Czar staroci na czterech kółkach

0
93
Józef Ciesielski i jego ulubiony citroen 2CV

Tym bardziej, że wokół były głównie socjalistyczne warszawy, syreny, škody i trabanty. Mały volkswagen wyglądał jak gość z innej cywilizacji. No i ten zniewalający swoją barwą lakier…
– Samochodzik należał do żony prezesa huty szkła „Laura”. Ileż to razy wgapiałem się w to auto! I zawsze o nim marzyłem. Marzenia te nigdy nie dały mi spokoju. Wtedy był to początek lat sześćdziesiątych, siermiężna epoka Gomułki – opowiada pan Janusz.
Swoje marzenia spełnił w kolejnej PRL‑­owskiej epoce – za Gierka. Kilkanaście lat później. Wówczas kupił używanego volkswagena „garbusa” z silnikiem o pojemności 1,2 tys. cm sześć., rocznik 1969. Kolor w tamtym czasie nadzwyczaj modny: bahama yellow. Teraz tym samochodem przyjechał na zlot zabytkowej motoryzacji do Łęgu Tarnowskiego. Pojazd wciąż w znakomitym stanie. Z wierzchu ani śladu rdzy. Solidna, niemiecka robota, która chyba też już przeszła do historii. Na tylnym zderzaku patriotycznie przymocowana flaga z herbem Tarnowa.
Samochód – stuprocentowy oryginał. Skromne, fabryczne wyposażenie. Bez radia.
– Radio? Zupełnie niepotrzebne. Z przyjemnością się słucha, jak pracuje silnik. Warkot czterocylindrowego boxera to dopiero melodia…

REKLAMA

Garbus ziemniaczany
Do dzisiaj z tym samochodem nie ma żadnych problemów. Nigdy nie było, nie licząc jakichś drobiazgów.
– Na autostradzie jeszcze wyciąga setkę. Można byłoby jeździć nim na co dzień, tak jak przez wiele lat wcześniej. Miałem go do pracy, do turystyki, kiedyś przewiozłem nim lodówkę. A jeszcze kiedyś, po zdemontowaniu tylnej kanapy, 14 worków ziemniaków. Wtedy, po przyjeździe do domu, zrobiło mi się żal „garbuska” i obiecałem sobie, że już nigdy nie będę go tak przeciążał…
Teraz Janusz Tulicki przyjeżdża „garbusem” na zloty. To bardzo przyjemne imprezy, o ile nie pojawiają się różni „kawalarze”. Na jednej z takich imprez dostali się do zbiorników z paliwem kilku samochodów i wsypali tam trochę piasku i igliwia.
Miłość do sławnego niemieckiego „malucha” okazała się nieprzemijająca. Przez pewien czas Tulicki jako prezes tarnowskiego klubu „garbusiarzy” był współorganizatorem zlotów starych volkswagenów; w 2002 roku padł rekord: przyjechało 115 samochodów tej marki z całego kraju.

Żeby jaja były całe
Całkiem podobne marzenia miał swego czasu Józef Ciesielski z Krakowa, z zawodu technik elektryk, inny uczestnik spotkania w Łęgu. Z ta różnicą, że marzył o citroenie 2CV, zwanym popularnie „kaczką”.
– Ja na „kaczuchę” zachorowałem w połowie lat sześćdziesiątych. Podobał mi się ten lekki, nieskomplikowany samochód, ale nie tylko on. Pociągał mnie także zachodnioeuropejski styl, którego citroen 2CV był elementem, jako symbol pewnej swobody, młodości, indywidualizmu. To był pojazd doceniany przez ludzi, którzy mieli fantazję i poczucie wolności.
Kaczuszka podobała się również jego żonie i oboje marzyli, by kiedyś wejść w jej posiadanie. Pan Józef po latach spełnił swe marzenie, jego żona nie. Nie zdążyła. Któregoś roku nagle zmarła.
– Po citroena wyruszyłem do Bytowa. Tam mieszkał miłośnik tego modelu. Miał trzy” kaczki” w różnych kolorach – dla siebie, córki i syna. Ogłosił, że sprzeda jedną z nich, bo syn zamiast 2CV wybrał motocykle. Przystałem na tę ofertę, ale z właścicielem umówiłem się, że nim mi sprzeda samochód, dokończy remont jego karoserii. Mało kto znał się na tym aucie tak jak on. Mechaniką potem zająłem się ja.
Dzisiaj w parku krajobrazowym, obok pałacu Męcińskich w Łęgu, stoi wyszykowana czerwona „cytrynka”. Podobnie jak niemiecki „garbus” jeden z najbardziej kultowych samochodów na świecie. Rocznik 1985, model, który przeszedł już pewne modyfikacje. Mały silniczek o pojemności ok. 500 cm sześc., mocy nieco ponad 20 KM, za to trwały, niezawodny i prosty w naprawach. Jak wszystko pozostałe w tym aucie. Na szczególną uwagę zasługuje znakomicie sprzężone zawieszenie, tak skonstruowane, by przejazd z koszykiem zawierającym 60 jaj z prędkością 50 km na godz. nie zakończył się zbiciem ani jednego…


