Misie i łosie, czyli o walentynkowej miłości

0
113
walentynki
REKLAMA

Mi‑sie kochamy
Autorem pierwszej kartki walentynkowej był podobno sam św. Walenty, który podczas pobytu w więzieniu miał zakochać się w córce strażnika i uczucie to wyznać jej dopiero po latach w liście. Tak mówi legenda. Za pierwszą historyczną „walentynkę” uchodzi natomiast wiersz miłosny z 1415 roku, który z więzienia w Tower wysłał książę Karol Orleański. Rękopis księcia do dziś przechowywany jest w British Museum.
Na dzisiejszych walentynkowych kartkach poezja nieco zeszła z piedestału i prezentuje się głwnie w rymowankach typu: „Cmok, cmok, cmok – to ja, Twój smok!”, „Ten skromny widoczek dla twych pięknych oczek” albo: „Każdy miś właśnie dziś szepnie Ci na uszko – kocham Cię, serduszko”. Misie – zwykle białe i w towarzystwie czerwonych serc – to walentynkowa klasyka.
Każdy autor walentynkowych kartek pała pragnieniem, by za wszelką cenę skomponować misia z miłosnym wyznaniem. Wychodzą z tego przeróżne dziwactwa, jak „MIŚlę o Tobie”, „MI‑SIE kochamy”, albo, co gorsza, „Jesteś moją misią‑pysią”. Na innej kartce biały miś siedzący na białej krze wzdycha do wielkiego czerwonego serca: „Ogrzej mnie, misiaczku!”… A że łatwo jest misie przerobić w „mysie”, na walentynkowych kartkach nie brak i myszy dźwigających np. dziurawe żółte serca z deklaracją „Mam SERce dla Ciebie! ”.

REKLAMA

 

Będzie słodko?
Za misiami i myszami idą krowy, które wpatrują się w siebie krowim wzrokiem, a na tęczy nad nimi pojawiają się złote myśli w rodzaju: „Kiedy widzę Twoje oczy, wtedy czuję stan uroczy.”, albo: „Każda krówka ma swą krówkę, każda mrówka ma swą mrówkę”. Ten sam – prawdopodobnie – twórca, widać zmęczony literą „ó”, na innej pocztówce każe krowie ryczeć: „Jesteś MUUUJ! ”.
Do popularnych walentynkowych zwierząt należą też… łosie. Głównie dla radosnego przełamywania zasad pisowni, bo obok nich na kartkach pojawiają się kwestie: „Łośłabiasz mnie! ” albo „Łośalałem dla Ciebie”. Łagodniejsze wersje to „MiŁOŚna kartka” albo „Z miŁOŚci do Ciebie”. Zakochani i łosie nie lubią ortografii.
Co można jeszcze zobaczyć wśród krwistoczerwonych serc? Gęsi w fartuszkach i krawatach, łączące się w pary, ślimaki mówiące, że źle być samotnym (każdy biolog wie, że ślimaki to stworzenia obojnacze!), różowe psy życzące słodkich snów, żaby z szeroko otwartymi oczami („Czy te oczy mogą kłamać? ” albo „Pocałuj i odczaruj! ”), albo straszliwie żółte pszczółki zapowiadające, że „Będzie słodko…”.
Z drugiej strony dzień św. Walentego nie był chyba nigdy okazją do popisywania się dobrym gustem czy poetyckim talentem. Zawsze ważniejsze były inne względy. Najdroższą kartkę walentynkową świata otrzymała słynna śpiewaczka Maria Callas od milionera Arystotelesa Onassisa. Była to karta ze szczerego złota, z sercem wysadzanym klejnotami, w dodatku opakowana w… futro z norek. Kosztowała ćwierć miliona dolarów. To dopiero poezja, prawda?


Łyżki i feromony
Tradycja walentynkowych prezentów pochodzi z kolei podobno od drewnianych łyżek rzeźbionych w serca, gołębie, klucze i księżyce, które wręczali sobie zakochani w dawnej Walii. Ale i tu odeszliśmy daleko. Dziś na topie listy upominków dla ukochanych znajduje się np. magiczny kubek ujawniający pod wpływem ciepła imię ukochanego (ukochanej), filiżanki w kształcie zazębiających się serc czy „miłosne kajdanki” ze złotym kluczykiem i w różowym pluszu. Na św. Walentego można też podarować patelnię do smażenia jajek w kształcie serca, seksowny (i poprawiający figurę) fartuszek kuchenny, „zestaw do malowania na ciele” (trzy kolory), „serduszko drewniane ręcznie malowane”, „megapakę” płatków róż, bukiet z ręczników (z motywem serca), balonowe serca lub walentynkowy lampion latający z dedykacją.
Jeśli komuś na osobistej dedykacji zależy, może też wybrać „prezent LED” – podświetlaną statuetkę z pleksi, z niezmywalną dedykacją. W załączonej ulotce producent zapewnia, że jest to rzecz „wyjątkowa, indywidualna i oryginalna”. Jak wygląda? Tak, wszyscy zgadli – to miś z sercem. Także wśród walentynkowych upominków misie są na topie: misie na poduszeczce, misie‑breloczki, „miś z sercem Swarowskiego” (naszyjnik), „mały miś” (piżama), „Oj ty misiu…” (bielizna), a także „zakochane misie”, świecące misie z sercem, misie z diodą zmieniające kolory.
Niemal równie popularne są czerwone i różowe serca z napisami w stylu „I love you”, „Bądź moją Walentynką” albo „Przytul mnie! ”. Dla tych, którzy nie chcą misiów ani poduszek, może być jeszcze coś w metalu („serce kute”, „dwa aniołki, obraz srebrny”) albo w płynie (konkretnie – „feromony damskie i męskie w płynie”). Są gadżety elektroniczne – jak „Steruj kobietą/facetem” – gadający pilot. Można też podarować kobiecie niepozorną z wyglądu roślinkę, na której liściu – w miarę jego wzrostu i rozwoju – pojawia się napis „I love you”. Albo latarkę, po zapaleniu wyświetlającą tego typu wyznanie na ścianie. Gdyby ktoś uważał takie metody za zbyt skromne, może zamówić internetowy filmik, w którym samoloty po niebie pełnym fajerwerków ciągną transparenty z imieniem ukochanej osoby.

 

Od Lubczy do Kazimierza
Choć często podkreśla się, że dzień św. Walentego to sprowadzony do Polski obyczaj anglosaski, w naszych stronach mamy własną, regionalną formę tego święta. W Lubczy (której nazwa od lubczyku, zioła sprowadzającego miłość, podobno pochodzi) co roku w lutym odbywa się odpust ku czci św. Walentego, patrona tutejszej parafii. Od kilku zaś lat gmina Ryglice, do której Lubcza należy, organizuje tu regionalne walentynki. Przy tej okazji serwowana jest m.in. zupa z lubczykiem, której należy podobno skosztować wraz z ukochaną (ukochanym), by zapewnić sobie trwałość uczucia. W Lubczy znane jest pieczywo z dodatkiem tego zioła, znakomite podobno na walentynkowy prezent.
Warto dodać, że tradycje w stylu dnia św. Walentego nie są kulturze polskiej całkiem obce. W przedwojennej Rzeczypospolitej na Kresach Wschodnich dniem zakochanych były tzw. „Kaziuki” – dzień św. Kazimierza, przypadający 4 marca. W tym dniu wyznawano sobie miłość, ofiarowując ukochanemu specjalnie upieczony piernik z romantyczną rymowanką – jakby walentynkowy prezent, smakołyk i kartkę z wyznaniem miłosnym w jednym.
Krótko mówiąc, walentynki to kolejna rzecz, którą robiliśmy od dawna lepiej niż Anglosasi – tylko że oni mieli lepszą reklamę! Gdybyśmy w autopromocji byli równie dobrzy, dzień św. Walentego byłby dziś dniem św. Kazimierza.

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments