Trudne powroty do kraju

7
668
Panorama londynu. Widok z London eye
Panorama Londynu. Widok z London eye

13 marca, w piątek, rząd ogłosił zamknięcie granic Polski dla ruchu lądowego i szynowego z powodu koronawirusa SARS-CoV-2. Wielu Polaków przebywających w tym czasie poza granicami kraju, ta wiadomość zaskoczyła. Dostali mniej niż 48 godzin na decyzję i organizację ewentualnego powrotu do Polski. 15 marca z londyńskiego lotniska Heathrow wystartował pierwszy lot w ramach akcji „Lot do domu″. Tego samego dnia odleciały w kierunku Polski samoloty z Lizbony i Malty.

REKLAMA

Polski rząd nie ostrzegł swoich obywateli w odróżnieniu od rządów Niemiec, Austrii czy Finlandii o możliwym zamknięciu granic. Do Polaków przebywających w innych strefach czasowych informacja dotarła dopiero w sobotę rano czasu polskiego. Zakup biletu do Europy graniczył z cudem, a ceny dla wielu okazały się zaporowe.

Na wyspach Brytyjskich oraz w Irlandii zapanowała panika. Dotyczyła ona również osób, które w tym czasie przebywały w Polsce, ale które miały w planach powrót na Wyspy w najbliższym czasie. Praca, rodzina, zobowiązania pozostawione w innym kraju, bez możliwości szybkiego powrotu, stały się problemem i powodem do stresów.

LotniSKO belfast International11
LotniSKO belfast International

W dni poprzedzające ogłoszenie rządowego programu ″Lot do domu″ na FB powstały grupy, gdzie ludzie w panice sprzedawali, wymieniali bilety lotnicze. Na stronach przewoźników ceny poszybowały w górę, a i tak ciężko było znaleźć połączenia z Polską. W kolejnych dniach ruszyła operacja ″Lot do domu″. Trwała od 15 marca do 5 kwietnia, było to największe przedsięwzięcie firmy LOT, a dla rządu Polski największa akcja repatriacyjna od czasów II wojny światowej. Ostatecznie podczas 388 rejsów, do których użyto 44 samoloty, z całego świata powróciło 54 tysiące Polaków. Z samego Londynu w ramach akcji wróciło 21 tysięcy pasażerów, ponad 3 tysiące z Dublina, podobnie z Chicago.

Przed czym uciekali Polacy

Polacy z Anglii decydowali się na powrót do Polski motywowani strachem o życie i zdrowie. W większości przypadków były to bardziej dramatyczne ucieczki niż przemyślane decyzje. Uciekali przed niehumanitarną strategią brytyjskiego rządu, który mimo panującej już w całej Europie pandemii, dramatycznej sytuacji we Włoszech i Hiszpanii, nie robił nic, aby zminimalizować ryzyko. Strategia była zupełnie odmienna, postanowiono na wypracowanie w społeczeństwie tak zwanej ″odporności stadnej″, której celem jest zarażenie i tym samym nabycie odporności przez jak największą liczbę osób. Według brytyjskich ekspertów była to najlepsza strategia (patrząc perspektywicznie) na walkę i ostateczne wyeliminowanie wirusa. Z góry założono dużą liczbę ofiar i padły nawet słowa o możliwej utracie z powodu wirusa osób najbliższych.

Polacy uciekali również przed angielskim systemem opieki zdrowotnej, który nawet w porównaniu do polskiego jest katastroficzny. Zarówno lekarze pierwszego kontaktu, jak i brytyjskie szpitale to nie są miejsca, gdzie można z zaufaniem pójść i liczyć na ratunek. System jest przestarzały, brakuje specjalistów, często nawet w normalnych warunkach nie są przestrzegane podstawowe zasady higieny. Brak kompetencji, empatii i indywidualnego podejścia do pacjenta. Lekarze pierwszego kontaktu szukają chorób przy pacjencie w internecie, a cała wizyta wraz z diagnozą w większości przypadków kończy się zapisaniem paracetamolu i zaleceniem wypoczynku. Od dawna wiadomo, że Anglia to nie jest kraj dla chorych ludzi. Anglia to kraj dla zdolnych do pracy, wydajnych trybików w pędzącej maszynie. Istnieją nawet teorie, że strategia brytyjskiego rządu była podszyta chęcią wyeliminowania ze społeczeństwa ludzi starszych, schorowanych, stanowiących obciążenie dla systemu.