samochod1

Na sygnale
– W tym miejscu jest wlot powietrza, regulowany z góry klapką – wskazuje miejsce pod przednią szybą pan Józef. – Kierunek nawiewu jest tak pomyślany, że rozprowadzane podczas jazdy powietrze we wnętrzu chłodzi nie gorzej niż nowoczesna klimatyzacja. Gdyby jednak było jeszcze zbyt gorąco, można zwinąć do połowy lub w całości brezentowy dach. A jak pomyślana jest składana antenka. Proszę bardzo…
Obecnie citroen służy panu Józefowi tylko do wypadów rekreacyjnych. Polubiła go też jego druga żona, która podróże „cytrynką” uważa za dużą przyjemność. Zimą samochodzik ma odpoczynek. Jest obawa, że nie dałby rady soli, która obficie wysypywana jest na nasze drogi.
Kiedy rozmawiamy o „cytrynce”, do parku wjeżdża z włączonym „kogutem” i na sygnale radiowóz straży pożarnej. Ale spokojnie, nic się nie pali. To już nie ten radiowóz i nie ta straż. To FSO 1500, czyli duży fiat, czyli starszy brat dawnego fiata 125p – lata osiemdziesiąte poprzedniego wieku.
Z kremowego radiowozu zaznaczonego dookoła czerwonym paskiem wysiada małżeństwo – Bogusława i Edward Jaglarzowie. On, inżynier, jest zastępcą dyrektora krakowskiego Muzeum Ratownictwa. To społeczna placówka, które stara się ocalić szczególnego rodzaju zabytki motoryzacji – wozy ratownicze pogotowia ratunkowego, milicji, policji, straży pożarnej. Często ich samochody wypożyczane są do różnych filmów.
– Obecnie zajmujemy się karetką pogotowia warszawa 223K, rocznik 1968 – mówi Edward Jaglarz. – W 1973 r. kupił ją na przetargu pewien pan i bardzo długo eksploatował. Z czasem przeszedł na gaz, jeszcze dwa lata temu wybrał się nią na Słowację. Niedawno odkupiliśmy ten samochód od niego, a teraz zbieramy fundusze na restaurację warszawy.

Wołga towarzysza sekretarza
Państwo Jaglarzowie to wielcy miłośnicy zabytkowych aut. Prywatnie mają warszawę M20, popularną garbuskę, wołgę GAZ – 24, wartburga 353, dwa polonezy.
– Polonezem jeżdżę na zakupy i niektórzy pytają mnie, kiedy wreszcie kupię sobie jakiś porządny samochód – śmieje się pani Bogusława.
– Naszą ponadpięćdziesięcioletnią warszawą wybraliśmy się niedawno na wesele na Śląsk – dopowiada pan Edward. – To była mała sensacja, a wielu gości zastanawiało się, ile mogłaby kosztować laweta wynajęta na tę podróż. Nie chcieli wierzyć, że takie auto jeszcze samodzielnie pokonuje dłuższe dystanse.
Tego dnia do Łęgu przyjeżdża kilkadziesiąt zabytkowych pojazdów. Królem zlotu zdaje się być meteor niagara 300, ogromna kanadyjska limuzyna z lat 50, pięknie odrestaurowana. Sześć cylindrów. Dotarła spod Brzeska.
Zloty klasyków, jak często określa się historyczne pojazdy, są już nie tylko spotkaniami pasjonatów. Coraz częściej można tu zrobić interes, gdyż z czasem klasyki stały się dobrym interesem. Na początku mody, kilkanaście lat temu, odrestaurowaną warszawę „garbuskę” można było kupić za 15 tys. zł, dziś za 30‑50 tysięcy. Ceny oldtimerów, którymi interesują się kolekcjonerzy, poszły ostro w górę. Więcej warte są te, które mają swoją historię związaną z epoką lub znaną osobą. Warto choćby przypomnieć sprzed kilku laty długo licytowaną warszawę M20, którą w latach 60. podróżował biskup krakowski, Karol Wojtyła.
Janusz Tulicki na jednym ze zlotów zapamiętał piękną wołgę GAZ – 21. W środku skórzana, czerwona tapicerka, dużo ozdobnego chromu, dodatkowe wyposażenie.
– Właściciel twierdził, że wołga w przeszłości była użytkowana przez ważnego radzieckiego sekretarza partii. Chciał ją sprzedać za 50 tysięcy złotych. Nie było chętnych, więc pojechał dalej.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o