Wszyscy w domu pili…

0
133
Wszyscy w domu pili…
REKLAMA

Klaudia przeszła kilka terapii odwykowych, była dwukrotnie w ośrodku zamkniętym. Pierwszy raz sięgnęła po kieliszek w wieku 13 lat, wódka jej nie smakowała, ale na chwilę załagodziła złość i wstyd, jakie nosiła w sobie od wczesnego dzieciństwa, poczuła się pewna siebie, radosna. Ma 25 lat, dwoje dzieci w wieku dziewięciu i siedmiu lat, mieszka z ciężko chorą matką, ojczymem i starszym bratem, raz na kilka tygodni dołącza do nich Grzegorz – narzeczony Klaudii, który pracuje za granicą.
– Odkąd pamiętam wszyscy w domu pili. Tato pracował, ale w weekendy upijał się do nieprzytomności. Często widziałam go śpiącego na schodach, w korytarzu czy na kuchennym stole. Rolą mamy było zajmowanie się dziećmi i domem. Piła jednak całymi dniami, do jedzenia najczęściej dostawaliśmy chleb i nutellę, tato czasem ugotował jakąś zupę – wspomina kobieta.

REKLAMA

Przez chwilę byłam bohaterką

W szkole przeżywała dramat. Chociaż lubiła się uczyć, miała dobre stopnie i dużo czytała, nie udało się jej z nikim zaprzyjaźnić. – Wyśmiewali mnie, bo byłam inna, miałam gorsze ubrania, nie przynosiłam do szkoły kanapek, nie miałam komórki, wszyscy wiedzieli, że moi rodzice piją. Wtedy nie umiałam jeszcze tego nazwać, ale cały czas odczuwałam brak bezpieczeństwa, nigdzie i nigdy nie czułam się pewnie. Jedyną przyjemnością było czytanie. Pamiętam, że pierwszą książką, z jaką się spotkałam był jakiś stary podręcznik do katechizmu, to był taki skrót Starego Testamentu dla dzieci. Zawarte w niej historie urzekły mnie głównie z tego powodu, że dobro zawsze zwyciężało nad złem. Każdy, kto postępował w odpowiedni sposób był nagradzany i zyskiwał przewagę nad wrogami. A ja przecież byłam dobra, uczyłam się, starałam się pomagać mamie, przynosiłam jej wodę i piwo z lodówki, robiłam kanapki, sprzątałam jej wymiociny w łazience. Żeby zyskać zainteresowanie kolegów, często zmyślałam różne opowiastki o tym, że byliśmy całą rodziną na wycieczce w górach, albo na zakupach, albo że razem z mamą piekłam ciasto. Opisy tych historyjek były żywcem wyjęte z książek, które pochłaniałam dziesiątkami. Czasami się to udawało i przez chwilę byłam bohaterką, opowiadałam, jakie zwierzęta oglądaliśmy w zoo, albo jaki wypasiony telefon kupił sobie mój tato.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze