Ducha nigdy nie spotkałam…

0
112
REKLAMA
Józefa Łątka przez wiele lat była jedyną kobietą w Polsce, która pracowała jako pomocnik grabarza
Józefa Łątka przez wiele lat była jedyną kobietą w Polsce, która pracowała jako pomocnik grabarza | Fot. autor

Dawna dyrektorka tarnowskich cmentarzy komunalnych, pani Kopacka, nieraz mówiła: – Ziuta, ty chyba jesteś jedyną kobietą w Polsce w tym fachu. Nigdy nie słyszałam o innej, która wzięłaby tę robotę. To mogło być prawdą. Józefa Łątka przez siedemnaście lat była pomocniczką grabarza. Pracowała u boku prawdziwego mistrza zawodu. Nigdy nie narzekała. Duchów się nie bała, bo w duchy nie wierzy, bardziej obawiała się cmentarnych hien. A pewnego razu, jak twierdzi, uratowała życie małej dziewczynce, która złożona do trumienki… nagle ożyła.

Józefa Łątka, matka czwórki dzieci, całe życie pracowała ciężko. – W zasadzie imałam się typowo męskich zawodów, tak jakoś się to składało. Na przykład zamiatałam ulice albo czyściłam rowy w Rejonie Dróg Publicznych. Łopata czy kilof nie były dla mnie problemem. Gdy byłam młoda, byłam zdrowa i silna jak niejeden chłop. Ale kiedy zwolniło się miejsce po pomocniku grabarza na Starym Cmentarzu w Tarnowie, wzięłam tę robotę bez wahania. Zapytali mnie tylko, czy nie będę się bała, bo to robota wśród nieboszczyków. A ja się cieszyłam, że cień tam będę miała w upalne dni, między starymi drzewami, i kurzu nie nałykam się tyle, ile podczas sprzątania ulic w mieście.

REKLAMA

Zapłakałam tylko raz
Pani Ziuta, jak zwracają się do niej znajomi, trafiła pod pieczę nie byle kogo, bo Karola Lachowicza, legendarnego grabarza ze Starego Cmentarza. Panował wtedy PRL, okres między Gierkiem i Jaruzelskim. Na najstarszej w Tarnowie nekropolii Lachowicz pracował od 1938 roku, przez czterdzieści sześć lat. Z żoną i dziećmi długo mieszkał w miejscu pracy, tak by można rzec. W służbówce, w budynku obecnej dozorcówki, mieszczącym się na cmentarzu i sąsiadującym przez ścianę z kaplicą. Z okien mieszkanka wyłaniał się widok na pobliskie groby.
– Co ja robiłam na tym cmentarzu? Porządkowałam alejki, zimą posypywałam je piaskiem, kosiłam trawę między grobami, sprzątałam kaplicę, niejeden grób pomagałam wykopać, dźwigałam trumny, brałam udział w ekshumacjach zwłok i komasacjach. Nie brzydziłam się żadną robotą, którą przyszło zrobić. Zdarzało się, że zaraz po ekshumacji szłam się przebrać, wymyć ręce i zabrać się za drugie śniadanie. Jakby nigdy nic. Do dziś pamiętam, w jakich terminach można było przeprowadzić ekshumację. Od piętnastego marca do piętnastego października, proszę pana.
Pani Józefa twierdzi, że za młodu twarda była, nieskora do łatwych wzruszeń. W zupełności nadawała się do pracy, którą przyjęła.
– Tylko raz się popłakałam. To był pogrzeb młodej kobiety, która zostawiła dwójkę małych dzieci. Pomyślałam sobie: ojciec znajdzie sobie inną kobietę, ale te dzieciaki będą już miały tylko macochę. Byle tylko ich nie gnębiła…

Złoty naszyjnik
Bez wątpienia największym kłopotem dla pracowników starej nekropolii były hieny cmentarne, czyli złodzieje, którzy nie wahali się włamać do drogich grobowców szukając kosztowności.
Złodzieje szukali przede wszystkim złota. Tadeusz Lachowicz, syn Karola, który objął schedę po ojcu, kiedyś opowiadał o tym dziennikarzowi. „Hieny” wybierały stare, okazałe grobowce, zwracając uwagę na fotografie zmarłych, które były tam umieszczone. Jeśli ktoś na zdjęciu miał biżuterię, od razu, dawaj, pakowali się do grobowca, otwierali trumny. W przeszłości „hieny” upodobały sobie, na przykład, zabytkową kaplicę Sanguszków, dawnych panów na Gumniskach, również miejsce, w którym spoczywali tarnowscy biskupi. Grobowiec kobiety – samobójczyni, która z powodu zawiedzionej miłości rzuciła się pod pociąg, plądrowano trzy razy. Wszystko przez fotografię ze złotym naszyjnikiem. Pewnego razu żona biletera z kina umieściła po jego śmierci na grobie jego zdjęcie i także swoje, na zaś, gdyby i ona odeszła z tego świata. Tadeusz Lachowicz zaraz to zauważył i dał dobrą radę: – Pani Zosiu, niech pani przynajmniej kwiatami zasłania swoje zdjęcie, bo z niego może wynikać, że jest pani bogata. To zaraz wejdą do waszego grobowca.
Ale zdarzały się też „hieny” rodzinne. Jak głosi wieść powielana w kręgu starych tarnowskich grabarzy, około trzydziestu lat temu pewien mężczyzna, znana osoba w Tarnowie, przyszedł do prosektorium, w którym znajdowały się zwłoki jego siostry, z solidnymi obcęgami. Miał zamiar przed pochówkiem wyrwać zmarłej kobiecie złote zęby…

Baliśmy się, ale milicji…
– Codziennie robiliśmy obchód, często zauważaliśmy rankiem, że płyty niektórych grobowców zostały naruszone. Od razu wiadomo było, że ktoś tu działał, że nocą ktoś mógł tam wejść do środka – opowiada pani Ziuta. – Swego czasu postaraliśmy się o dobrego psa. Poszliśmy z Lachowiczem do Zawady, żeby go odebrać. Pamiętam, że dbałam o niego, miał on swój przysmak: gotowane płucka i śledzony końskie. Kupowałam je zawsze w sklepie mięsnym przy Szerokiej. Od tamtego czasu obchód robiłam z psem. Cmentarz zamykało się o dwudziestej i chodziło się po nim po zmroku, żeby wszystko sprawdzić. W razie podejrzeń, że coś dziwnego się dzieje, dzwoniliśmy na milicję.
Któregoś dnia milicja ujęła szajkę, która zajmowała się plądrowaniem grobowców. Podczas procesu na pytanie sędziego, czy nie strach było włazić do grobowców i otwierać trumny, jeden z członków szajki szczerze odpowiedział: – Pewnie, że był strach, wysoki sądzie. Ale baliśmy się tylko MO…
– Znikały różne rzeczy, czasem całe marmurowe tablice, myślę, że chyba była to robota nieuczciwych kamieniarzy. Ginęły antaby, metalowe ruchome uchwyty, a masowo kwiaty z grobów – dodaje Józefa Łątka.

Dziewczynka w trumnie
Na rabusiów miała ona swój sposób. Chwytała za specjalnie przygotowany duży wieniec i zasłaniając się nim skradała się w głąb cmentarza tropić złodziejaszków. Zamaskowana w zmyślny sposób niejednego przyłapała na gorącym uczynku.
– Wtedy wyskakiwałam zza tego wieńca i cap delikwenta za kołnierz! Ciągnęłam takiego do kantorka, do naszego budynku, żeby go przytrzymać i zadzwonić po milicję. Od niejednego oberwałam, nie da się ukryć. Zapamiętałam też starą kwiaciarkę z Burku. Nieźle była wyszkolona. Przychodziła na cmentarz z kwiatami, by potem dobrać do nich ładniejsze z grobów, wymieszać ze swoimi i wiązanki wynieść za bramę. Minęło trochę czasu nim się zorientowałam.
Ale pewnego dnia wydarzyło się coś, co pani Józefa zapamiętała najdłużej. Do kaplicy przywieziono niewielką trumnę, w której ułożona była mała dziewczynka, ubrana w białą sukienkę. Zmarła w domu.
– Coś mi nie dawało spokoju, kręciłam się po kaplicy, zaglądałam do otwartej trumienki. Lachowicz obserwował mnie z pewnej odległości i się denerwował moim zachowaniem. A ja do niego w pewnej chwili krzyczę dość przerażona: – Patrz pan, dziewczynka oddycha! On na to: – Co też, kobieto, opowiadasz?! Przybiegł jednak, też zaobserwował, że sukieneczka na ciele dziewczynki lekko się unosi i od razu zawiadomił pogotowie. Ona naprawdę żyła! Jeszcze przez kilka lat spotykałam na mieście tę dziewczynkę, już trochę wyrośniętą, z jej matką. A matka za każdym razem powtarzała: – Widzisz, Iwonko, to ta pani, która uratowała ci życie, gdy już byłaś w trumnie. Wszyscy myśleli, że ty umarłaś, a ty śpiączkę wtedy miałaś.

Rozmowa z nieboszczykiem
Jozefa Łątka pracowała jeszcze, ciągle w tym samym charakterze, na dwóch innych cmentarzach komunalnych: w Krzyżu i Mościcach. Którejś zimy w Mościcach przewróciła się między grobami i doznała skomplikowanego urazu kolana. Leczenie było długie i trudne, żelazne dotychczas zdrówko podupadło, niedługo potem pani Ziuta przeszła na rentę.
– Nie żałuję tego czasu. Na cmentarzach czułam się dobrze, radziłam sobie, przyzwyczaiłam się do tego, co robiłam. Wolałam tę robotę także od układania butelek w zakładach winiarskich, w których przez jakiś czas pracowałam. Jeśli się czułam samotna, to niekiedy, gdy już posprzątałam kaplicę, chwilkę pogadałam sobie z nieboszczykami. Przemawiałam w stronę trumny: – Widzisz, biedaku, ciebie już na tym świecie nie ma, ale nie martw się z tego powodu. Wszystkich to czeka, mnie też.
Gdy dzisiaj komuś opowiada o swojej dawnej robocie, ludzie pytają ją z zaciekawieniem, czy się nie bała duchów. To ich najbardziej interesuje.
– Jakie duchy? Śmieję się z tego. Tyle lat pracowałam na cmentarzach i nigdy ducha nie ujrzałam. Ani za dnia, ani po zmroku, ani latem, ani zimą. Nie ma ich. Gdyby były, to kto jak to, ale ja wiedziałabym o tym na pewno.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o