Odchodzę z Kościoła

3
746
Odchodzę z Kościoła
REKLAMA

– Bunt narastał we mnie latami, nie był skierowany przeciwko Bogu, ale przeciwko słowom, które słyszałam z ust księży i innych wierzących. Przez kilkadziesiąt lat, w czasie których związana byłam z Kościołem spotkałam może kilku, którzy naprawdę mówili o miłości do bliźniego i idei tej całkowicie byli oddani. Od dziecka towarzyszyło mi nieustanne poczucie winy, że nie jestem zbyt dobra i zbyt pobożna, aby wziąć na swoje barki winę za to, że tysiące lat temu Jezus umarł za mnie na krzyżu. Księża, których słuchałam nawoływali do tego, abym wyrzekła się siebie, był to warunek konieczny, żeby móc kochać Boga. Dlatego muszę wystąpić z kościelnej wspólnoty, uznałam, że Kościół, a tym bardziej jego kapłani nie mają mi już nic do zaoferowania. Ja ze swojej strony zrobiłam wszystko co mogłam, aby utrzymać w sercu wiarę, kościelni hierarchowie zrobili wszystko, aby było na odwrót – wyznaje Marta.

Bałam się, że nie dostanę rozgrzeszenia
Rodzice Marty do spraw wiary i religii nie przywiązywali zbyt dużej wagi, chodzili do kościoła z okazji Bożego Narodzenia, Świąt Wielkanocnych, czy ważnych uroczystości rodzinnych. Bardzo religijna była babcia Marianna, mama jej ojca, to ona prowadzała ją do kościoła, uczyła modlitw i pieśni. – Jak byłam małym dzieckiem uwielbiałam chodzić do kościoła, oglądać wiszące w nim obrazy, wchłaniać zapachy. Panujący w nim półmrok sprawiał, że wszystko było w nim tajemnicze, a wyłaniająca się z niego rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa napawała mnie niepokojem. Uwielbiałam słuchać śpiewu chóru kościelnego i chociaż nie rozumiałam słów, to wprawiały mnie one w podniosły nastrój. Z całym swoim religijnym zapałem babcia Marianna zaczęła przygotowywać mnie do pierwszej komunii. W kółko powtarzałyśmy modlitwy, chodziła ze mną na nauki, to ona zaprowadziła mnie do pierwszej spowiedzi. Potwornie się bałam, najbardziej tego, że nie dostanę rozgrzeszenia. Wpojono mi, że to za mnie Jezus umarł na krzyżu, a ja nie jestem dobrym dzieckiem, bo w piątek po kryjomu zjadłam wafelki. Teraz wydaje mi się to śmieszne, chociaż wtedy napełniało mnie grozą i przerażeniem. Jak można kilkuletniej dziewczynce wmawiać, że ktoś kilka tysięcy lat temu poświęcił za nią życie i wymagać od niej, żeby z powodu grzechu pierworodnego miała poczucie winy? W moim przypadku udało się to znakomicie, nie dość, że palące uczucie winy towarzyszyło mi nieustannie, to jeszcze babcia stale przypominała mi, co mogę zrobić, aby przypodobać się Bogu. W każdy piątek zarządzała drakońską dietę, nawet jak chodziłam już do szkoły, mało co jadłam, pamiętam, że z głodu kręciło mi się w głowie. W czasie postów zabawki pochowane były przede mną, nawet nie wolno było mi ich szukać. Mogłam tylko czytać katechizm, modlić się i chodzić do kościoła – wspomina Marta.

REKLAMA

Nie czułam się dobrą katoliczką
Pod koniec podstawówki Marta zauważyła, że jej rówieśnicy zupełnie inaczej podchodzą do spraw religii. – Chodzili w niedziele do kościoła, ale nie przekładali wiary na inne aspekty swojego życia. U mnie wszystko podporządkowane było Bogu, uczyłam się dla niego, nigdy nie sprzeciwiałam się rodzicom także dla niego, byłam całkowicie podporządkowana zaleceniom babci i słowom, których słuchałam na kazaniach. Co miesiąc, w każdy pierwszy piątek miesiąca chodziłam do spowiedzi, teraz wiem, że grzechów nie miałam, ale wtedy potrafiłam nawet jakieś wymyślić, aby móc tę spowiedź uprawomocnić, nadać jej jakiś cel. Byłam wzorową uczennicą, dobrym dzieckiem, które spełniało co do joty wolę rodziców, wszyscy mnie chwalili za grzeczność i uczynność, pieniądze do skarbonki wrzucałam z myślą o tym, że oddam je na tacę. Mimo wszystko nie czułam, że jestem wystarczająco dobrą katoliczką.
Pierwsza rysa na religijnym monolicie pojawiła się, gdy Marta była w liceum. – Byłam pożeraczką książek, a wpływ bardzo zróżnicowanych lektur, także z zakresu filozofii sprawił, że w nauce Kościoła zaczęłam dostrzegać wiele niespójności. Zapoznałam się dokładnie z historią religijnych wojen, nie mogłam uwierzyć, że w imię Boże popełniono na świecie tyle krwawych zbrodni. Czy zatem Bóg był miłością, a może to jego słudzy niepoprawnie wykonywali jego nakazy? Czy można siłą i strachem zmusić kogoś do wiary? Wstrząsnęła mną kompletnie historia Watykanu, chciwość i rozpusta papieży, którzy jawnie utrzymywali kochanki i swoje dzieci, a po wojnie pomagali ukrywać się hitlerowskim zbrodniarzom. Dużo zastanawiałam się także nad cierpieniem Chrystusa, który został ukrzyżowany, aby odkupić grzechy ludzi. Śmierć, jaka została mu zadana, chłosta, przybijanie do krzyża były straszne. Ale czy przez to można umniejszać ból, rozpacz i cierpienie więźniów obozów koncentracyjnych? Małych dzieci, które zostały siłą oderwane od rodziców i zaprowadzone do komór gazowych? Czy oni wszyscy cierpieli mniej niż Syn Boży? Teraz, po latach przemyśleń wiem, że wiarę potraktowałam zbyt poważnie, zbyt dosłownie, a moja wrażliwość sprawiła, iż zbyt głęboko i boleśnie ją przeżywałam.

