Już nie mogłem być księdzem…

0
210
REKLAMA

Mariusz Popławski był księdzem siedem lat, po święceniach został wikariuszem w sporej parafii w województwie świętokrzyskim, uczył religii w podstawówce. Był poważany, parafianie lubili go za wzruszające kazania, dzieci w szkole za nim przepadały, organizował dla nich zajęcia sportowe i wycieczki.
– Pracy było dużo, po odprawieniu porannej mszy jechałem do szkoły, po południu przychodzili parafianie w sprawie pogrzebów, ślubów, niektórzy tylko po to, aby porozmawiać – opowiada Mariusz. Decyzja o porzuceniu sutanny była najtrudniejszą w jego dotychczasowym życiu, jak skomplikować miała jego życie, okazało się później.
Był jedynakiem, często chorował, kiedy miał cztery lata, ojciec zostawił rodzinę i odszedł do innej kobiety.
– Matka była bardzo religijna, codziennie chodziła do kościoła, a ja razem z nią. Podobał mi się rytuał mszy, recytowałem modlitwy, mimo że nie rozumiałem ich znaczenia. W podstawówce byłem ministrantem i chyba już wtedy w głowie mojej matki zrodziła się myśl, że mógłbym zostać księdzem. Nieraz słyszałem, jak bardzo się dla mnie poświęca i chce, żebym był kiedyś kimś ważnym – opowiada Mariusz. Kiedy chodził do liceum, miał wielkie powodzenie u koleżanek, ale matka powtarzała, że ma jeszcze na to czas, że związek z kobietą jest grzeszny, a seks bez ślubu to piekło. Miał osiemnaście lat, kiedy poznał swojego dalekiego krewnego, księdza, który pracował na misji w Afryce. Zaimponowały mu opowieści o tym, jaką uzdrawiającą moc ma religia i wiara, poważnie zaczął zastanawiać się nad wstąpieniem do seminarium duchownego.
W maturalnej klasie poznał Annę – była zjawiskowo piękna i starsza od niego o sześć lat. Miłość zakwitła, pierzchły myśli o kapłaństwie. Dziewczynę skutecznie zniechęciła jednak matka Mariusza.
– Ja byłem jeszcze małolatem, nie potrafiłem sprzeciwić się matce, to Anna zdecydowała, że dla nas obydwojga będzie lepiej, jak się rozstaniemy – wspomina mężczyzna.

REKLAMA

W seminarium o kobietach rozmawiali w wielkim sekrecie, co nie znaczy, że nie patrzyli na nie na ulicach i w kościołach. Mariusz mówi, że dzielili je na pokusy, czyli takie w wieku od piętnastu do czterdziestu lat, i antypokusy, czyli pozostałe. Młody chłopak, wspierany duchowo przez matkę i wykładowców, rzucił się w wir nauki.
– Byłem bardzo uduchowiony, pod wpływem studiów otworzyły się dla mnie przestrzenie związane z Bogiem, dobrocią i miłością bliźniego. Chciałem pomagać potrzebującym, wspierać ludzi w cierpieniu, tłumaczyć, że Bóg jest radością i nadzieją. Dzień, w którym przyjmował święcenia kapłańskie, był wyjątkowy, mógł już stanąć przed wiernymi i dzielić się z nimi słowem bożym.
Mariusz dokładnie pamięta, z jaką pasją odprawiał swoją pierwszą mszę.
– Naprawdę czułem się jak pośrednik pomiędzy Bogiem a ludźmi, którzy stali przed ołtarzem. Wierni już dawno wyszli z kościoła, a ja jeszcze tam byłem i dziękowałem Panu.
Po kilku latach pracy w parafii pod Kielcami wpadł w rutynę, czuł się też samotny.
– To była ogromna samotność w pustym mieszkaniu. Pocieszałem się alkoholem, godzinami siedziałem przed komputerem. Czasem spotykałem się z innymi młodymi księżmi, nie ukrywali nawet, że mają przyjaciółki, z którymi spotykają się w hotelach i wyjeżdżają z nimi na urlopy. Modliłem się za nich –opowiada Mariusz. Proboszcz, z którym pracował, był konfliktowy i – jak z czasem Mariusz się przekonał – mało wrażliwy na ludzkie potrzeby. Gdy młody ksiądz po raz pierwszy chodził z kolędą, przekonał się, ile w parafii jest biedy i patologii. Na plebanię nie przyniósł wtedy żadnych pieniędzy, bo wszystko rozdał, a proboszcz wpadł w furię. Denerwowało go także, że Mariusz kopał z chłopakami piłkę, chodził do domów najbiedniejszych parafian i pomagał, w czym mógł…
Po czwartym roku kościelnej służby pojechał do matki na dłuższy urlop i spotkał Annę – swoją licealną miłość. Była już po małżeństwie, rozwodzie, wychowywała córeczkę. Wróciły wspomnienia, a pięknej kobiecie zdawało się nie przeszkadzać, że Mariusz jest księdzem.
– Uciekłem, wróciłem do parafii, do swoich ludzi, do kościoła. Żarliwie się modliłem, ale natrętne myśli wracały. Wieczory stały się jeszcze dłuższe, na niektóre jedna butelka już nie wystarczała – wspomina Mariusz.
Po kilku tygodniach Anna go odwiedziła, przy butelce koniaku razem układali kazanie na niedzielną mszę. Była blisko, pięknie pachniała, nie wzbraniał się, kiedy zaczęła go całować. Po kilku miesiącach Mariusz do niej zadzwonił, umówili się na wspólny wyjazd.
– To było tak, jakbym w ciągu kilku dni chciał przeżyć wszystko, co mnie do tej pory omijało. A kiedy rano budziłem się koło Anny, wiedziałem, że tego właśnie przez wszystkie lata mi brakowało.
Szybko podjął decyzję. Po tym, co wydarzyło się z Anną nie mógł stanąć przed parafianami. Proboszcz krzyczał kilka godzin, Mariusz wyjechał, jak stał. Pojechał do matki, myślał, że ta zrozumie go kobiecym sercem.
– Wyklinała mnie, krzyczała, wyzywała Annę od najgorszych, nawet nie próbowała słuchać moich argumentów. Pojechałem w góry, chciałem wszystko jeszcze raz przemyśleć. Anna przyjęła mnie tak, jakby na mnie czekała. Była najważniejsza.
Mieszkała z córką w malutkim mieszkanku, żyły bardzo skromnie, a Mariusz nie miał żadnych pieniędzy, nie mógł też liczyć na żadną pomoc. Koledzy księża nie chcieli o nim słyszeć. Zaczął szukać pracy, roznosił ulotki, był kurierem, na kilka miesięcy w swojej firmie zatrudnił go brat Anny. Małe miasteczko, w którym mieszkali przez kilka miesięcy, żyło sensacyjną historią o księdzu, który rzucił sutannę dla kobiety, wytykali go palcami. Jak szedł gdzieś w sprawie pracy i podawał nazwisko, patrzyli na niego jak na jakąś zjawę.
– Ale dla mnie liczyła się tylko Anna, ciepło, czułość i miłość, jakie mi dawała.
Jedyna życzliwa im osoba, sędziwa babcia Anny, dała im pieniądze na uruchomienie małej firmy. Teraz zajmują się handlem. Nie przelewa się, ale na życie wystarcza. Anna urodziła syna, choć nie mają ślubu, są szczęśliwą rodziną.
– Zostawiłem kapłaństwo, ale nie zmieniło to moich relacji z Bogiem. Zawsze postępuję zgodnie z jego naukami, na pierwszym miejscu stawiam miłość do ludzi, życzliwość. Sam mam niewiele, ale z potrzebującymi zawsze się podzielę, co doskonale rozumie Anna. Syna na razie nie ochrzciliśmy, czekam na dyspensę. Ale wychowuję go w myśl bożych nauk. Chcę, żeby był dobrym człowiekiem – mówi Mariusz.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments