
Odkąd zaczęła studiować medycynę, miała marzenie – chciała być dobrą lekarką i pomagać ludziom. Z biegiem lat zrodziło się pragnienie, by móc pomagać chorym w biedniejszych krajach. Beata Jaros ukończyła Śląską Akademię Medyczną na wydziale lekarskim. Zaraz po stażu wyjechała do USA, gdzie pracowała w dużej praktyce pediatrycznej, uczyła się języka angielskiego i przeszła gruntowny trening medyczny.
Po powrocie do Polski ukończyła specjalizację z pediatrii, pracowała w oddziale dziecięcym, gdzie dyżurowała oraz prowadziła indywidualną praktykę. W 2023 roku została zaproszona do odwiedzin misji w Buhembie-Tanzani. Misjonarze prowadzili tam dużą szkołę, w której sporządzała indywidualne karty medyczne dla każdego ucznia. Nikt wcześniej nie robił dzieciom badań bilansowych, nie było wiadomo, czy któreś z nich ma jakieś odchylenia od normy, czyli jakieś wady, na przykład serca. Jest to ważne dla bezpieczeństwa dzieci, aby personel wiedział, czy któreś z nich wymaga szczególnej opieki. Po ukończeniu wizyty w Buhembie zaczęła jeździć na kolejne misje do Tanzanii, zajmowała się dziećmi chorymi, które wymagały pomocy medycznej.
Sposób leczenia trzeba dopasować do stylu życia…
– Kolejnym miejscem była Tanga, gdzie znajduje się misja księży SMA, którzy prowadzą dom dla albinosów, następnie wyjechałam do masajskiej Bomy koło Lesoit, gdzie mieszka Polka – Renata Madziara, która wyznaczyła miejsce do leczenia ludzi z okolicznych wsi, zorganizowała tłumacza i pomagała w przyjmowaniu chorych. W grudniu 2024 roku przebywałam na misji rządowej Africa Help w Oltotoi-Tanzania. Dotychczas dwa razy byłam na misji Malambo w dystrykcie Ngorongoro, prowadzonej przez księży SMA. Jest to misja, na której terenie znajduje się wiele wiosek masajskich rozmieszczonych w górach i nad jeziorem Natron. Lecząc dzieci w wioskach masajskich musiałam poznać ich kulturę i zwyczaje, aby umieć właściwie dostosować sposób leczenia do ich stylu życia. To misjonarze wyznaczają miejsce, wspólnotę i czas, gdzie budujemy naszą „klinikę pod drzewem” i rozpoczynamy pracę. Opieka medyczna w Tanzanii jest płatna, ludzi często nie stać, aby jechać do lekarza, tym bardziej, że trzeba pokonać duże odległości i jest wielka trudność z dojazdem – nie ma autobusów, a szutrowe drogi są trudno przejezdne. Wyjazdy ma misje sama finansuję, praca ma charakter charytatywny – mówi doktor Beata Jaros.
Opieka medyczna to luksus
– Masajskie mamy, które przychodzą z chorym dzieckiem, nie mierzą czasu, bo nie mają zegarków. Zapytane, ile mają lat, nie znają swojego wieku, czasami się zdarza, że nie wiedzą dokładnie, ile lat ma ich dziecko. Nie umieją czytać i pisać, dlatego tłumacząc sposób dawkowania leków używam języka opisowego, dostosowując pory dawania leków do wykonywanych przez nich czynności w ciągu dnia, np. przyrządzania porannej herbaty lub wieczornego posiłku. Sporo trudności nastręcza także to, że nie mają chłodnego miejsca do przechowywania leków, piją bardzo mało wody, co w sytuacjach gorączki lub biegunki stanowi dodatkowe zagrożenie. Chłopcy i dziewczęta w wieku około 10 lat nie śpią już w rodzinnych domach, dlatego rodzicom muszę tłumaczyć, żeby w czasie choroby zatrzymali dzieci w domu. Dzieci są bardzo radosne, czyste, a matki cierpliwe i spokojne, czasami cały dzień czekają w kolejce na przyjęcie przez lekarza, bez pretensji i narzekania. Kobiety wyglądają bardzo dostojnie i kolorowo, przyozdobione plemienną biżuterią, są troskliwymi matkami, wdzięcznymi za okazaną pomoc. Zdarzało się, że niektóre z nich ofiarowały mi coś ze swojej biżuterii. Wspaniałym doświadczeniem dla lekarza jest to, że pacjenci są ufni, wierzą, że medyk chce im pomóc. Obecnie w Europie pacjenci idący do lekarza posiadają wiedzę internetową o swoich dolegliwościach, często mają gotową diagnozę i sposób leczenia. Lekarz musi ich przekonać do swojego punktu widzenia, który wynika z wiedzy i doświadczenia medycznego. Podziwiam Masajów za to, w jaki sposób umieją sobie pomagać. Jeśli ktoś z rodziny jest chory, wszyscy się zbierają, sprzedają zwierzę, a z uzyskanych pieniędzy opłacają szpital i lekarstwa – opowiada Beata Jaros.
Tragiczne losy albinosów
Wśród ciemnoskórych Tanzańczyków jedno na około półtora tysiąca dzieci (wielokrotnie więcej niż wynosi średnia światowa) przychodzi na świat z bielactwem. Nie jest wiadomo, dlaczego tak się dzieje.
– W związku z innością ich wyglądu, który jest trudny do zaakceptowania w rodzinach, dzieci te często są wyrzucane z domów. Największym dla nich zagrożeniem jest niebezpieczeństwo śmierci, ponieważ od wielu lat istnieje wierzenie – propagowane przez szamanów – że posiadanie spreparowanych części ciała albinosa przynosi szczęście i powodzenie. Wierzenia te silne są do dzisiaj. Każdego roku zdarzają się śmierci albinosów z tego powodu. Aby temu zapobiegać rząd Tanzanii buduje dla nich schroniska, jednak panują w nich złe warunki ze względu na przepełnienie. Wychodząc naprzeciw potrzebom tych dzieci, misjonarze SMA wraz z fundacją Martyny Wojciechowskiej zbudowali dom dla albinosów – Tanga. Prowadzą go księża misjonarze SMA i siostry Loretanki, wspólnotę prowadzi ksiądz Janusz Machota z Maszkienic. Dzieci tam mieszkają, uczą się, są odwożone do szkoły, w miejscu tym są przygotowywane do przyszłego, dorosłego życia, uczą się zawodu – relacjonuje lekarka.
Dwa miesiące w ciemnym domu
Większość Masajów ma mało urozmaiconą dietę, rano piją herbatę z mlekiem, w czasie lanczu jedzą mączkę kukurydzianą ugotowaną na gęsto z wodą – ugali, do tego piją mleko, wieczorem ponownie ugali z sosem pomidorowym albo ze szpinakiem, rzadziej ryż, spożywają mało mięsa i owoców. Są jednak okresy, że nie mają pieniędzy na jedzenie, dlatego porcje są bardzo małe albo ludzie chodzą głodni.
Kobiety w ciąży mają podobną dietę, pracują fizycznie prowadząc gospodarstwo, opiekują się dziećmi, są odpowiedzialne za przyniesienie wody dla zwierząt i opału. Często występuje wśród nich anemia, więc są bardzo osłabione.
– Dzieci rodzą się w domach przy pomocy matron – położnych lub w szpitalach, gdzie płacą za pobyt i leki, ale jedzenie musi przynieść rodzina. Śmiertelność wśród noworodków jest wysoka, nierzadko zdarzają się urazy okołoporodowe, w wyniku których dzieci cierpią na mózgowe porażenie dziecięce. Zwyczajowo przekłada się to na czas nadawania dzieciom imion, w zależności od płci nadają je babcia lub dziadek dopiero po skończonym trzecim miesiącu życia. Trudne warunki mieszkaniowe, brak wietrzenia, dym z paleniska prowadzą do częstych infekcji uszu, oczu, zatok, układu oddechowego. Brak kulinarnego urozmaicenia wywołuje anemię i powikłania z nią związane. W związku z pracą przy bydle dochodzi do częstych zadrapań, ran, uszkodzeń skóry, które nieleczone powodują komplikacje. Masajskie maluchy nie znają smoczków ani butelek do mleka. Jeżeli potrzebują dokarmienia, rodzice znajdują mamkę albo karmią je mlekiem krowim z tykwy.
Kolejnym zwyczajem plemiennym jest przebywanie matki po porodzie z dzieckiem przez dwa miesiące w ciemnym domu. Tamtejsze domy zbudowane są z mieszanki patyków, gliny i zwierzęcych odchodów, nie mają okien, na środku znajduje się palenisko, gdzie gotuje się posiłki, powietrze jest duszne i gorące. Po porodzie każda mama karmi piersią przez rok, po tym czasie często jest już w ciąży z kolejnym dzieckiem. Wśród masajskiej wspólnoty kobiety są kupowane jako żony – mężczyzna płaci krowami. Mężczyzna to głowa rodziny, troszczy się o kobietę, jest odpowiedzialny za zdobycie jedzenia, ubrania i zapewnienie bezpieczeństwa. Kobieta rodzi, przynosi wodę dla zwierząt i opał. Dawniej wśród Masajów panowało wielożeństwo, teraz zdarza się to coraz rzadziej – mówi Beata Jaros.
Czekają, aż choroba sama się wyleczy
Charakterystyczne dla wspólnoty jest to, że mężczyźni przebywają z mężczyznami, kobiety z kobietami, wzajemnie sobie pomagają. Znane są też masajskie celebracje uroczystości, podczas których w swoich pięknych strojach jedzą, tańczą i rozmawiają. Są przykładem siły, radości i poczucia bezpieczeństwa, jakie daje wspólnota. Wielkim bogactwem i celem wspólnoty jest hodowla krów, to zabezpieczenie ich bytu i kontynuowanie tradycji. Dawniej Masajowie nie osiedlali się w stałych miejscach, wraz ze swoimi stadami krów wędrowali tam, gdzie był możliwy ich wypas. Obecnie, ze względu na powstające parki narodowe, zostali zmuszeni do osiedlania się w jednym miejscu. Jest to dla nich nowa rzeczywistość, muszą się uczyć nowych umiejętności.
– Ciekawym przeświadczeniem ludzi, gdy zaczynają być chorzy jest to, że czekają, aż choroba czy uraz same się uleczą. Wiemy, że nigdy do tego nie dochodzi i z długim wywiadem chorobowym zgłaszają się do lekarza albo miejscowego znachora. Tłumaczą ich trudności z warunkami życia, brakiem pieniędzy i edukacji, wielu Masajów nie umie czytać ani pisać.
Brak szczepień ochronnych
– Obecnie, mimo obowiązku chodzenia do szkoły, wiele dzieci nadal pracuje przy bydle, rodziców nie stać na zakup koniecznego mundurka szkolnego. W związku z klimatem, czyli występowaniem pór suchych i deszczowych, dochodzi do licznego wyroju komarów, które przenoszą malarię, a brak dostępności do świeżej wody i jej zanieczyszczenia powodują rozmaite choroby pasożytnicze. Powodem śmiertelności wśród dzieci i ludzi dorosłych jest brak szczepień ochronnych, co powoduje powstawanie powikłań po urazach, na przykład tężec. Można też zobaczyć choroby u nas już niewystępujące, na przykład odrę – mówi pani doktor.
– Uczę się rozumienia ludzi żyjących w innej kulturze, imponuje mi czerpanie radości życia z relacji międzyludzkich, wzajemnej pomocy i równowagi życia duchowego z naturą – puentuje pediatra Beata Jaros z Brzeska.
![W Sanktuarium na Burku rozpoczął się tygodniowy odpust [ZDJĘCIA] Odpust Burek Sanktuarium 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Odpust-Burek-Sanktuarium-2026-4-218x150.jpg)


![Rozbudowują ul. Błotną w Tarnowie [ZDJĘCIA] ul. Błotna](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Modernizacja-ul.-Blotna-5-218x150.jpg)
![Mur oporowy linii kolejowej Tarnów–Leluchów zamieni się w turystyczną atrakcję [ZDJĘCIA] Żegiestów budowa promenady i plaży](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/07/Zegiestow-budowa-promenady-i-plazy-2-218x150.jpg)