Ze wstrętem patrzyłam na swoich rówieśników
Już jako nastolatka Marta zauważyła, że Kościół ze wszech miar potępia ludzką cielesność. – Księża nie nauczają, że trzeba nieść pomoc ubogim, dzielić się chlebem i miłością, walczyć z problemem głodu na świecie, to wszystko jest nieważne. Najważniejszy jest grzech nieczystości, którego ludzie dopuszczają się współżyjąc seksualnie bez ślubu, zaprzepaszczają swoją osobowość używając środków antykoncepcyjnych. Najpierw babcia, potem księża wmawiali mi, że ciało to siedlisko zła, że nie można się nim cieszyć, a już tym bardziej nie powinno być źródłem przyjemności. Niestety, pod tym względem zostałam przez swoją wiarę okaleczona. W liceum z oburzeniem i niemal wstrętem patrzyłam na swoich rówieśników, którzy trzymali się za ręce albo całowali. Ciekawość swojego ciała wzbudził we mnie dopiero mój mąż, a pobraliśmy się dopiero po pięciu latach znajomości. Bardzo oburza mnie rola, jaką księża przypisują kobietom, te mają być bezwolnymi istotami rodzącymi dzieci i chodzącymi do kościoła. Pamiętam kazanie, w czasie którego ksiądz głosił, że psychologia jest wymysłem szatana. Jego zdaniem psychologia to zbytnie skupianie się na sobie, a co za tym idzie odwrócenie się od Boga. To kompletna bzdura, uważam, że tylko ktoś, kto jest ze sobą pogodzony i ułożony może z otwartą głową i sercem przyjmować boże nauki.

Boga spotykam na spacerze po lesie
Marta ma 49 lat i dwie dorosłe córki. – Są ochrzczone, przyjęły pierwszą komunię, potem w ich życie religijne w ogóle się nie wtrącałam. Starsza, gdy była już pełnoletnia, pod wpływem przyjaciółki przystąpiła do bierzmowania, ale swojego dziecka nie ochrzciła, uznała, że samo podejmie decyzję w tej sprawie. Młodsza córka jest antykościelna i antyklerykalna i jak opowiadam jej o swoich religijnych praktykach, nie może uwierzyć. Mimo że wszyscy jesteśmy teraz od Kościoła daleko, to na tematy z nim związane wiele rozmawiamy. Ale w związku z tym, co teraz się dzieje, trudno tę problematykę pominąć. W Kościele dzieje się teraz wiele złego i uważam, że jako instytucja chyli się on ku upadkowi. Bo czy zgodne z bożymi przykazaniami jest potępianie odmienności, na przykład seksualnych? Czy można zgodzić się ze szczuciem na uchodźców, albo uznać, że tęcza jest obrazą uczuć religijnych? Jak słabiutka musi być czyjaś wiara, skoro obraża go zawieszenie flagi na pomniku Chrystusa. Czy można przystać na obecną wśród księży pedofilię, na cierpienie ofiar, które w związku z doznanymi krzywdami nie mogą ułożyć sobie normalnego życia?
Marta już przygotowuje wniosek o apostazję. – Nie mogę dłużej być w zgromadzeniu, które jawnie łamie zapisy najważniejszej swojej księgi – Biblii. Ale od Boga nie odchodzę, znajduję go na spacerze w lesie, w czasie odwiedzania pięknych miejsc, spotkaniach z najbliższymi. Świątynia nie jest do tego potrzebna, tym bardziej, że w Księdze Wyjścia jest dokładnie zapisane, iż nie należy czynić żadnego obrazu ani rzeźby i oddawać im czci.

REKLAMA

3
Dodaj komentarz

1 Liczba komentarzy
2 Odpowiedzi
0 Obserwują
 
Komentarze z największą ilością reakcji
Najbardziej negatywny komentarz
3 Autorzy komentarzy
  Ustaw powiadomienia  
NAJNOWSZE NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Powiadom o
Mortda

Po pierwsze nie chodzi o to ze pójdziesz do piekła jak zjesz mięso czy wafelka w piątek tylko chodzi o to żeby wyrzec się jakiejś przyjemności jako dowód wyrzekania się siebie dla Pana. Jeśli zjesz to mięso to nie jest tj grzechem. Grzech pierworodny oznacza ze rodzisz jako człowiek który zna dobro i zło czyli nie jak człowiek w raju który tego nie znał a jako człowiek znający zło i dobro i mający refleksje(nie znaczy ze masz jakaś winę za która cię ukażą tylko za to ze się urodziłaś, ktoś ci złe to wytłumaczył). Wyrzekanie się siebie natomiast oznacza ze… Czytaj więcej »