Faktem jest, że większość naszych rodaków leczy się w kraju, korzystając z prywatnych gabinetów i specjalistów. Często pobyt w Polsce to maraton przez przychodnie lekarskie, punkty analityczne i gabinety dentystyczne. Zabawne, że takie rajdy nazywane są szumnie urlopem, choć podobny jest tylko ich koszt równy wczasom w przyzwoitym hotelu w tropikach. Prywatna służba zdrowia jest bardzo droga, ale mając niewiele czasu, często też nie posiadając ubezpieczenia, ciężko zarobione waluty idą do kieszeni polskich lekarzy. Zresztą Polacy ogólnie lubią wydawać pieniądze we własnym kraju i w nie małym stopniu wspierają w ten sposób rozwój polskiej gospodarki.   

Nie żałują decyzji

Od Anglików rożni nas również mentalność. Przeciętny angielski pan Smith niewiele wie na temat swojego zdrowia, a coś szerzej na temat zdrowia, to już wcale. Anglicy to w większości hedoniści, niezawracający sobie głów problemami. Wiele spraw bagatelizują w odróżnieniu od Polaków, którzy mają z kolei skłonność do hipochondrii.

Pomijając jednak różnice, sytuacja na Wyspach w początkowej fazie pandemii była naprawdę dramatyczna na tyle, że zdawali sobie z tego sprawę wszyscy, wielu specjalistów krytykowało strategię brytyjskiego rządu. W konsekwencji plan na walkę z wirusem zmieniono, wprowadzono wiele restrykcji, zamknięto szkoły, bary itd. Niestety, za późno. Według danych z połowy maja 34 466 osób zmarło w Anglii z powodu Covid -11, co daje temu krajowi pierwsze miejsce pod względem liczby ofiar śmiertelnych w Europie, a drugie na świecie.

Polacy, którzy wyjechali, nie żałują decyzji. Wielu z nich zasiliłoby czarne brytyjskie statystyki, pozostając. To nie znaczy jednak, że są szczęśliwi. Pozostawili na Wyspach domy, za które trzeba płacić wysokie czynsze, nie wiedzą, co będzie dalej, kiedy będzie możliwy bezpieczny powrót na Wyspy, czy to w celu całkowitej wyprowadzki, czy też po prostu powrotu do pracy lub szkoły.

Pracownica sklepu zabiezpieczona kotarą z pleksy.
Pracownica sklepu zabiezpieczona kotarą z pleksy.

Sytuacja, z jaką mamy do czynienia wywróciła życie do góry nogami wszystkim, emigrantom również. W Polsce są narażeni na ostracyzm. Jest wiele opinii, że wracać nie powinni, że stanowią zagrożenie, że będą doić polski system, że wiele lat Polskę mieli za nic, a jak trwoga to do Boga. Są również historie o ucieczkach ze zmywaków, podkulaniu ogona i powrocie niedawnych kozaków ze spuszczoną głową. Nie jest to prawdą, a ludzie którzy mają pojęcie, jak teraz wygląda praca i życie za granicą, doskonale wiedzą, że nie jesteśmy narodem, jaki okupuje zmywaki w angielskich barach. Możliwość nauki, legalnej pracy, znajomość języka otworzyły wiele możliwości na rozwój i karierę, i wielu z naszych rodaków pracuje na wyższych stanowiskach. Ludzie, którzy z rożnych powodów nadal pracują na niższych szczeblach, też nie robią tego za pieniądze mniejsze od tych zarabianych przez Anglików. Przykro, że w polskim społeczeństwie nadal krążą takie stereotypy, przykro, że sami dla siebie jesteśmy wrogami.

Każdy ma swoją historię…

Każdy przypadek powrotu do kraju z powodu pandemii jest indywidualny i za każdym stoi człowiek i jego historia. Nikt z nas sobie tego nie zaplanował, każdy miał marzenia, wizje przyszłości. To nie były powroty, a dramatyczne ucieczki, gdzie walka toczyła się o życie. To historia kobiety 60 plus, która dzień przed zamknięciem granic poważnie w Anglii zachorowała i stanęła przed perspektywą leczenia w angielskim szpitalu. Szpitalu, gdzie ludzie z wirusem leżeli razem z pacjentami chorymi na inne choroby. Wyjazd do Polski to nie był wybór, to była konieczność. To historia matki z chorym na astmę dzieckiem, której kazano posyłać dziecko do szkoły, a samej dojeżdżać zatłoczonym metrem do pracy w fabryce. To historia rodziców mieszkających w Polsce, których syn wyjechał na studia do Anglii i ich strachu, że go nigdy więcej nie zobaczą.

W sytuacji zagrożenia każdy stara się ratować i bez względu na konsekwencje (utrata pracy, zobowiązania finansowe, przerwanie nauki, strach przed niemożliwością szybkiego powrotu), podejmują działania, które wydają się być najbezpieczniejsze. Tak to działa, ponieważ życie i zdrowie to wartości nadrzędne. Brak zrozumienia dla tych, którzy zdecydowali się na powrót jest bardzo smutny. Mieszkając w Irlandii nie spotkałam się z takim zjawiskiem. Irlandczycy podobnie jak Polacy to emigranci. Z powodu pandemii z Ameryki, Australii czy Nowej Zelandii wielu powróciło na ojczystą ziemię. Wielu z racji wykonywanego zawodu (lekarze, pielęgniarki) powróciło z poczucia obowiązku, w celu podjęcia w swoim kraju walki z wirusem. Na lotniskach witani byli brawami. Nikt nie czuł się w swoim kraju niepotrzebny czy piętnowany. Empatia i narodowa solidarność to pojęcia w Polsce nadal dla wielu osób obce, a przecież to w narodowej jedności jest siła, której tak bardzo wszyscy teraz potrzebujemy. Potrzebujemy do walki z wirusem SARS-CoV-2, ale też z innymi chorobami, które trawią nasz kraj.

 

7
Dodaj komentarz

5 Liczba komentarzy
2 Odpowiedzi
0 Obserwują
 
Komentarze z największą ilością reakcji
Najbardziej negatywny komentarz
6 Autorzy komentarzy
  Ustaw powiadomienia  
NAJNOWSZE NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Powiadom o
Robert

Jak można takie bzdety publikować w gazecie ?

krzysio6666

Autorze zmień dilera, albo przynajmniej ogranicz dawkę tego co bierzesz i nie pisz takich rzeczy że polska służba zdrowia taka dobra – jak masz te funty w kieszeni i leczysz się prywatnie za kasę to rzeczywiście podejście i nastawienie medyków do ciebie jest inne niż do tych co się próbują leczyć na nfz. Owszem są tacy co nawet z usa wracają do kraju się leczyć ale co nimi kieruje to nie wiem – ja osobiście wolałbym się leczyć wszędzie ale nie w polsce.

Kuba

Ten artykuł to jakieś totalne banialuki wyssane z palca podlane propagandą.

Babs

Nie wiem skąd autorka ma takie informacje na temat angielskiej służby zdrowia? To jakieś bzdury totalne! Ja dokładnie byłam w sytuacji gdzie po wizycie w jednym z najbardziej znamienitych szpitali w Polsce dobrze że udało mi się wrócić do Anglii i z lotniska prosto do szpitala, gdzie naprawdę się mną fachowo zajęli bo nie wiem czy bym w Polsce przeżyła! Jeszcze dodam że wróciłam na prywatną konsultacje do PL i mega polski lekarz powiedział wracaj do UK i kontynuuj leczenie bo tutaj nikt by się tobą tak nie zajął.

Ewa

Autorka mija sie z prawda. Polecam skorzystanie z polskiej sluzby zdrowia gdzie wizyta trwa 5 min, badania za kilka miesiecy, sanatorium za kilka lat.