Podróż pociągiem w dobie pandemii

0
265
Podróż pociągiem w dobie pandemii
REKLAMA

Podobno w tych trudnych czasach nie należy podróżować. Zgadzam się – na pewno nie należy podróżować z przewoźnikami państwowymi. W Polsce i po Polsce.

Pociąg widmo
Czasem jednak trzeba. Ja akurat potrzebowałam przejechać z Tarnowa do Gdańska, najlepiej połączeniem nocnym. I niekoniecznie „pędoliną” (wg określenia Artura Andrusa), bo to kosztowałoby blisko połowę mojej renty.
Autobusy z Krakowa do Gdańska jadą średnio 13‒14 godzin, uznałam więc, że pociąg będzie lepszą opcją. Myliłam się.
Po pierwsze, od razu okazało się, że nie mam żadnego wyboru, bo połączenia międzyregionalne obsługuje w Polsce tylko Intercity. Firma państwowa, która powinna być zatem lepsza od innych przewoźników, a jest tylko znacznie droższa. Jak to monopolista. Ale trudno.
W rozkładzie na stronach Intercity znalazłam nocny pociąg TLK, jadący co prawda ponad 12 godzin, ale bezpośredni. Kupiłam bilet za niecałe sto złotych, dostałam do niego dwie miejscówki na dwa różne miejsca. Trochę zdziwiona, zadzwoniłam na infolinię Intercity, by rzecz wyjaśnić. Infolinia jest ekstra płatna, poza normalną pulą połączeń w abonamencie, i zaraz na początku przez kilka minut wysłuchuje się informacji, że infolinia jest ekstra płatna. Potem się czeka. Wszystko przetrzymałam. Pani konsultantka, z którą wreszcie uzyskałam połączenie, dość długo sprawdzała mój pociąg, by wyjaśnić mi w końcu, że… nie ma takiego pociągu (!). Według jej informacji (pracownicy infolinii Intercity) nie ma bezpośredniego pociągu z Tarnowa do Gdańska. Radziła mi udać się Kolejami Małopolskimi do Krakowa i tam przesiąść się na pociąg Intercity do Gdańska. Pani nie umiała wyjaśnić, dlaczego strona Intercity sprzedaje bilety na bezpośredni pociąg TLK Tarnów- Gdańsk. I tyle.
Mimo to z biletem udałam się na dworzec. Na peronie stał pociąg Intercity z wagonami do Gdyni. Przypadkiem spotkana na peronie drużyna konduktorska z całkiem innego pociągu wyjaśniła mi, że skład rozdziela się w Krakowie, ale wagony do Gdyni idą z inną lokomotywą do Gdyni właśnie, zatem – wbrew informacjom pani z infolinii – bezpośrednie połączenie z Tarnowa do Gdyni jednak istnieje. Moje podwójne miejscówki to połączenie do Krakowa i z Krakowa. Ok, wsiadłam.

