Zagubiony w sieci

0
270
fot. Adam Łabno

– Wył jak dzikie zwierzę, kopał, bił pięściami lekarza i pielęgniarki, jedną z nich dotkliwie ugryzł w ramię. Wezwano kilka osób do pomocy i tylko dzięki temu udało się zawlec go do sali i przywiązać do łóżka. Podano mu zastrzyki, które tak go otumaniły, że nie mógł mówić. Spod opuszczonych powiek spływały mu po twarzy strumienie łez. Nakazano, abym wyszła. W takim stanie zostawiłam swojego 15‑letniego syna w szpitalu psychiatrycznym – bezbronnego, przykutego do łóżka pasami, wychudzonego, samotnego i nieświadomego, co się dzieje. Ten widok będzie mnie prześladował do końca życia – mówi Jolanta.
Syna zobaczyła dopiero po kilku dniach. – W podróży do szpitala myślałam, w jakiej kondycji go zastanę, co mi powie, jak się będzie zachowywał, co powiedzą lekarze. Kiedy weszłam do sali, zobaczyłam go jeszcze chudszego i mniejszego niż zwykle, twarz miał ziemistą, pod oczyma prawie czarne cienie, wypadło mu trochę włosów, a pozostałe sterczały we wszystkie strony. Usiadłam przy łóżku, nie zareagował żadnym gestem ani spojrzeniem, choć nie spał. Gładziłam go po skórze, która była tak sucha jak papier. Ale liczyło się tylko to, że żył, oddychał, był…
Jolanta ma 34 lata i choć pochodzi z Tarnowa, większość życia spędziła w Brzesku, tu się uczyła, tu pracuje, a od czasu rozwodu mieszka z bliźniakami. – Wydarzenia ostatnich lat sprawiły, że zobaczyłam siebie i swoje życie w innym świetle. To, że nie zwariowałam, to cud. Siły dodawała mi myśl, że muszę pomóc synom, rozbroić bomby, które w każdej chwili groziły wybuchem. Do końca się nie udało, opóźniłam tylko eksplozję. Ale wierzę, że nawet jeśli moja rodzina nie zasługuje na jakieś wielkie szczęście, to może chociaż na zwykłe, nudne życie, wolne od tragicznych niespodzianek?

REKLAMA

Akt pierwszy: Rozwód
Wyszła za mąż jeszcze przed maturą, była w ciąży. Bliźniaki – Grześ i Kuba szczelnie wypełniali jej czas, ale nie narzekała, dzieci były zdrowe, zakochany mąż dobrze zarabiał, a dziadkowie chętnie pomagali przy urwisach. Kiedy chłopcy poszli do szkoły, Jola znalazła pracę na pół etatu, studiowała zaocznie wymarzoną filologię polską. – Kończyłam studia, gdy z niepokojem zauważyłam, że Marcin, mój mąż, oddala się od rodziny. Zajmował w firmie ważne stanowisko, więc łatwo tłumaczyłam sobie jego częste wyjazdy i delegacje. Nie mogłam zresztą mieć pretensji, bo ja także spędzałam sporo czasu w Krakowie. Myślałam, że jak obronię pracę magisterską, będziemy razem spędzać weekendy, jeździć na wycieczki. Miałam już prawie 30 lat i Marcin był dla mnie wielką zagadką, praktycznie go nie znałam. Gdy się pobieraliśmy, byłam wystraszonym dzieckiem, które samo musiało zająć się dziećmi, Marcin był już po studiach, pracował, awansował, imponował mi. Poznać jednak nie zdążyliśmy się, mąż zażądał rozwodu. Poukładaliśmy sprawy związane z mieszkaniem, przeprowadzką i zabezpieczeniem bliźniaków, przyjechałam z chłopakami do Brzeska. Przez rok miotałam się jak w klatce, z wyjątkiem kilku dawnych znajomych ze szkoły, nikogo tu nie miałam, nie widziałam co robić. Do czasu aż przyjechała do nas Maria – moja teściowa, kobieta przebojowa i energiczna, do tego uwielbiająca wnuki. Poszłam do pracy, chłopaki świetnie dawali sobie radę w nowej szkole, a Maria dawała upust swoim talentom kulinarnym. Poczułam się wreszcie jak u siebie w domu – wspomina Jolanta.

