Miłość w czasach zarazy

0
245
Ania i Wojtek w czasie pobytu w Rzymie | fot. z prywatnych zbiorów

To była wyśniona podróż, miało być romantycznie, a zaręczynowy pierścionek założony na serdeczny palec w Rzymie, w ruinach Koloseum. W szafie od kilku miesięcy wisi biała jak śnieg suknia, tydzień po wielkanocnych świętach miał być ślub i przyjęcie dla najbliższych. Ania i Wojtek pochodzą z Brzeska, zaraz po maturze wyjechali do pracy do Holandii, mają po 24 lata. Kochają podróże i książki. Po blisko pięciu latach zdecydowali się na małżeństwo. Szalejący po Europie koronawirus nie dość, że zniweczył ich plany, to jeszcze pozbawił pieniędzy i zmusił do rozłąki z rodziną i przyjaciółmi.

REKLAMA

– Oświadczyłem się Ani już rok temu, pierścionka nie kupiłem, bo nie było mnie stać. Zatrudniała nas agencja pośrednictwa pracy, sporą część zarobionych pieniędzy wydawaliśmy na czynsz, ubezpieczenie musieliśmy opłacać sami, zapłacić za dojazdy do pracy. Zostawało na życie, czasem pozwalaliśmy sobie na jakieś małe szaleństwo – wyjście do dyskoteki, czy kupno butów. Ania obcinała mi włosy, ja nauczyłem się, jak położyć jej farbę, fryzjer w Holandii za taką usługę każe sobie płacić ponad 100 euro. Dopiero kilka miesięcy temu stanęliśmy jako tako na nogi. Anka jako pierwsza zrezygnowała z pracy oferowanej przez agencję, doskonale zna angielski, więc było jej łatwiej. Pewnego dnia poszła na pocztę, w kolejce przed nią stał mężczyzna w średnim wieku, Holender, który pani w okienku mówił, że szuka kogoś do pracy. Ania natychmiast do niego podeszła i zapytała o szczegóły, okazało się, że jest to praca w drukarni, na pół etatu, zdecydowała się od razu – mówi Wojtek.

Polacy skazani na agencje pracy
Polacy w Holandii, jak mówi Ania, to temat na grubą książkę. Ci sprytniejsi pozakładali agencje i zrobili z tego sposób na dostatnie życie. Wynajmują tanie mieszkania i po dwukrotnie wyższej cenie oferują je rodakom. Podpisują umowy z różnymi zakładami pracy i firmami, do których kierują swoich pracowników, z tego też mają zysk.
– Od kiedy tu jesteśmy pracowaliśmy już w wielu miejscach – w hurtowniach, gdzie pakowaliśmy towary do paczek upominkowych, w szklarniach, zakładach zajmujących się produkcją serów, czy przygotowywaniem gotowych dań, które Holendrzy kupują w sklepach. Bywało, że przez kilka dni w ogóle nie mieliśmy pracy. Prowadzący agencje są bezwzględni, rezygnujesz z ich pomocy, to od razu wyrzucają z mieszkania. A tam znaleźć coś na własną rękę nie jest łatwo. Polacy, którzy przyjeżdżają do Holandii za chlebem, opuszczają ten kraj, kiedy okazuje się, że po opłaceniu rachunków zostaje im niewiele. Osobną sprawą jest to, jak się zachowują i pracują. Nie spotkałam jeszcze swojego krajana, który znałby jakiś obcy język, albo byłby zainteresowany nauką. Niemal każdy Holender zna angielski, mniej lub bardziej biegle, ale z każdym można się łatwo porozumieć. Polacy wolą jednak porozumiewać się na migi – śmieje się Ania. – W Holendrach zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia, są gościnni, życzliwi, zawsze się uśmiechają, żyją na luzie, niełatwo wyprowadzić ich z równowagi.

Rzymskie wakacje
O podróży do Rzymu marzyli od dawna, Wojtek w sekrecie odkładał niewielkie sumy, a kiedy miał już wystarczająco dużo, kupił bilety lotnicze i w samym centrum Wiecznego Miasta, niedaleko Koloseum wynajął pokój. Kupił też pierścionek, skromny, ale z drogim kamieniem. Bilety podarował Ani w styczniu na urodziny, wylot na pięciodniowy pobyt do Rzymu był 9 marca. – Długo wahaliśmy się, z Włoch dochodziły coraz bardziej dramatyczne informacje o coraz większej liczbie chorych, rodzice wręcz na klęczkach błagali, żebyśmy nie jechali. Jednak chęć zobaczenia miasta i przeżycia przygody były silniejsze niż obawy. Wyjechaliśmy. Zaręczyny zaplanowałem w murach Koloseum, zamówiłem w pobliskiej restauracji jedzenie i szampana. Z planów jednak nic nie wyszło, zaproponowano nam jedynie pizzę na wynos, a Koloseum mogliśmy zobaczyć tylko z zewnątrz. Pierścionek założyłem więc Ani w hotelowym pokoju, nawet nie miałem kwiatów, bo nie było gdzie kupić. Ale i tak było cudownie, Ania się popłakała, a pierścionek okazał się za duży, spadał jej nawet z najgrubszego palca – wspomina Wojtek.
Ania dopowiada, że Rzym zwiedzali w maseczkach, muzea i wystawy były już pozamykane, restauracje serwowały jedzenie na wynos, do sklepów wpuszczano po dwie, trzy osoby, a ekspedientki podawały towar zza szklanych szyb. Największe rzymskie zabytki mogli oglądać tylko z zewnątrz. – Tam było już niemal jak na wojnie, miasto było kompletnie wyludnione. Obsługujący hotel przynosili posiłki pod drzwi pokoju, praktycznie ich nie widzieliśmy, chociaż często dzwonili i pytali, czy dobrze się czujemy, czy nic nam nie dolega i co chwilę przynosili nam w dzbanku wrzątek i tabletki na grypę. Kilka razy dzwoniłem do biura podróży, ale nie byli w stanie powiedzieć, co się z nami stanie po przylocie do Rotterdamu.

Ślubu nie będzie
Przylecieli w nocy i już na lotnisku, gdzie musieli wypełnić dokumenty dotyczące podróży dowiedzieli się, że następnego dnia muszą iść do lekarza. W przychodni zostali zbadani i poddano ich testom na obecność koronawirusa, był negatywny. Nakazano powrót do domu, z którego nie wolno wychodzić, a gdy zabraknie im jedzenia lub wody, mają dzwonić. – Kwarantannę skończymy być może dopiero pod koniec miesiąca, ale to i tak skomplikowało nam plany na najbliższe tygodnie – mówi ze smutkiem Wojtek. – Na wielkanocne święta mieliśmy przylecieć do Polski, a tydzień później chcieliśmy wziąć ślub. Już wiadomo, że mowy o tym być nie może, wirus sparaliżował całą Europę i o wyjazdach nie ma co marzyć. Zamówiliśmy lokal, zaprosiliśmy rodzinę i najbliższych przyjaciół na przyjęcie, część pieniędzy już wpłaciliśmy, Ania kupiła suknię i garnitur dla mnie, wydaliśmy na to bardzo dużo, prawie wszystko, co mieliśmy. Ubrania kiedyś się przydadzą, ale szanse na odzyskanie pieniędzy za wynajem lokalu i przedpłaty na wesele są znikome. Zresztą nie to jest teraz najważniejsze, wszyscy nasi najbliżsi są w Polsce, mieszkają w okolicach Brzeska i Krakowa, boimy się o nich, bo tam już coraz więcej zarażonych i chorych, nie wiadomo, kiedy będziemy mogli się spotkać.
– Chociaż od dawna jestem miłośniczką książek Gabriela Garcii Marqueza, to „Miłość w czasach zarazy” przeczytałam dopiero teraz. Zawsze mi się wydawało, że to opowieść o perypetiach jakichś starych ludzi, więc po tę lekturę nie sięgnęłam. Odkryłam jednak cudowną powieść o miłości, która przetrwała wiele przeszkód. Mimo że coraz bardziej niepokoją mnie doniesienia o współczesnej „zarazie”, mam nadzieję, że tak będzie z nami, że my i nasze rodziny wyjdziemy z tych przygód silniejsi i jeszcze bardziej kochający – mówi Ania.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o