REKLAMA

Indie 1990, Polska 2020
Do Krakowa było względnie normalnie. Pociąg prowadził w II klasie wyłącznie pulmanowskie wagony z ośmioosobowymi przedziałami. W sytuacji epidemii teoretycznie powinno w każdym jechać do czterech osób. Było więcej, ale były też puste przedziały, więc pasażerowie samodzielnie się rozproszyli. W Krakowie jednak wsiedli nowi pasażerowie, i wtedy okazało się, że na wiele przedziałów przypada nie tylko więcej pasażerów, niż wskazują wymogi bezpiecznego dystansu, ale także więcej, niż się w ogóle mieści. Niektóre miejscówki sprzedano bowiem podwójnie (!).
W moim przedziale (wg miejscówki „od Krakowa”) było takich podwójnie sprzedanych miejsc co najmniej dwa. A ponieważ w Krakowie wsiadła grupa rodzinna natarczywie domagająca się „swoich miejsc”, kupionych ponad miesiąc wcześniej, dla świętego spokoju ja i jakiś młody człowiek opuściliśmy przedział. Uznałam, że miejscówki Intercity sprzedaje tylko po to, by zwiększyć sobie dochody, bo gdyby ich nie sprzedawała, bałagan byłby mniejszy, a pretensji też mniej. Sporu o miejsca nie było komu rozstrzygnąć, bo drużyna konduktorska, sprawdziwszy bilety tuż za Krakowem, skutecznie zniknęła. Prawdopodobnie zabarykadowała się przy ostatniej czynnej toalecie.
Toalety i stan sanitarny pociągu to osobna epopeja. Jeszcze przed Krakowem – więc na początku kilkunastogodzinnej trasy – okazało się, że najbliższe toalety są zatkane i… przepełnione. Dosłownie mówiąc, nieczystości przelewały się przez brzeg toalety na podłogę. Ostatnio widziałam taką toaletę trzydzieści lat temu podczas podróży przez Indie, na dworcu w Gorakhpurze. W pociągu Intercity, rok 2020, był ich wybór. Najbliższą niezatkaną udało mi się znaleźć trzy wagony dalej, zwiedziwszy kilka po drodze – wszystkie z uczuciem indyjskiego deja vu.
Dla równowagi, w toaletach nie było żadnych środków dezynfekujących, mydła ani żeli do rąk. Zwykle nie było też wody. Przewoźnika państwowego chyba nikt pod tym względem nie kontroluje – podobnie jak w kwestii przepełnienia przedziałów.

Zdejm maseczkę, siostro!
Zwiedzając toalety, szukałam też miejsca do siedzenia, jako że moja (wykupiona) miejscówka okazała się fikcyjna. Szczęśliwie przygarnięto mnie w przedziale, którym podróżowała grupa Ukraińców, jadących do pracy w Warszawie, i Polak jadący do pracy w Szwecji. Ukraińcy byli wzorowymi pasażerami – wszyscy mieli maseczki, żele do rąk, rozmawiali przyciszonymi głosami, byli uprzejmi i chętnie ścieśnili się, by zrobić mi miejsce. Jeśli z Ukrainy przyjeżdża do nas więcej tego typu ludzi, to mogą tylko poprawić wizerunek polskiego społeczeństwa. Polak pracujący w Szwecji twierdził, że koronawirus nie istnieje, ale miał maseczkę na przegubie, a większość drogi spał, więc nie było problemu.
Grupa Ukraińców była opatrznościowa i z tego względu, że obecność trzech mocno zbudowanych mężczyzn w przedziale skutecznie zniechęcała innych do zaczepek. Parę przedziałów dalej jechała bowiem bardzo „wesoła” grupa Polaków, którzy przeciskających się wąskim korytarzem pasażerów usilnie namawiali do natychmiastowego zdjęcia maseczek, bo „koronawirus to ściema”. Niektórym pasażerom i pasażerkom (młodym dziewczętom) weseli panowie próbowali nawet od razu maseczki ściągać. Obsługi pociągu przy tym, oczywiście, nie było, nikt nie interweniował, dziewczyny musiały bronić się same. Na szczęście polskie dziewczęta to nie mimozy, jedna z nich zdrowo panom z „wesołego” przedziału nawrzucała. W języku, który na pewno zrozumieli. Niektórzy pasażerowie dla „świętego spokoju” zdjęli jednak maseczki.
Mimo tego typu atrakcji do Gdańska jednak dojechałam. I nawet w przewidzianym terminie, choć biorąc pod uwagę planowy czas przejazdu pociągu (pół doby), nie był to ze strony przewoźnika wielki wyczyn. Mogę mieć tylko nadzieję, że podczas podróży niczym się nie zaraziłam. Niekoniecznie nawet koronawirusem, bo biorąc pod uwagę stan tego polskiego (państwowego) pociągu, mogły tam być wszystkie mikroby świata. Na przykład tyfus.
Nie jest to podróż, którą chętnie wspominam. Ale zapamiętam ją – i postanowiłam opisać – bo jest to doświadczenie, które pokazuje, jak Polska naprawdę wygląda. Z bliska i odczuwalnie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o