Dębno. Kanalizacja story

0
101
REKLAMA

Kanalizacja jest powodem rozpraw sądowych, oskarżeń i waśni. Wiele poważnych instytucji stwierdziło, że inwestycja jest samowolą budowlaną, a dokumenty, jakie powstały przy jej realizacji, są sfałszowane. Około miliona złotych władze gminy pobrały od mieszkańców, a „wichrzyciele” od lat walczą w sądach o ich zwrot – jak na razie ze zmiennym powodzeniem.

REKLAMA

Zapłaćcie po 2 tysiące
Budowa spornej sieci kanalizacyjnej rozpoczęła się w 2006 roku, wyłoniono wykonawcę, a rada gminy podjęła uchwałę, na mocy której mieszkańcy zostali zobowiązani do finansowego udziału w kosztach budowy – obliczono, że każde gospodarstwo ma wpłacić 2 tysiące złotych. Radni zdecydowali także o zaciągnięciu pożyczki – ponad 5 mln. zł z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Budowa ruszyła, a mieszkańcy dostawali pisma, że mogą przyłączyć się do sieci, pod warunkiem jednak że wpłacą 2 tysiące.
– Poszedłem do urzędu i powiedziałem, że mam już wpłacone 750 złotych, a do wykonania przyłącze do domu długości metra. Usłyszałem, że muszę dopłacić, bo inaczej do kanalizacji mnie nie przyłączą, a to, co już zapłaciłem, przepadnie. Ostatecznie zgodziłem się dopłacić, ale dopiero po wykonaniu usługi – wspomina Krzysztof Powroźnik.
– Powiedziałem wójtowi, że mogę się przyłączyć, ale kosztów ponosić nie będę, bo byłoby to niezgodne z prawem. Już wtedy obowiązywała ustawa o zbiorowym odprowadzeniu ścieków, która mówi, iż obowiązkiem gminy jest budowa kanalizacji, mieszkańcy mogą być obciążeni jedynie kosztami budowy przyłącza. A rada podjęła uchwałę, że buduje sieć z przykanalikami, wynikało więc z tego, że my nie musimy nic płacić. Jeszcze większym nieporozumieniem było uchwalenie, że mieszkańcy mają partycypować w kosztach budowy sieci – dodaje Jan Batko z Dębna.

Do psychiatry, bo… nie chciał się przyłączyć
Obydwaj panowie, podobnie jak kilkanaście innych osób, pozwanych zostało przez wójta do sądu za to, że nie chcą przyłączyć się do istniejącej, nieukończonej i nieodebranej kanalizacji. Pod koniec 2008 roku odbyły się pierwsze rozprawy. Do domu Powroźników przyszły dwa wezwania, również dla żony pana Krzysztofa. Co znamienne, obydwoje byli o to samo oskarżeni, a wyroki usłyszeli zupełnie odmienne. – Sąd udowodnił winę i ukarał mnie grzywną 300 złotych, do tego doliczono mi 200 zł na pokrycie kosztów. Żona została uniewinniona od zarzutu niepodpięcia do sieci – mówi Powroźnik. – Ale nie to było najgorsze. Nie wiadomo dlaczego, zostałem skierowany na badania psychiatryczne – było to dla mnie upokorzenie, ale musiałem się temu poddać. Czy normalną procedurą jest, że w takiej sprawie sąd kieruje  ludzi na takie badania?
Jan Batko dodatkowo oskarżony został o to, że nie okazuje dowodów stwierdzających, że wywozi szambo. Odwołał się od wyroku do Sądu Okręgowego i został oczyszczony z zarzutów. Inni zainteresowani zostali obciążeni grzywnami. Zdenerwowali się i we wrześniu 2008 roku wysłali w sprawie kanalizacji zawiadomienie do prokuratury, ale ta, już po miesiącu, odmówiła wszczęcia postępowania. Ludzie nie odpuścili i napisali zażalenie do sądu na działalność prokuratora, ale decyzja została podtrzymana. W międzyczasie Jan Batko wezwał radę gminy do usunięcia naruszenia prawa w uchwale, na mocy której władze gminy domagały się wpłat od mieszkańców.
Sąd przyznaje rację, ale…
Skarga została oddalona jako bezzasadna, wówczas Batko napisał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który unieważnił część uchwały mówiącą o obowiązku partycypacji w kosztach budowy kanalizacji.
– Zgodnie z wyrokiem, mieszkańcy mają obecnie prawo domagać się zwrotu nienależnie wpłaconych pieniędzy. Wójt od wyroku nie odwołał się, więc wszyscy powinni domagać się teraz od gminy zwrotu wpłaconych pieniędzy, a jeżeli nie zwróci, oddać sprawy do sądu z powództwa cywilnego. Były już takie sprawy w innych gminach, zwracano pieniądze wraz z odsetkami. Mam nadzieję, że moi sąsiedzi nabiorą rozumu i upomną się o swoje – mówi Jan Batko.
– Mając w rękach wyrok WSA oraz protokoły odbioru kanalizacji, w których Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego stwierdza, że została ona wykonana zgodnie z projektem, ponownie powiadomiliśmy prokuraturę. Skoro powiatowy nadzór stwierdza, że sieć jest zgodna z projektem, a Wojewódzki Inspektor Nadzoru decyzję tę uchyla, bo kilkanaście domów nie zostało do kanalizacji podłączonych, to znaczy, iż kanalizacja jest nielegalna, niezgodna z projektem i decyzjami budowlanymi. Potwierdza to opinia biegłego, sądowego opracowana na zlecenie prokuratury. Ale brzeska prokuratura już drugi raz nas rozjechała – odpisali nam, że nie przyjmują skargi i kolejne pisma w tej sprawie pozostaną bez nadania im biegu – dopowiada Krzysztof Powroźnik.


Historia-jednej-kanalizacji1

Prokuratorskie przepychanki
Po takim werdykcie, w grudniu 2009 roku, ludzie napisali skargę do Prokuratury Krajowej, ta skierowała sprawę do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, ostatecznie skarga trafiała do Prokuratury Okręgowej w Brzesku i… skargę oddalono. Batko po raz kolejny wysłał list do Prokuratury Apelacyjnej. Pisał w nim o zmowie policji i prokuratury z władzami gminy i… poskutkowało. W kwietniu 2010 roku prokuratura w Brzesku zawiadomiła zainteresowanych, że podjęła śledztwo, ale mieszkańcy wnieśli wniosek o jej wyłączenie z powodu braku zaufania. Do zajęcia się sprawą wyznaczono Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej i postępowanie ruszyło z kopyta. Powołany biegły Krzysztof Dyk w swojej opinii zmiażdżył wydane przez wójta decyzje, zakwestionował podpisane umowy, wypomniał antydatowanie dokumentów, stwierdził, że prace przy kanalizacji rozpoczęły się bez ważnego pozwolenia na budowę (od daty wydania pozwolenia do czasu rozpoczęcia robót minęło ponad dwa lata), wytknął władzom gminy, że chcąc to ukryć, podpisały umowy np. z inspektorem nadzoru w czasie, gdy plac budowy świecił pustkami, założony też został dziennik budowy, mimo iż ta miała się rozpocząć dopiero za kilka miesięcy. Stwierdził ponadto, że gmina nie ma pozwolenia na użytkowanie kanalizacji. Kiedy dąbrowska prokuratura otrzymała opinię, postanowiła o przedłużeniu śledztwa do 20 sierpnia br. I wskazała osoby, którym postawione zostaną zarzuty.
– Ale nasze szczęście długo nie trwało – mówi Batko. –Pod koniec czerwca dostaliśmy pismo o… umorzeniu śledztwa. Na otarcie łez prokuratura z Dąbrowy przysłała nam pismo z informacją, że wszczęła śledztwo w sprawie poświadczenia nieprawdy w dziennikach budowy od 16 lutego 2006 roku do 10 grudnia 2007. Czyżby znaleźli kozła ofiarnego?

Będzie ciąg dalszy
„Wichrzyciele” zawiadomili więc Sąd Rejonowy w Brzesku o niesłusznym, ich zdaniem, umorzeniu śledztwa przez dąbrowskich prokuratorów. Sąd podjął się zbadania sprawy, pierwsze posiedzenie już się odbyło, termin kolejnego  wyznaczony został na 3 października. – Nie tracimy nadziei – mówi Krzysztof Powroźnik. –Jeżeli sąd poważnie potraktuje sprawę, na co bardzo liczymy, to wreszcie doczekamy się sprawiedliwości.
Mieszkańcy, którzy podłączyli się do kanalizacji i zapłacili po 2 tysiące, także mają problemy: pozapadał się grunt na trasie sieci i studzienki pod ziemią. Mówią, że kanalizacja została wykonana byle jak, sieć jest nieszczelna, nieczystości wypływają na pola, a wokół studzienek zbierają się cuchnące kałuże. Ponoć podczas budowy kanalizacji nie zastosowano podsypek z piasku pod ułożone rury , co było w projekcie i kosztorysie. W tej sprawie złożono wniosek do prokuratury w Dąbrowie.
A co na to wszystko władze gminy? -To, co mówi pan Batko i spółka, to są same nieprawdy – denerwuje się wójt Grzegorz Brach. – Mieszkańcy nie partycypowali w kosztach budowy, a jedynie płacili za swoje przyłącza. A jeżeli chodzi o kanalizację w ich domach, to nie mają jej, bo nie zapłacili za przyłącza. Teraz, jeżeli będą chcieli to zrobić we własnym zakresie, zapłacą tylko po 60 złotych. Ustawa mówi, że w terenie, na którym istnieje sieć, mieszkańcy muszą się do niej podłączyć, tak więc wcześniej czy później i tak będą to musieli zrobić.
Zdaniem wójta, niesłuszne są także zarzuty mieszkańców dotyczące fatalnej jakości sieci. Jego zdaniem, działa ona dobrze, a nieprawidłowości wynikają jedynie ze złego stanu jej eksploatacji. -Otwierają studzienki i wrzucają do nich zdechłe króliki i kury – nasi pracownicy znajdowali w nich deski, łańcuchy i wiele innych przedmiotów, które nie powinny się tam znaleźć – dodaje wójt Brach.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o