Hazard po brzesku

0
147
hazard
REKLAMA

W Brzesku jak grzyby po deszczu pojawiają się punkty z maszynami do gier hazardowych, które wcześniej ustawiano jedynie w lokalach serwujących klientom alkohol. Niewielkie lokaliki mieszczące maszyny, kilka stolików, przy których można napić się piwa. Czynne całą dobę. Zastanawiające jest, że w ostatnim czasie w Brzesku otwarto także kilka lombardów. Jeden z nich, dziwnym zbiegiem okoliczności, mieści się w lokalu z maszynami do gier.
– Grają młodzi, starzy, nauczyciele, biznesmeni, uczniowie, często z niedalekiego miasteczka przyjeżdża tu młody ksiądz. Różnie obstawiają, na co kogo stać, najwyższa wygrana, jaką wypłaciłem do tej pory, wyniosła 30 tysięcy. Ale szczęśliwiec przez następnych kilka godzin zgrał się do zera – opowiada właściciel jednej z knajpek z maszynami. Mężczyzna wie, że ludzie się zapożyczają, zastawiają cenne przedmioty w lombardach. Słyszał też o samobójstwach, których przyczyną był podobno hazard. – Ale przecież ja nikomu pistoletu do głowy nie przystawiam i nie każę grać. Przychodzą do mnie ludzie pełnoletni, wierzę, że wiedzą, co robią – dodaje.
Marek prowadzi własną firmę, gra jak jest zły, gdy interes nie idzie albo dowiaduje się, że kolega wygrał „tysiaka”.
 – Wariatem nie jestem, obstawiam nisko, góra pięć złotych. Parę razy wygrałem, raz kilka tysięcy, ale sporo też wtopiłem. Przy maszynie siadam z rezerwą, nie oczekując na cud, bo wiem, że im bardziej chcę wygrać, tym więcej przegram. Tak jakby ta piekielna maszyna działała na przekór. Nie, nie jestem hazardzistą, ale lubię tę adrenalinę. Przychodzę dwa, trzy razy w tygodniu, czasem tylko popatrzę, jak grają inni. Znam wszystkie te lokale, przychodzą do nich stale ci sami ludzie, niektórzy przegrali w nich wszystko – mówi mężczyzna.
Tak było z Jackiem, jego historię znają wszyscy brzescy „maszyniści”, powtarzają ją między sobą, każdy wierzy, że jego taka sytuacja nigdy nie spotka. Jacek już ponad rok temu wyjechał za granicę, uciekł przed wierzycielami, u których zapożyczył się na kilkaset tysięcy złotych. Rzadko przyjeżdża do domu, stracił przyjaciół, rodzina go wyklęła, każdemu jest coś winien.
– Zaczęło się całkiem niewinnie, szedłem na piwo ze znajomymi, w knajpie była maszyna, to wrzuciłem kilka złotych. Parę razy wygrałem, nawet się nie zorientowałem, kiedy granie weszło mi w krew. Brałem wypłatę i pędziłem prosto na maszyny, z pensji nic nie zostawało, nie miałem na rachunki i jedzenie. Potrzeba odegrania się była tak ogromna, że pożyczałem pieniądze, przegrywałem i znowu pożyczałem. Znalazłem człowieka, który na lichwiarski procent dawał mi pieniądze. Pewnego dnia nie uwierzyłem, że jestem mu już tyle winien – opowiada Jacek. Ma 45 lat, dwoje dzieci, żona już wiele lat temu od niego uciekła. Pracuje za granicą, przysyła na dom, pomału oddaje długi. – To był amok, nie byłem wtedy sobą, myśl, że wygram, powodowała, iż wszystko traciło znaczenie, w głowie mi kołatało, ręce mi się trzęsły, a przed oczyma miałem tylko rząd cyferek – dodaje.
Janka niedawno zostawiła żona, wyprowadziła się z córką do wynajętego mieszkania.
– Wyniósł z domu wszystko, maszyny, sprzęty, naszą biżuterię, wyniósł nawet laptopa córki… Trwało to dwa lata, wiele razy go ostrzegałam. Kiedy w lombardzie zastawił swoją ślubną obrączkę, podjęłam decyzję o wyprowadzce – opowiada żona Janka, Marta. – Nie dociera do niego, że jest nałogowcem i powinien się leczyć, śmieje się, kiedy mówię mu o terapii. Twierdzi, że nad wszystkim panuje. Wiem, że pożycza od znajomych, wziął nawet kredyt w banku, wszystko trafiło do maszyny. W domu nie ma już nic, niedawno wyłączyli mu prąd i gaz.
Justyna sama wychowuje syna, ma dobrą pracę, nieźle zarabia, ale sporo pieniędzy przegrywa. Do lokali z maszynami zagnała ją potrzeba towarzystwa, ale migające ekrany szybko przyciągnęły jej uwagę. Fakt, nigdy nie obstawia wysoko, ale i tak zgrała się czasem do czysta.
– Czasem wygram, czasem przegram. Nie jestem uzależniona, jak maszyna mi wypłaci, to zabieram wygraną i idę do domu. Jak przegram, to obliczam, co mogłabym kupić za te pieniądze do domu. Tak, pojawia się myśl, żeby się odegrać, ale nie za wszelką cenę – zwierza się Justyna.
Niecałe dwa lata temu w Brzesku otwarto poradnię leczenia uzależnień. Jej pracownicy mówią, że hazardziści stanowią coraz wyższy odsetek leczonych.
– Przychodzą do nas pacjenci, którzy przegrali nie tylko majątek, ale także rodzinę, przyjaciół, pracę i, co najgorsze, sens życia. Leczenie uzależnienia od hazardu jest procesem długim i skomplikowanym, wielu chorych rezygnuje po kilku spotkaniach. Aby wyjść z nałogu, trzeba poddać się długotrwałym zabiegom terapeutycznym, bo to jest jedyna szansa. Mamy pacjentów, którzy przychodzą z nakazu swoich bliskich, rokowania w takich przypadkach są oczywiście beznadziejne. Terapia może przynieść skutek tylko wtedy, gdy chory sam zda sobie sprawę z zagrożenia – mówi szef poradni, Paweł Kamiński.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments