Dzieci „skradzione” szkole

0
160
domowa-edukacja
REKLAMA

Nie pochodzą stąd. Przyjechali tu kilka lat temu, by porzucić dużą aglomerację na rzecz zapomnianej trochę prowincji. Zachwycić się jej urokami, nasycić spokojem. Mieszkają dzisiaj w małej miejscowości pod Tarnowem, mają dwoje dzieci. Grzegorz, starszy syn, jest już w wieku szkolnym. Kiedy ukończył dwie klasy podstawówki w dawnym miejscu zamieszkania, Iwona i Paweł zgodnie podjęli decyzję: Rezygnujemy ze szkoły. Sami będziemy uczyć Grzesia.
Od 1991 roku jest to już w Polsce prawnie możliwe, w przeszłości taka rodzicielska decyzja mogła zostać zakwalifikowana jako karalne „uchylanie się od obowiązku szkolnego”.
– Początkowo Grześ był pełen entuzjazmu, lubił szkołę, lecz potem zauważyliśmy, że się w niej nudzi, że frustruje go to częste malowanie szlaczków czy wypełnianie pustych kart, że ma inne zainteresowania. Ponieważ o edukacji domowej słyszeliśmy już wcześniej, postanowiliśmy zaryzykować – opowiadają.
W przypadku Grzesia edukacja domowa trwa już czwarty rok. Mimo że Iwona i Paweł są z wykształcenia humanistami, uczą wszystkich przedmiotów. Paweł na przykład matematyki czy chemii, Iwona języka polskiego i języków obcych. Może ten podział na przedmioty nie jest tak ścisły, ponieważ w praktyce łączy się pewne elementy wiedzy z dziedzin pokrewnych w jedną całość. Chodzi o to, by Grześ na tyle opanował państwową „podstawę programową”, by bez trudu zdał coroczny egzamin w szkole, do której jest przypisany. Taki jest oficjalny wymóg władz oświatowych. Na razie nie było żadnych problemów.

REKLAMA

 

Podróże kształcą
– Codziennie, zwykle między godziną 9 i 13, uczymy się po 30 minut, korzystając z różnych podręczników i pomocy – opowiada Paweł. – Domowa edukacja wymaga dużej samodyscypliny, konsekwencji, nie można pewnych rzeczy zostawiać na później, liczy się systematyczność. Chodzi też o to, by do domu nie przenosić tradycyjnej szkoły, ponieważ nie miałoby to sensu. Dlatego próbuje się różnych form i metod. Znamy rodzinę, która w ramach edukacji domowej kształciła humanistycznie swoje dzieci w oparciu głównie o podróże, bliższe i dalsze. Spotykamy się też w rodzinach uczestniczących w domowej edukacji, by wspólnie organizować dla naszych dzieci na przykład kilkudniowe „obozy językowe”. Wtedy wymyślamy szczególnie atrakcyjne formy nauki języka. Ostatnio byliśmy z synem we Wrocławiu na zaproszenie jednej z rodzin.
Z upływem czasu problemem stają się wyczerpujące się możliwości edukacyjne większości rodziców. Mało kto jest alfą i omegą, potrafi dać radę matematyce czy fizyce w wyższych klasach.
– W różny sposób to jest rozwiązywane. Bardziej zamożni rodzice wynajmują nauczycieli poszczególnych przedmiotów, inni ratują się w ramach wzajemnej fachowej pomocy albo korzystają z pomocy znajomych, którzy dobrze sobie radzą w pewnych dyscyplinach nauki. Możliwa jest nauka za pomocą internetowego komunikatora Skype – to spore dzisiaj ułatwienie. Nasz syn korzysta też z wykładów pewnego pana, fizyka pasjonata, które przez półtorej godziny odbywają się za pośrednictwem Internetu. Na razie do edukacji Grzesia nie dopłaciliśmy ani złotówki.


Hodujecie egoistów
Na forach internetowych rodzice, którzy zrezygnowali z usług szkoły publicznej, często poddawani są ostrej krytyce. Pisze się o bogaczach, którzy chcą izolować swoje dzieci od reszty świata, że hodują przyszłych egoistów albo indoktrynują zgodnie tylko z własnymi poglądami. Dzieci tych „bogaczy” mogą liczyć na współczucie; szczerze się ich żałuje, że latami przesiadują w domowych gettach, oddzielone od rówieśników. Główny zarzut uczonych przeciwników domowej edukacji brzmi: niedostatek socjalizacji, czyli deficyt umiejętności nabywania norm, wartości i zachowań obowiązujących w grupie.
– Nie zgadzam się z tymi zarzutami – odpowiada Paweł. – Zacznę od tego, że w edukacji domowej wielu rodziców trudno zaliczyć do „bogaczy”. Po drugie z naszych obserwacji wynika, że większość dzieci z domowej szkoły nie ma problemu z socjalizacją. Nasz syn, chodząc jeszcze do szkoły, był nieśmiałym chłopcem, dziś w nowym środowisku jest dzieckiem, które najprędzej integruje grupę. Ma stały kontakt z innymi dziećmi – jest w harcerstwie, jeździ na obozy, chodzi na naukę karate. Uważamy też, że jest bardziej samodzielny od innych w myśleniu i działaniu także dlatego, że nauka w domu nastawiona jest na samodzielność, inwencję, kreatywność. Szkoła publiczna często zabija pasję, równa w dół, dużo więcej uwagi poświęca mniej zdolnym, by mogli potem zaliczyć testy i egzaminy. Bo z tych wyników rozliczani są nauczyciele i dyrekcje szkół.

 

Tu nie Australia!
Iwona i Paweł chcą pozostać anonimowi, bo małe środowiska czasem źle reagują na wszelką odmienność. Trzymanie dziecka w domu zamiast posyłania do szkoły traktowane jest przez niektórych jako rodzaj dziwactwa czy – mówiąc elegancko – ekstrawagancji. Wszak w całej okolicy nie ma nikogo, kto postępowałby tak samo.
Trudno ustalić, ile dzieci z Tarnowa i okolic uczestniczy w domowej edukacji. Małopolskie Kuratorium Oświaty w Krakowie ma dane z całej Małopolski. Nie licząc „zerówki”, takich dzieci jest 327. Najwięcej w klasach początkowych – 146, najmniej na poziomie szkolnictwa ponadgimnazjalnego – 27.
– Liczba ta systematycznie rośnie – mówi Artur Pasek, zastępca dyrektora Wydziału Nadzoru Pedagogicznego w krakowskim kuratorium. – W ciągu ostatnich 3‑4 lat wzrosła kilkakrotnie, najwięcej na poziomie podstawówki. Osobiście uznaję tę formę edukacji, uważam, że może być przydatna przede wszystkim dla dzieci bardzo wrażliwych, indywidualistów czy w szczególny sposób utalentowanych. Tym niemniej jestem zdania, że tradycyjna szkoła to dobra szkoła życia, której „domowym” dzieciom może później brakować. Przypuszczam, że w przyszłości popularność edukacji domowej będzie jeszcze wzrastać.
Mimo wznoszących trendów Iwona i Paweł są ostrożni.
– Nie chcemy podawać nazwiska do gazety, narażać Grzesia na jakieś uwagi ze strony innych dzieci. Dobrze pamiętamy, że gdy wygrał ważne zawody szachowe i pokazywała go telewizja, część rówieśników przez pewien czas nie chciała się z nim bawić na podwórku. Już na tym poziomie potrafi odezwać się polskie piekiełko!
Czujność zachowała także anonimowa osoba z obecnego miejsca zamieszkania Iwony i Pawła, która doniosła do władz oświatowych, że ich synek nie chodzi do szkoły. Paweł został wezwany do dyrektora miejscowej placówki i musiał się tłumaczyć. Wyjaśnił, że dziecko odbywa naukę w ramach edukacji domowej, jest na to zezwolenie, a coroczne egzaminy zdaje w innej – wybranej przez nich – szkole. To ta placówka pobiera za Grzesia oświatową subwencję.
– Najbardziej jednak zaskoczyła nas reakcja jednej z pań pracujących w poradni psychologiczno‑pedagogicznej w pobliskim mieście. Bardzo się zdziwiła, że syn nie chodzi do zwykłej szkoły. Powiedziała z ironią: Och, myślałam, że takie rzeczy są możliwe, ale w Australii…

 

Ciocia kręci nosem
Jeszcze trudniej mieli państwo Izabela i Marek Budajczakowie z niewielkiej miejscowości w Wielkopolsce, uważani za pionierów edukacji domowej w Polsce. Pan Marek, pracownik naukowy poznańskiej uczelni, napisał pierwszy w kraju podręcznik dotyczący domowej edukacji.
– Kiedy z mężem zdecydowaliśmy się uczyć dzieci w domu, od razu popadliśmy w konflikt ze środowiskiem szkolnym, choć nie brakowało w nim także życzliwych nam ludzi – opowiada pani Izabela. – Hasła typu: „oddajcie szkole swoje dzieci” nie należały do rzadkości. Próbowano nas pouczać i wywierać presję. Mimo to staram się nie mówić o szkole źle, choć uważam, że coraz więcej rodziców będzie jej unikać ze względu na rosnące zagrożenia, zjawiska patologiczne. Dziś w całym kraju już około 2 tys. dzieci edukowanych jest w domach.
Pani Iza dodaje, że rodzicom bywa trudno również dlatego, że niekiedy poddawani są presji ze strony swojej rodziny.
– Na nasz edukacyjny pomysł kręciła nosem tylko moja ciocia, emerytowana dyrektorka przedszkola, ale go nie komentowała. Najczęściej chodzi o tę słynną socjalizację. Cóż, przeciwnicy edukacji domowej musieli wymyśleć jakiś argument. A chodzi o to, że są różne dzieci, różne charaktery i w różnym stopniu się one „socjalizują” bez względu na to, czy chodzą do szkoły, czy nie.
Iwona i Paweł w ciągu kilku lat edukowania syna przeżywali kryzysy i chwile zwątpienia.
– Trzeba mieć dużo czasu dla dziecka i uporu. Wskazane jest, by jedno z rodziców nie pracowało zawodowo lub wykonywało wolny zawód z nienormowanym czasem pracy, o ile nie stać kogoś na wynajęcie nauczycieli. Na pewnych etapach daje się we znaki zmęczenie, ale kiedy dostrzega się spore korzyści dla dziecka, przybywa sił i wiary.
Marysia, drugie dziecko Iwony i Pawła, wkrótce osiągnie szkolny wiek. Dziś wiele wskazuje na to, że i ona będzie mieć szkołę u mamy i taty.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments