„Brzeski wampir” wróci do miasta?

0
157
Z wielotygodniowych badań seksuologów i psychiatrów wynikało, że Kowalczyk cierpi na dewiację zwaną raptofilią – osiągnięcie satysfakcji seksualnej jest możliwe dla niego tylko w momencie, gdy gwałci ofiarę

Rzecznik Sądu Okręgowego w Tarnowie, Tomasz Kozioł uspokaja, przestępca będzie mógł wyjść na wolność dopiero wtedy, gdy nie będzie stanowić dla nikogo zagrożenia. Wyjdzie zza krat, ale od razu zostanie przewieziony do specjalnego zamkniętego ośrodka, w którym będzie poddawany odpowiedniej dla niego terapii.
– Kiedy blisko 10 lat temu zapadał wyrok w sprawie Kowalczyka, sąd zaznaczył, że po odbyciu kary zostanie umieszczony w ośrodku zamkniętym. Kiedy skazany pozostawał w więzieniu, zmieniły się przepisy prawne i dyrektor zakładu karnego nie miał obowiązku występowania w celu objęcia go ustawą o bestiach. Takie postępowanie przeprowadził Sąd Okręgowy w Tarnowie, Kowalczyk został skierowany na badania, które przeprowadziło dwóch biegłych psychiatrów, seksuolog i psycholog. Stwierdzili u Kowalczyka silne, bardzo groźne i wielopostaciowe dewiacje seksualne, przestępca nadal jest groźny i musi pozostawać w odosobnieniu – wyjaśnia rzecznik SO w Tarnowie, Tomasz Kozioł.
Po raz pierwszy Robert Kowalczyk trafił do więzienia w 1985 roku, z sądowej dokumentacji wynikało, że dopuścił się gwałtu, jego kolejna ofiara miała trochę więcej szczęścia i zdołała uciec oprawcy. Za obydwie sprawy dostał osiem lat odsiadki, wyszedł po odbyciu połowy kary. W Brzesku zapanowała psychoza, ale wydawało się, że Kowalczyk nikomu już nic złego nie zrobi. Razem z matką i narzeczoną zamieszkał w bloku nr 11 przy ulicy Ogrodowej, miał się wkrótce ożenić.
Najprawdopodobniej jednak były to tylko pozory, a on planował kolejną zbrodnię. Wiosną 1989 roku w piwnicy bloku, w którym mieszkał. brutalnie zgwałcił i udusił swoją 17-letnią sąsiadkę Ilonę P. Brzeszczanie byli wstrząśnięci, takiej zbrodni w mieście jeszcze nie było i mimo że morderca od razu trafił za kratki, kobiety jeszcze przez kilka miesięcy bały się wychodzić same z domów.
Głośny proces Roberta Kowalczyka rozpoczął się pod koniec roku i prowadzony przez sędziów z Sądu Okręgowego z Tarnowa trwał kilka miesięcy. Rozprawy odbywały się w sali obrad urzędu miejskiego, która z trudem mieściła wszystkich chętnych. Oskarżony z wielką swadą opowiadał o swoich przeżyciach i doznaniach seksualnych.

REKLAMA

Z wielotygodniowych badań seksuologów i psychiatrów wynikało, że Kowalczyk cierpi na dewiację zwaną raptofilią – osiągnięcie satysfakcji seksualnej jest możliwe dla niego tylko w momencie, gdy gwałci ofiarę. Sędziowie zdecydowali, że morderca spędzi w więzieniu 25 lat. Kowalczyk złożył jednak odwołanie do Sądu Najwyższego, który postanowił o skróceniu kary do 15 lat.
Brzeski „wampir” wyszedł na wolność w 2004 roku, w zakładzie karnym poddawany był terapii farmakologicznej, którą najprawdopodobniej kontynuował jeszcze jakiś czas po wyjściu z więzienia. Całkowicie zerwał wszelkie kontakty, mieszkał sam, kilkakrotnie zmieniał lokum, spotykał się tylko z matką. Ludzie nie znali go, nie wiedzieli, kim jest, przestał budzić strach.
Ponownie dał znać o sobie w czerwcu 2007 roku, a jego kolejną ofiarą stała się 24-letnia Anna W., mieszkanka Jodłówki. Na rowerze wybrała się do Brzeska, aby odwiedzić przyjaciółkę, jechała niespokojna, bo zauważyła, że od dłuższego czasu podąża za nią mężczyzna na rowerze. Tuż przed miastem spadł jej łańcuch w rowerze, porzuciła pojazd i zaczęła uciekać, nieznajomy pobiegł za nią. Kiedy ją dogonił, zaciągnął w pobliskie zarośla, wyjął z kieszeni nóż i postraszył kobietę, że jeśli będzie krzyczeć, zabije ją. Próbował ściągnąć z niej ubranie. Mimo gróźb 24-latka głośno wzywała pomocy, co zwróciło uwagę mieszkańca jednego z pobliskich domów, który spłoszył napastnika. Natychmiastowa policyjna obława zakończyła się zatrzymaniem mężczyzny, którym okazał się Robert Kowalczyk. Początkowo zaprzeczał, jakoby miał coś wspólnego z napadem, udawał, że spaceruje po lesie, mundurowi nie dali temu wiary i zatrzymali go w areszcie.
I tym razem proces odbywał się przed tarnowskim Sądem Okręgowym, a w składzie orzekającym zasiadało aż pięciu sędziów – Rafał Wagnerowski, Tomasz Kozioł, Dorota Czarkowicz, Wojciech Czekaj i Ewa Kłosińska.
– Oskarżam Roberta Kowalczyka o to, że w dniu 7 czerwca 2007 roku, działając w zamiarze zgwałcenia i pozbawienia życia, zaciągnął Annę W. do lasu i grożąc jej nożem, mimo jej oporów zaczął ją całować, szarpać na niej ubranie. Kilkakrotnie skaleczył ją trzymanym w ręku nożem w szyję, dłonie i ramiona. Zamierzonego celu nie osiągnął z powodu interwencji osób trzecich. Wynikiem tych traumatycznych przeżyć są choroby i niezdolność do uczestnictwa w życiu społecznym – oskarżała Kowalczyka prokurator Ewa Miciuła i za próbę morderstwa, i gwałtu zażądała dla oskarżonego 25 lat więzienia. W czasie procesu ujawniono, że gwałciciel napadł na Annę W. kilka miesięcy po tym, jak zaprzestał zażywania leków obniżających poziom jego popędu seksualnego. Zaczął także pić alkohol, a to dodatkowo powodowało, że choroba wracała ze zdwojoną siłą. Badania psychiatrów i seksuologów ponownie wykazały u niego raptofilię, przy czym lekarze ostrzegali, że dewiacja może się rozwijać w stronę nekrosadyzmu, który wyraża się śmiertelnym duszeniem. Po kilkumiesięcznym procesie sąd orzekł, że doszło jedynie do próby gwałtu i do uszkodzenia ciała, Robert Kowalczyk został skazany na 10 lat więzienia.
– Sąd nie znalazł wystarczających dowodów na to, aby przyjąć, że napastnik chciał zabić, dlatego został skazany jedynie za próbę zgwałcenia i uszkodzenie ciała poszkodowanej Anny W. – dodaje Tomasz Kozioł. – Już 10 lat temu sąd uznał, że Kowalczyk jest osobą bardzo niebezpieczną dla otoczenia i orzekł, że po odbyciu kary więzienia musi zostać zamknięty w specjalistycznym ośrodku. Zastosowanie takiego środka zabezpieczającego było konieczne, bo trzeba pamiętać, że Kowalczyk to człowiek z przerażającą historią, który po odbyciu 15-letniego wyroku pozbawienia wolności wrócił do przestępczej działalności.
Tomasz Kozioł nie wyklucza, że Kowalczyk wyjdzie kiedyś na wolność.
– Co kilka miesięcy będzie poddawany specjalistycznym badaniom, które będą określać jego stan. Dopóki będzie stanowił zagrożenie, ośrodka medycznego nie będzie mógł opuścić – mówi.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o