Skazana na długi ojca

0
69
Gdybym nawet płaciła po tysiąc złotych na miesiąc, to długi po ojcu pospłacam za około 20 lat. To jest jakiś absurd, moje życie nie należy do mnie i mam spłacać długi człowieka, od którego zaznałam jedynie cierpienia – mówi Justyna, która praktycznie nie ma za co żyć

– Ojciec nigdy nie przejmował się rodziną, co zarobił, przepijał, a w domu zawsze były bieda, wyzwiska i bicie. Czy to sprawiedliwe, że za takiego człowieka skazana jestem na tułaczkę i oddawanie pieniędzy, z których nigdy nie korzystałam? – pyta młoda kobieta ze łzami w oczach.
Wychowywała się razem ze starszą o sześć lat siostrą Iwoną, matka pracowała jako salowa w szpitalu i tylko dzięki jej staraniom miały co jeść i w co się ubrać.
– Mama była spokojną i dobrą kobietą, nawet jak ojciec lał nas wszystkie trzy, to broniła go, a nas podtrzymywała na duchu. Ale była słaba, nie potrafiła przeciwstawić się tacie, zawsze po cichu godziła się ze złym losem, nie umiała nas obronić. Kochałam ją ponad wszystko, tylko ona dawała nam trochę ciepła – płacze Justyna.
Miała dziewięć lat, gdy mama zmarła na raka piersi, a sąd postanowił o odebraniu ojcu praw rodzicielskich. Nie było nikogo, kto mógłby się zająć dwoma sierotami, razem z siostrą trafiły do domu dziecka w środkowej Polsce.
– Ojciec przyjechał do nas kilka razy zaraz potem, jak trafiłyśmy do domu dziecka. Potem dowiedziałyśmy się, że związał się z jakąś kobietą, więcej nas już nie odwiedził. Ale bardzo nie tęskniłyśmy, siostra mówiła nawet, że teraz mamy lepiej, bo nikt nas nie bije – wspomina Justyna. Iwona skończyła zawodówkę, kiedy wyszła z bidula, podjęła pracę, szybko wyszła za mąż, urodziła dziecko.
– Tak bardzo się cieszyłam, Iwona zabierała mnie do siebie na weekendy, czułam, że mam wreszcie rodzinę. Ale nie trwało to długo, siostra miała niecałe 23 lata, gdy została skierowana na badania okresowe przez zakład pracy, okazało się, że ma raka piersi. Umarła kilka miesięcy później – opowiada Justyna.Po śmierci siostry nie miała na nic siły, przestała się uczyć, wagarowała, zaczęła palić i brać narkotyki. Po kilku ucieczkach z bidula sąd umieścił ją w poprawczaku. To właśnie tam świętowała swoje wejście w dorosłość, kilka dni później zjawił się u niej jakiś mężczyzna, który poinformował, że umarł jej ojciec i zapytał, czy chce przejąć po nim spadek.– Słowo spadek zawsze dobrze się kojarzy, myślałam, że dostanę jakieś pieniądze albo inne cenne rzeczy po zmarłym. Tymczasem dwa miesiące później otrzymałam pękatą kopertę, w której była lista wszystkich kredytów, jakie mój ojciec zaciągnął w ostatnich latach. Wtedy się jeszcze nie denerwowałam, bo nie wiedziałam, co to znaczy – wspomina kobieta.
Wróciła do domu dziecka, była tuż przed maturą, kiedy po raz pierwszy przyszedł do niej komornik, obecna przy rozmowie dyrektorka placówki wyjaśniła mu, że dziewczyna nie ma nic swojego i nie pracuje. Kiedy zdała egzamin dojrzałości, zdecydowała, że chce iść do pracy, usamodzielnić się. Zamieszkała z rodziną męża zmarłej siostry, zrobiła kursy w pośredniaku i zatrudniła się w sklepie.
– To była harówa, przenoszenie i układanie towaru na półkach, odpoczynkiem była obsługa kasy. Już planowałam, co kupię za pierwszą wypłatę – mówi Justyna. Nie kupiła nic, bo komornik zajął to, co zarobiła. – Przyszedł także do ludzi, którzy przyjęli mnie pod swój dach, i próbował zabierać ich rzeczy, byli wzywani w mojej sprawie do sądu.
Poszła do pracodawcy i powiedziała, że chce pracować bez umowy, a pieniądze brać do ręki. Odmówiono jej, więc się zwolniła. Zatrudniono ją w małym osiedlowym sklepiku, jej żądania nowemu pracodawcy były na rękę. Konto było puste, komornik nachodził ją jeszcze parę razy, ale udawała, że nie pracuje i nie ma zamiaru. Dwa lata temu wróciła do Dąbrowy Tarnowskiej, zamieszkała u babci.
– Wtedy pojawił się kolejny wierzyciel ojca, mówił, że ma podpisaną umowę, pożyczył mu 40 tysięcy złotych. Straszył, że jak mu nie zapłacę, odda sprawę do sądu.
Z narzeczonym Kubą wyjechali do Anglii, ale i tam nie zaznała spokoju.
– Komornik szybko mnie znalazł, dostawałam pisma, że nie wywiązuję się z obowiązku spłaty należności, straszył odpowiedzialnością i przestrzegał przed rosnącymi odsetkami – mówi. Szybko wypłaciła z banku wszystko, co miała, i wróciła do babci. Poszła do komornika, aby zapytać, ile ma tych długów i w jaki sposób może rozłożyć należności na raty.
– Okazało się, że gdybym nawet płaciła po tysiąc złotych na miesiąc, to długi po ojcu pospłacam dopiero za około 20 lat, bo odsetki od nich są bardzo wysokie. To jest jakiś absurd, moje życie nie należy do mnie, a ja przez kilkadziesiąt lat mam spłacać długi człowieka, od którego zaznałam jedynie cierpienia.
Justyna zastanawia się, czy nie wytoczyć procesu dyrektorowi placówki wychowawczej, w której przebywała, gdy podpisywała dokumenty związane z tragicznym w skutkach spadkiem po ojcu.
– Byłam wtedy pod jego opieką, to on decydował o mnie, wiedział, że przyjechał do mnie prawnik z dokumentami. Uważam, że jego obowiązkiem było zapoznać się z nimi i przestrzec mnie przed konsekwencjami przejęcia spadku. Swoich obowiązków nie dopełnił także prawnik, który dawał mi dokumenty do podpisu, słowem nie wspomniał o tym, co mi grozi, gdy to zrobię. Miałam wtedy 18 lat i nie miałam pojęcia o skutkach prawnych. Ale dla biurokratycznej machiny nie liczy się człowiek, dla urzędników ważne jest tylko to, że znaleźli kogoś, kto będzie płacił – mówi z żalem Justyna.
Jej znajomi robią zrzutkę na dobrego prawnika, jeszcze mają nadzieję, że sprawę uda się odkręcić. Młoda kobieta także wierzy, że sprawiedliwości stanie się zadość.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o