Anioł śmierci znowu nadchodzi?

0
506

„– Zaraza idzie – powiedział Zachara z Podlesia do Jana Kózki z Nieczajnej. – Do Otfinowa ją flisacy przywlekli. Ponoć co dzień ktoś umiera. Mówił mi szwagier, że za wsią choleryków chowają. – Ale przecież w poświęconej ziemi – bardziej stwierdził niż spytał się Kózka. – Ksiądz święcił, tylko smutno nie przy swoich przodkach po śmierci leżeć. – To może być ostatni targ w Żabnie, zanim zaraza ustanie? – zaniepokoił się Kózka. – Wódkę pić trzeba, ona wnętrzności dezynfekuje najlepiej. I aloesem się nacierać, czosnek spożywać. Tak ludzie się ratowali w pięćdziesiątym piątym, pamiętam. Żydzie, dajcie okowity! – krzyknął w stronę szynku. – Okowita zarazę odgania” (Adam Tomczyk, „Zaraza”).
W przeszłości epidemie często nawiedzały ziemie polskie, dziesiątkując mieszkańców. Także w Tarnowie i okolicach zbierały one obfite, ponure żniwo. We znaki dała się na przykład epidemia cholery, która pod koniec XIX wieku pochłonęła tysiące ofiar. Adam Tomczyk, pisarz i regionalista z Żabna, poświęcił osobną książkę tym dramatycznym wydarzeniom. Wydana trzy lata temu, dzisiaj – w czasach panowania koronawirusa – zwraca szczególną uwagę. Ze stron książki wydobywa się ten sam stan niepokoju, który kiedyś wydawał się abstrakcyjny, a dziś staje się powszechnym doświadczeniem całego świata.
Autor napisał w przedmowie: „Zaraza stanowiła zawsze w tamtych czasach jakąś małą apokalipsę. Śmierć kosiła równo bez względu na narodowość i wyznanie, ale nie było w tym żadnej złej i planowej woli człowieka”. Ani autor, ani nikt inny nie mógł przewidzieć, że trzy lata później cały świat będzie przeżywał „małą apokalipsę” i że jest ona możliwa nie tylko w dawnych czasach.

REKLAMA

Padali jak muchy
Adam Tomczyk, członek krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, to znana postać w Żabnie, ale nie tylko. Interesująca jest jego kariera literacka. Nie jest filologiem, ani historykiem, z zawodu jest mechanikiem maszyn. Od lat pasjonował się dziejami swoich rodzinnych stron, potem zaczął pisać artykuły, eseje i książki. Często były to opowieści z wykreowaną przez wyobraźnię pisarza fabułą, ale miały istotny walor: w dużym stopniu oparte były na zebranych dokumentach i ustnych relacjach najstarszych ludzi z okolic Żabna.
Kilka lat temu za namową kolegi zainteresował go temat epidemii cholery, która przetoczyła się przez Żabno i okolice w 1873 roku. Dotarł do wielu interesujących źródeł. W krótkim czasie powstała powieść pt. „Zaraza”.
– W kronice parafialnej odnalazłem zapis z tamtych czasów: „Ludzie padali jak muchy” – opowiada Adam Tomczyk. – Książka o zarazie jest beletrystyką, prozą fabularną, ale opartą na faktach. Prawdziwe są fakty, daty, nazwiska wielu mieszkańców tych okolic, lekarzy, księży, ziemian, rajców miejskich. Aby jak najwierniej odtworzyć ówczesną sytuację, przewertowałem także ówczesny krakowski „Czas”, odnajdując około 20 większych bądź mniejszych publikacji na temat przebiegu epidemii w rejonie Dąbrowy Tarnowskiej. Relacje te są dramatyczne, robią wrażenie.

Dziewczyna trzy godziny żyła…
W niektórych kręgach „Zaraza” Tomczyka zdobyła uznanie i popularność, bardzo dobrze wypowiadał się o niej choćby prof. Franciszek Ziejka, wybitny historyk literatury z Krakowa.
Książka ma swój szczególny klimat, a kiedy się ukazała, groza bijąca z jej stron mogła wydawać się jeszcze tylko literacką fikcją: „Zaczynał się lipiec pełen niepewności, obaw i strachów. Słońce znowu zaszło krwawo, a czarny całun zarazy nasuwał się od Otfinowa. Cholera wybuchła tam 22 czerwca. Pierwszy zmarł parobek u Stojowskiego na Diamencie, potem jeden z pomocników na galarach dostarczających żwir na drogi, następnie jeden z flisaków i drugi po dwóch dniach. Dom w Otfinowie, z którego ów pomocnik pochodził, cały był zarażony. Dotknięci cholerą umierali w kilkanaście godzin, a jedna dziewczyna tylko trzy godziny żyła”.
Pisarz twierdzi, że atmosfera tamtych zdarzeń pod pewnymi względami do złudzenia przypomina obecną. Podobny strach, stan niepewności, bezsilność, zamknięte granice, kurczące się życie społeczne i gospodarcze. Nie organizowano wtedy jarmarków, odpustów (kościoły były otwarte), nieczynny pozostawał prom na Dunajcu. Panika dotykała nawet lekarzy. Któregoś dnia doktor ze Szczucina szybko się spakował i razem z rodziną w popłochu uciekł z miasteczka. W całej Galicji epidemia pochłonęła 92 tys. ludzkich istnień.

kapliczka-w-Żabnie
Kapliczka wotywna w Żabnie wzniesiona w uznaniu zasług doktora Jana Janochy, ze specjalnym dziękczynnym napisem

Modlili się lub pili
Adam Tomczyk pisze: „Modlili się ludzie przed figurami świętych, u stóp świętej Rozalii wylewali łzy i śpiewali pieśni błagalne. Słali prośby do Matki Boskiej Królowej Polski. Niosły się pienia i litanie wieczorami, aż po noc. Inni w tym czasie pili w karczmie na umór”.
Każde czasy mają również swoich bohaterów. Burmistrzem Żabna był wówczas Józef Seweryn, przodek Andrzeja Seweryna, wybitnego aktora znanego z wielu ról filmowych i teatralnych. Aktor przeczytał „Zarazę” i wyraził dla jego autora uznanie.
Józef Seweryn sprowadził do miasteczka Jana Janochę, cholerycznego lekarza z Wiednia, który z poświęceniem próbował zwalczać epidemię. „Czas” informował: „Pan Jan Janocha, zastawszy przeszło 200 cholerycznych, rozpoczął natychmiast nieustraszoną walkę z aniołem śmierci. Dniem i nocą niósł niezmordowanie i z narażeniem własnego życia skuteczną pomoc nieszczęśliwym, dodawał otuchy przestraszonym, zachęcał wszystkich do wspólnego ratowania się, i tyle swą umiejętnością, wiedzą lekarską, jako też praktycznie zastosowanemi środkami dokazał, że przeszło 158 osób na cholerę zapadłych w krótkim czasie wyratował i do tego doprowadził, że w miesiącu wrześniu zupełnie cholera ustała”.

Ofiarny lekarz
Do dzisiaj zachowała się w Żabnie kapliczka wotywna wzniesiona w uznaniu zasług tegoż doktora, ze specjalnym dziękczynnym napisem oraz postaciami świętych, w tym św. Rozalii, obrończyni przed wszelką zarazą i morowym powietrzem, oraz św. Jana Ewangelisty jako patrona doktora Jana Janochy.
W tamtych czasach epidemie, owe „anioły śmierci”, na tym terenie wybuchały co pewien czas. Osławiona grypa hiszpanka oraz inne zarazy nawiedziły Powiśle Dąbrowskie pod koniec I wojny światowej. Dopadły ludność wycieńczoną głodem i przewalającymi się tutaj wojskami. Wtedy czołową postacią w Żabnie i okolicy był lekarz Wilhelm Przybyszowski, syn Jana Przybyszowskiego, miejscowego nauczyciela, organisty w kościele parafialnym, sekretarza miejskiego i prezesa Towarzystwa Ochotniczej Straży Pożarnej.
– Mój dziadek, dr Wilhelm Przybyszowski, posadę lekarza miejskiego w Żabnie objął w 1895 roku, wnet po ukończeniu studiów w Krakowie – mówi dr med. Andrzej Przybyszowski, lekarz chirurg zamieszkały w Nowym Sączu. – Był ceniony przez ludność całej okolicy. W marcu 1919 r., udzielając pomocy choremu Stanisławowi Kowalskiemu, zaraził się od niego tyfusem plamistym i zmarł 24 marca. Trudno było mu się doczekać pomocy od innych lekarzy, którzy bali się zarazy. Natomiast chory, zaopatrywany przez mojego dziadka, żył do 1970 roku.
W kościele parafialnym w Żabnie można ujrzeć tablicę ufundowaną na cześć dr. Wilhelma Przybyszowskiego, upamiętniającą – jak głosi napis – jego pracę i śmierć w służbie chorego człowieka.

Znów na wojnie z epidemią
Adam Tomczyk mówi, że ekstremalnie trudne sytuacje wyzwalają w ludziach różne postawy i zachowania, nie tylko – jak w przypadku dr. Wilhelma Przybyszowskiego – bohaterskie. W okresie epidemii cholery, o której pisze w swojej książce, starostwo powiatowe niektórych lekarzy wyrzucało z pracy, gdyż okazywali się łapówkarzami. Na chorych im nie zależało.
Przybyszowscy to znany w Małopolsce ród lekarski. Zawód ten przechodził z pokolenia na pokolenie. Doktor Andrzej Przybyszowski i jego nieżyjąca już siostra stanowili trzecie pokolenie lekarzy w rodzinie. Dwaj synowie Andrzeja Przybyszowskiego, Miłosz i Marek, również są lekarzami. Kiedy powstawał ten artykuł, obydwaj znajdowali się na pierwszej linii frontu w oddziałach dla zakażonych koronawirusem w krakowskich klinikach.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments