Czatownia pana Władka

0
151
jastrzab
REKLAMA

Przeciwnik jest chytry i działa błyskawicznie. Na konwencjonalne środki walki przestał reagować. Rozzuchwala się coraz bardziej, a apetyt rośnie mu w miarę jedzenia.
– Nic pan, panie Władku, krzykiem nie wskórasz – mówią życzliwi sąsiedzi. Dobrze im tak mówić, bo oni mają święty spokój. Wróg do nich nigdy nie zagląda, ponieważ nie ma po co. Z panem Władkiem to inna sprawa.
Kiedyś była tu zwykła wieś. A w zasadzie przysiółek wsi. Urocze miejsce, trochę oddalone od cywilizacji, położone między polami i zagajnikami. Od kilkunastu lat przysiółek wymierał. Starzy odchodzili, chałupy wykupywali ci z miasta. Niektórzy budowali nowe murowane domy. Trochę ludzi z Tarnowa tu się sprowadziło.
Władysław Poręba jest już ostatnim rolnikiem w tej okolicy. Świetnie o tym wiedzą wszelkie drapieżniki – latające i naziemne. Od kilku lat rolnik toczy z nimi wojnę. Co traci? Przede wszystkim drób. Doszło do tego, że nawet kury nie można spuścić z oczu, bo zaraz będzie po niej.
– Jeszcze nie tak dawno, jak się szło w niedzielę do kościoła, to nikt nie myślał, żeby kury zaganiać do kurnika. Bo po co? – opowiada pan Władysław. – A teraz, gdy ten pierun tu zagląda, trzeba to robić. Ile razy byliśmy na mszy, on w tym czasie trzebił stado. Co niedziela kurka po kurce.

REKLAMA

Wróg na jabłonce
Jeszcze parę lat temu Poręba gospodarzem był jak się patrzy. Miał konia, dwie krowy i świnkę. Po tym, jak zmarła mu żona, pozostały świnka i drób: kury, gęsi i kaczki. Także trochę pola za domem, ale o tym później.
To przez ten drób w obejściu Poręby stołówkę zrobił sobie jastrząb, „pierun”, jak go zwie pan Władek. Tak naprawdę zwie go inaczej, ale nie nadaje się to do powtórzenia.
Latający wróg od początku działa z rozmysłem. Zorientował się, że kilkadziesiąt sztuk drobiu w tej – coraz bardziej podmiejskiej – okolicy to istny rarytas. Jastrząb poznał obyczaje gospodarza, a przynajmniej wiele na to wskazuje. Przecież nie przez przypadek atakował w porze niedzielnego nabożeństwa, gdy pan Władzio był w kościele, a kury beztrosko ganiały koło domu.
– Najpierw ptaszysko zrobiło sobie czatownię na sośnie od południa i na wysokiej brzozie od północy – opowiada Poręba. – Później się ośmieliło, przyszło bliżej i kryło się w gęstej jabłonce. Jastrząb posuwał się ku mnie jak Putin na Ukrainie.
„Putin” atakuje gwałtownie. Pojawia się nagle, wybiera czatownię i kryje się w niej. Kiedy wypatrzy ofiarę, co u Poręby jest bardzo łatwe (ze względu na obfitość), rusza z dużą prędkością, spada na ofiarę jak szalony, nie bacząc na przeciwności.
– Któregoś dnia siedziałem tu z sąsiadem. Patrzymy, coś leci, coś potem spada jak pocisk, wzbił się kurz. Kury tylko piszczą. Jedną chwycił szponami, przetrącił jej kark i odleciał. Zaniósł mięso młodym do gniazda albo sam zeżarł. Skurczybyk.


Kanarek zza szyby
Jastrząb jest bezwzględny. Idziemy do pani Jasi, sąsiadki Poręby, to kilka kroków stąd.
– Myśmy też mieli parę kurek, ale wszystkie wyżarły nam jastrzębie. Daliśmy sobie spokój – opowiada pani Jasia i po chwili dodaje: – Ale to jeszcze nic!
Wchodzimy do mieszkania, do kuchni, gospodyni podnosi firankę.
– Patrz pan… Niedawno jastrząb zaleciał do nas, bo ujrzał przez szybę kanarka, który w klatce się poruszał. I ten drapieżnik rzucił się w jego stronę! Rzucił się na szybę, usłyszałam tylko głuchy huk. Na tyle jest jeszcze głupi, że nie wie, co to jest szyba. Ślady pazurów są? Są. To wyobraź pan sobie.
W przykurzonym trochę oknie pani Jasi odciśnięte są ślady jastrzębich szponów, dowód ataku, co tylko potwierdza, jak zdeterminowany to łowca.
– Najmłodsze gąski już mi zjadł, o kurach nie mówię – żali się pan Władzio. – Dokupiłem parę kaczek, to mu tylko urozmaiciłem menu, jak się okazało.
I jak tu nie walczyć z takim przeciwnikiem, gdy bezkarnie zadaje straty? Ba, nawet zimą tu zagląda, jakby Porębowa stołówka była już jego własnością.
– Serce się człowiekowi kraje. Kiedyś widzę na ścieżce niedaleko domu coś białego jak śnieg. Podchodzę bliżej i już wszystko wiem. Jastrząb oskubał tu gołębia, którego dopadł na moim podwórku. Kiedyś miał on stołówkę w lesie, ale przeniósł się do mnie. Nie mogę go w żaden sposób przepędzić.

Pomoże tylko relanium
Wnet miną dwa lata, jak Władysław Poręba wypowiedział wojnę drapieżnikowi. Od tego czasu liczy tylko straty. Sąsiad od razu mu poradził: – Władek, zrób solidną procę i strzelaj do niego, byle celnie.
Pan Władek mówi o tym ściszonym tonem, ponieważ dowiedział się, że jastrząb w Polsce jest pod ochroną. Krzywdzić go nie wolno. Ptak jako ptak niczemu nie jest winny. Taka jego drapieżna natura. Musi latać, czatować, zabijać, by przeżyć. Także, by wychować młode. Poręba to dobrze rozumie, ale nie znaczy to, że zgadza się tuczyć drapieżnika własnymi kurkami.
– Nic z tej procy nie wyszło. Co ja będę robił jakąś procę.
Ktoś inny poradził: – Poświęć jedną kurę, nafaszeruj ją trutką na gryzonie i zawieś przed domem na paliku.
Pan Władek tak zrobił, ale skutku nie było. – Tylko świętej pamięci żonka mnie ciągle opieprzała, bo martwa kura cuchnęła na odległość.
We wsi znany był inny sposób, także z kurą przynętą. Opowiadano, że dobrze ją nafaszerować… tabletkami relanium.
Dziś Władysław Poręba prowadzi wojnę już na kilku frontach. Nie tylko z jastrzębiem. Walczy także z dzikami. Chociaż skończył siedemdziesiąt sześć lat, nigdy tyle dzików w pobliżu wioski nie pamięta. Podobno opanowały cały pas na wschód i na północ od Tarnowa i robią wielkie szkody w polach. Podchodzą pod same domy. Sprawa jest głośna od lat.
Mieszczuchy kawałki pól zamienili na ogrody, więc tylko on, ostatni – jak w przypadku hodowli drobiu – ma zagony z ziemniakami i zbożem. Tak więc dzik pędzi nocą do niego, bo go kwiatki i krzewy ozdobne gdzie indziej nie interesują.

Na lisa woda kolońska
Poręba znowu jest sam na polu boju. Na dzikach próbował każdą metodę. Straszył petardami, odpędzał zapachem kosmyków ludzkich włosów, smrodem palących się starych opon oraz… radyjkiem na baterie. Tak, na zagonach pozostawiał na noc grające radyjko, żeby pełniło rolę płoszyciela. Ale i ten sposób zawiódł, dziki nadal przychodziły, wysłuchiwały ostatnich doniesień o sytuacji na Bliskim Wschodzie i spokojnie zabierały się do wyżerania ziemniaków.
Ta walka także trwa.
A lis? Również przyszedł do Poręby.
– Lis potrafi zrobić podkop i dostać się do środka, ale ten, który wszedł do mojego kurnika, przeszedł przez płotek górą, jak akrobata – nie może się nadziwić pan Władek. – Wydusił mi siedem kur.
Znajomy Poręby z innej wsi otoczenie kurnika, atakowanego nocą przez lisy, kuny i tchórze, spryskiwał dezodorantem i jeszcze obficie skrapiał tanią wodą kolońską, gdyż jego syn wyczytał takie rady w Internecie. Tam są specjalne fora, na których ludzie się radzą, jak odstraszyć dzikie istoty wyrządzające w gospodarstwie szkody. O jastrzębiu nie ma mowy.
– Gdyby tak tym drapieżnikom pozwolić na ich harce, za jakiś czas nie miałbym tu nic – przekonuje Poręba. – Wyłapałyby mi wszystko, wydusiły i wyjadły. Upatrzyły sobie moje gospodarstwo, bo w pobliżu już nie ma dla nich nic dobrego. W tamtych domach mieszka miasto, a ja to ciągle wieś.
Ale, jakby patrzeć, jastrząb jest najtrudniejszym przeciwnikiem, ponieważ atakuje z powietrza. Dlatego pan Władek każdego dnia wyczekuje na niego w określonych porach. Żeby wydać z siebie bojowy okrzyk i odstraszyć przeciwnika. Zaczyna to nawet pomagać. W pojedynku człowieka z drapieżnym ptakiem siły powoli się wyrównują.
Pan Władek właśnie wraca do swego stałego zajęcia. Stawia stołek w kącie podwórza, siada i w milczeniu wypatruje. Jastrząb ma swoją czatownię na jabłonce, a pan Władek tutaj – pod starą, cierpliwą gruszą. Wojna będzie miała dalszy ciąg.
Imię i nazwisko bohatera reportażu zostało zmienione.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments