego miasta. W tym miejscu należy upatrywać największego problemu metropolii, czyli tempa w jakim ludzie zarażali się wirusem. Na chwilę obecną w NYC potwierdzono aż 200 547 przypadków zakażenia i aż 16 848 zgonów przypisanych covid. 200 tysięcy chorych w jednym mieście! Wygląda trochę przerażająco, prawda? Jak porównamy to do Rosji, gdzie stwierdzono 362 tys. zarażeń i 3800 zgonów, to widzimy sporą dysproporcję. Mam wrażenie, że służba zdrowia w Nowym Jorku została sparaliżowana przez liczbę zachorowań na koronawirusa. Sytuacja z covid spowodowała sporo utrudnień i wywołała strach przed wychodzeniem z domów. Szpitale mają obowiązek przechowywania ciał do czasu, aż ktoś z rodziny się po nie zgłosi (do 14 dni), a dodatkowo wprowadziły inne procedury przeciwwirusowe. W efekcie trzeba było zorganizować dodatkową „powierzchnię do składowania ciał”, stąd widok kontenerów.

Kontenery stały się makabrycznym dowodem epidemii z jeszcze jednego powodu. Przypadek firmy pogrzebowej Andrew T. Cleckley Funeral Home w Brooklyn, w której pojazdach znaleziono zalegające tygodniami worki wypełnione zwłokami. Najlepsze w tym wszystkim było to, że te ciężarówki (U-haul trucks) były parkowane przy chodnikach. Dopiero, gdy świadkowie zauważyli wyciekającą krew i poczuli odór rozkładających się zwłok, pracownicy firmy pogrzebowej zaczęli porządki. Coś przerażającego.

Namiot na zwłoki
Namiot na zwłoki pod domem pogrzebowym i wozy u-Haul. Zdjęcie: Piotr Spiewak

Kolejną różnicą między NYC a Polską jest fakt, że praktycznie każdy nowojorczyk, z którym rozmawiałem, zna osoby chore na covid, natomiast w Polsce znalazłem dotychczas jedną osobę, znającą kogoś chorego. Dlaczego tak się dzieje? Czy jest to rzeczywiście spowodowane beztroskim podejściem władz w USA do tematu wirusa, czy beztroską mieszkańców, którzy wiedząc o zagrożeniu nadal imprezowali i spotykali się z licznymi znajomymi? Powstają również teorie łączące szczepienia przeciw grypie sezonowej z poziomem zachorowalności na covid, w końcu zarówno w USA, we Włoszech i Hiszpanii wykonuje się dużo szczepień przeciwgrypowych. A w Polsce? U nas szczepień wykonuje się znacznie mniej. Nie będę rozwijał tej teorii, ani nie będę przytaczał kolejnej – to są niczym niepotwierdzone informacje i przytaczam je tylko jako ciekawostkę. Faktem jest natomiast znacznie wyższy stopień śmiertelności w USA niż w Polsce, czy choćby Rosji i coś musi mieć na to wpływ. Albo Amerykanie mają za mało łóżek i sprzętu (trudno w to uwierzyć), albo coś powoduje, że ich wirus jest bardziej zjadliwy od naszego.

Obecnie życie w Nowym Jorku powoli wraca do normalności, ulice nadal nie są zatłoczone, a pieszych jest mało, jednak notuje się z każdym dniem mniej zachorowań oraz, co najważniejsze, mniej zgonów związanych z covid. Potrafię jednak zrozumieć przerażenie mieszkańców związane ze strasznymi obrazami i wysoką śmiertelnością. Miasto dotychczas tętniące życiem zmieniło się momentami w miasto duchów. W różnych miejscach powstawały specjalne namioty, których zadaniem było wsparcie szpitali w związku z dużą liczbą chorych. Do NYC ściągano lekarzy z całego kraju, ponieważ właśnie w tym mieście sytuacja była najgorsza. Dość szybko pozamykano wszystkie szkoły i uczniowie, tak jak i u nas, uczą się online. Władze szybko zareagowały i wsparły uczniów tysiącami laptopów, które były konieczne do łączenia się ze szkołą, w NYC praktycznie w każdym domu jest komputer, ale zwykle jeden przypada na kilka osób, co mogło rodzić problemy w czasie nauki.

Tak samo jak i u nas wystąpiły przejściowe problemy z dostępnością niektórych towarów na półkach sklepowych. Moi informatorzy pisali o papierze toaletowym, środkach dezynfekujących, ale także o spożywczych produktach, jak mleko migdałowe czy jajka, które były racjonowane w sklepach. Obecnie sytuacja wróciła do normy, lecz istnieją nadal obawy o zerwanie dostaw np. produktów mięsnych. Moi rozmówcy wspominali również, że przestępczość nie wzrosła (obecnie w USA w związku z protestami wywołanymi zamordowaniem obywatela przez policjanta trochę się to mogło zmienić). Podobnie jak u nas wielu przedsiębiorców odczuwa bardzo trudny okres i sporo z nich zapewne nie przetrwa tej próby.

Puste ulice
Ulice Nowego Jorku. Zdjęcie: Katarzyna

Podobieństw jest dużo, tylko skala zjawiska inna. Dlaczego? Czy chodzi o mniejszą liczbę wykonywanych testów w Polsce? A może to wina lekarzy w USA, którzy za leczenie pacjenta z covid mają rzekomo otrzymywać olbrzymie wynagrodzenia? Istnieje też możliwość, że nowojorczycy uwielbiają na siebie kichać albo mają tragiczną służbę zdrowia (a nasza jest najlepsza na świecie i sobie radzi). Myślę, że takich powodów można wymyśleć tysiące, poprzeć je wyglądającymi sensownie teoriami spiskowymi, ale pewności nigdy mieć nie będziemy.

Na koniec przytoczę jeszcze informację o przypadku z rejonu Tarnowa dotyczącym przetrzymywanej tygodniami w zamknięciu osoby, której wykonano około 10 testów. Połowa okazała się pozytywna, druga połowa – negatywna. Życie rodziny pacjenta zostało zniszczone przez bezdusznych sąsiadów, którzy codziennie wysyłali pogróżki jego żonie i dzieciom, przez wielotygodniowe utrudnienia w kontaktach z najbliższymi, nie wspominając o rysach na psychice ich wszystkich. To jest skandal, by tak traktować ludzi. A co jeśli większość pozostałych, rzekomo chorych osób, ma taką samą sytuację? To w końcu pandemia istnieje, czy ktoś nas robi w konia? I taki delikatny apel-prośba. Jeśli macie w swoim otoczeniu osoby z podejrzeniem wirusa to pamiętajcie, że wirus mógł się Wam przytrafić. Traktujcie ich tak, jak byście chcieli, by oni Was traktowali będąc na Waszym miejscu. Nie pozwalajcie, by wychodził z Was tchórz bandyta. Pomagajcie sobie, stosując się do zasad bezpieczeństwa, ale nigdy nie odwracajcie się od tych osób. One za kilkanaście dni wyzdrowieją, a ewentualny smród zafundowany im przez ludzką głupotę, gdy byli chorzy, pozostanie na całe życie.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o