Akt drugi: Rak
Początkowo zachowanie Grzesia nie wzbudzało ich niepokoju, był trochę ospały i słabowity, ale wytłumaczyły sobie, że chłopak szybko rośnie i nic złego się nie dzieje. – Ale było coraz gorzej, puchły mu nogi w stawach, nocami zrywał się z bólem. Kiedy zaczął chudnąć poszłam z nim do lekarza, potem do innego, który zlecił szczegółowe badania – prześwietlenia, tomografię, rezonans magnetyczny. Diagnoza zwaliła mnie z nóg, usłyszałam, że Grześ choruje na mięsaka kościopochodnego i konieczne jest wdrożenie jak najszybszego leczenia. Najpierw była chemia przedoperacyjna, potem operacja, znowu chemia, naświetlania, znowu badania. Po ponad roku, który w większości spędziłam w szpitalach, przychodniach, w kolejkach do specjalistów, usłyszałam wreszcie, że będzie dobrze. Że sprawdzą jeszcze stan nerek i wątroby, i Grześ będzie mógł wrócić do domu. Kiedy tak się stało, syn przespał prawie dobę, a kiedy się obudził, był głodny. Uznałam to za dobry znak. Kilka następnych miesięcy upłynęło Grzesiowi na powrocie do zdrowia, zaczął jeść, wychodziliśmy na krótkie spacery, do domu przychodzili nauczyciele. Wszystko zaczęło wracać do normy, mimo to po kilka razy wstawałam w nocy i sprawdzałam, czy dobrze śpi, czy jest przykryty, nasłuchiwałam, czy nie kaszle, czy spokojnie oddycha.

Akt trzeci: Uzależnienie
Kiedy wszyscy cieszyli się z powrotu Grzesia do zdrowia, Kuba zaczął znikać z domu, tłumaczył, że do kolegów, że się uczy. Ale jego stopnie nie pozostawiały złudzeń, zaniedbał się w nauce, wchodził w spory z nauczycielami i kolegami. – Nauczyciele doskonale wiedzieli, jaką mamy sytuację w domu i trochę Kubie pofolgowali, tłumaczyli jego wybryki chorobą brata. Same nie za bardzo wiedziałyśmy, co się z nim dzieje. Kiedy jednak Jola została wezwana na poważną rozmowę z wychowawcą i usłyszała, co chłopak robi w szkole, zamurowało nas. Niestety, na pomoc dla dziecka było już za późno – wyznaje Maria.
W domu cały czas siedział przy komputerze lub z komórkę w rękach, trzy razy trzeba było powtórzyć, bo nie słyszał, co się do niego mówi. Kładł się późno spać, rano były krzyki, ponieważ nie chciało mu się wstawać, od razu chwytał za komórkę. W szkole nauczyciele zabierali mu telefon, bo nie uczestniczył w lekcjach, wreszcie Jola zabroniła zabierać mu aparat.
– Przy śniadaniu wyrwałam mu telefon, jego reakcja zszokowała mnie. Zbladł, zacisnął usta, a wyraz twarzy tak mu się zmienił, że nie mogłam uwierzyć, że stoi koło mnie mój Kuba. Krzyczał, wyzywał mnie, wypominał, że zajmuję się tylko jego bratem. Wybiegł do szkoły, ale tego dnia do niej nie trafił, później dowiedziałam się, że często odwiedzał jedną z kafejek internetowych. Coraz częściej wagarował, pożyczał komórki od kolegów, jednego z nich okradł. Wyniósł też parę rzeczy z domu, komuś je sprzedał i kupił za to telefon, który przed nami ukrywał. Kiedy wcześnie rano wstawałam, Kuba był już na nogach, po pewnym czasie zorientowałam się, że on po prostu się nie kładł. Był zmęczony, podenerwowany, ręce mu się trzęsły, prawie nic nie jadł, przestał się nawet myć. Kiedy zwracałam mu uwagę krzyczał i trzaskał drzwiami – dodaje Jola.

Akt czwarty: Samobójcza próba
Po tym, jak omal nie pobił nauczyciela, który chciał zabrać mu telefon, Jola poszła z synem do psychologa. Ten doradził terapię i ewentualną wizytę u psychiatry, próbowała umówić się ze specjalistą w Krakowie, jednak wiedziała, że tak długo czekać nie może. Poszła prywatnie, omówiła, co się z chłopakiem dzieje, ale lekarz kazał jej syna przyprowadzić. – Kiedy zobaczył Kubę od razu powiedział, że w jego przypadku sytuację uratować może tylko pobyt w psychiatrycznym szpitalu. Mówił, że Kuba jest jak alkoholik, którzy zawsze znajdzie sposób, aby się napić. Wróciliśmy do domu i nerwowo zaczęłam szukać szpitala, nie było to łatwe, bo takich placówek jest kilka w kraju i wszystkie są przepełnione. Czas grał na naszą niekorzyść, lekarz mówił, że Kuba musi dostać pomoc natychmiast.
Do czasu aż zwolni się miejsce w szpitalu Jola zdecydowanie postanowiła odciąć chłopca od komputera i komórki. Wytrzymał jeden dzień, potem drugi, a kolejnego po powrocie ze szkoły zamknął się w pokoju. – Myślałam, że śpi. Po kilku godzinach zaczęłam się dobijać, a kiedy nie otwierał pobiegłam po sąsiada, który wyważył drzwi. Kuba leżał zwinięty w kłębek, a obok łóżka zobaczyłam puste opakowania po różnych lekach, chłopiec był nieprzytomny.
Po płukaniu żołądka i rozmowie z matką Kuby, lekarz zdecydował o wysłaniu 15‑latka do psychiatrycznego szpitala w Krakowie, w takich przypadkach przyjmują bez kolejki. Przed wyjazdem zaaplikowano chłopcu leki uspokajające, na wypadek, gdyby zaczął pytać, gdzie jedzie. – Byliśmy już prawie na miejscu, kiedy obudził się i zorientował w sytuacji. Wspólnie z pielęgniarzem nie mogliśmy sobie z nim poradzić, kopał nas, wywijał rękami i nogami, krzyczał, przeklinał, był cały zlany potem, oczy nabiegły mu krwią – relacjonuje Jola.

Epilog: Pytanie bez odpowiedzi
– Mówi się, że bliźniaki wszystko przeżywają wspólnie i jestem przekonana, iż nie jest to tylko ludowa mądrość. Kiedy u Grzesia zdiagnozowano raka, na ciężką chorobę zapadł też Kuba, chociaż zbyt zajęte szpitalem, operacją i chemiami nie zorientowałyśmy się od razu. Wiem, że nie da się tego naprawić, ale zostawiłyśmy to dziecko samo sobie, nie tłumacząc mu nawet, co dzieje się z jego bratem. Siedział w internecie i czytał o kościopochodnym mięsaku, za późno zdałyśmy sobie sprawę, że mogło to budzić w nim ogromny lęk, który dodatkowo potęgowały wizyty w szpitalu i patrzenie na wyniszczonego chorobą bliźniaka. Chłopcy byli ze sobą bardzo zżyci, chociaż zarówno sposób zachowania, postępowanie i charaktery mają diametralnie różne. Kuba – starszy bliźniak, od pierwszych chwil życia był trochę nerwowy, często płakał, budził się w nocy, domagał się jedzenia i noszenia na rękach. A Grześ – ten młodszy, to była taka ciepła kluseczka, nawet jak płakał to wystarczyło, że ktoś podszedł do jego łóżeczka i uspokajał się. Zawsze się uśmiechał, a kiedy Jola uczyła się do egzaminów i na głos czytała mu książki o historii literatury, słyszał jej głos i już był szczęśliwy – mówi babcia bliźniaków.
W szpitalu Kuba spędził kilka tygodni. – Dopiero w czasie wizyt zorientowałam się, jak wyniszczające jest uzależnienie od internetu i komputerowych gier. Kuba ważył niewiele ponad 40 kilogramów, był tak słaby, że nie mógł ustać na nogach. Największy żal miałam do siebie, nie uratowałam go, w porę nie zareagowałam. Wiem, że głupio to zabrzmi, ale nowotworowa choroba Grzesia nie miała tak gwałtownego przebiegu jak ta, którą przechodzi Kuba. Po kilku spotkaniach z prowadzącym lekarzem mogłam zabrać syna do domu. Do tej pory rano i wieczorem zażywa leki psychotropowe, przynajmniej na razie musi brać także tabletki, które pozwalają mu spokojnie spać. Dużo czyta, sporo czasu spędza z Grzesiem, czasem odwiedzają go koledzy z klasy. Pytał mnie niedawno, czy będzie mógł jeszcze kiedyś korzystać z komputera. Nie odpowiedziałam mu – mówi matka chłopca.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o