My sobie tu pana nie życzymy…

0
221
Regionalne Centrum Rehabilitacji i Pomocy Społecznej w Borzęcinie – nikt nie wie, jakie są losy usuniętego stamtąd przymusowo chorego pensjonariusza
REKLAMA

– Zgodnie z obowiązującymi przepisami z zakresu ochrony danych osobowych nie udzielamy informacji na temat mieszkańców centrum – napisała w mailu dyrektor placówki, Ewa Gładysz-Kulka.
W drugiej połowie listopada 2017 roku na oficjalnej stronie internetowej Regionalnego Centrum Rehabilitacji i Pomocy Społecznej w Borzęcinie oraz na portalu gminy ukazało się oświadczenie dyrektorki „w związku z rozpowszechnianiem nieprawdziwych informacji na stronie internetowej Facebook w zakresie funkcjonowania Domu Pomocy Społecznej”. Ewa Gładysz-Kulka wyjaśnia w nim, że wpisy na Facebooku dotyczące złej organizacji i niewłaściwej opieki nad pensjonariuszami są nieprawdziwe, a jedynym ich celem jest zdyskredytowanie pracujących z pełnym poświęceniem osób, które dbają o bezpieczeństwo i komfort mieszkańców. „Ośrodek – pisze w oświadczeniu dyrektorka (podajemy oryginalną pisownię) – funkcjonuje w sposób zapewniający właściwy zakres usług, zgodny ze standardami określonymi dla danego typu domu, w oparciu o indywidualne potrzeby mieszkańca domu. Wszyscy pracownicy posiadają wszelkie niezbędne kwalifikacje, a wskaźnik zatrudnienia pracowników zespołu opiekuńczo-terapeutycznego jest zgodny z obowiązującymi przepisami prawa tj. rozporządzenia z dnia 23 sierpnia 2012 r. Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie domów pomocy społecznej (Dz.U.2018.734 z dnia 2018.04.13). Jednocześnie informuję, że Regionalne Centrum Rehabilitacji i Pomocy Społecznej w Borzęcinie przyjmuje mieszkańców na podstawie przepisów prawa, a osoby umieszczone na pobyt, zarówno na czas określony, jak też nieokreślony nie mogą przebywać w tut. Domu Pomocy Społecznej bez wymaganych przez ustawodawcę dokumentów”.
Okazało się, że pismo pani dyrektor jest odpowiedzią na film krążący przez pewien czas w Internecie. Jest to zapis wydarzenia, jakie rozegrało się w borzęckim centrum tuż po tym, jak główny jego bohater – pan Marek, dostał sądowy nakaz wyprowadzki. Na filmie widać, jak leżący na łóżku sparaliżowany mężczyzna tłumaczy, że dopiero wczoraj dostał decyzję i ma 14 dni na odwołanie się od niej. – Poza tym była u mnie lekarka, mam antybiotyk, psa się nie wygania na taką pogodę, a co dopiero sparaliżowanego człowieka – mówi pan Marek. Obecne w pokoju cztery pracownice z wielką starannością przeliczają ubrania i inne rzeczy i układają je w walizkach i w kartonach. Chwilowe milczenie przerwane zostaje krótką wypowiedzią jednej z kobiet. – My sobie tu pana nie życzymy. Pan Marek, który, co widać na kilkunastominutowym filmie, kaszle i ciężko oddycha, pyta, w jaki sposób mają zamiar go eksmitować z ośrodka. – Chcecie mnie spakować i wystawić to za bramę? Jak mnie stąd wywieziecie? – wielokrotnie pytał. Film nagrywa pan Jerzy, kobiety pakujące walizki próbują go wyprosić z pokoju, ale bezskutecznie. W pewnym momencie na salę wchodzi pielęgniarka – pani Ania. Chory zwraca się do niej z pytaniem, czy w takim stanie zdrowia może wychodzić na dwór? Rzuca się w oczy, że pani Anna jest osobą, do której sparaliżowany mężczyzna ma najwięcej zaufania. Pielęgniarka mówi, że pan Marek jest faktycznie chory i pyta, kto weźmie odpowiedzialność za jego zdrowie. Pani Anna zwracając się do obecnych w pokoju koleżanek, mówi, że powinny dać człowiekowi trochę czasu, aby znalazł nowe miejsce. – Nikogo to nie obchodzi? Nikt nie jest w stanie pomóc? Im się nie dziwię – kiwa głową w stronę koleżanek – one tylko wykonują polecenia, osoby, która jest za to odpowiedzialna, nie ma w tym pokoju. Dalej pani Anna pyta Marka, czy ma klucze do domu. – Nie mam, była żona wymieniła zamki i – z tego co wiem, wyjechała za granicę – odpowiada mężczyzna. Na tym film się kończy.

REKLAMA

Po publikacji oświadczenia Ewy Gładysz-Kulki na Facebooku rozgorzała dyskusja, a jej uczestnicy nie szczędzili dyrektorce przykrych słów. „Dyrektorka zażądała wyrzucenie pacjenta i nawet nie potrafiła być przy tym, tylko siedziała zamknięta w swoim biurze. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że nie było to zgodne z przepisami/prawem? Następnie zażądała zwolnienia pielęgniarki, która się wstawiła za pacjentem i również nie potrafiła wręczyć wypowiedzenia osobiście. Dlaczego? Bo nie miała najmniejszych podstaw, aby to zrobić. Wysłużyła się innymi. Parę miesięcy wcześniej kierowniczka również została zwolniona bezpodstawnie. Co za kompletny brak kompetencji, a o zasadach moralnych to już nawet nie wspomnę” – to fragment jednego wpisu. W innym użytkowniczka Facebooka twierdzi, że „nie wpisy dyskredytują placówkę, lecz właśnie zła organizacja, za którą jest odpowiedzialna dyrektorka tejże placówki. Mam nadzieję, że odpowiednie władze szybko zajmą stanowisko w sprawie zmiany kadry kierowniczej. Na koniec pani dyrektor: wystarczy być człowiekiem – tylko tyle i aż tyle”.
Postronnej osobie do centrum rehabilitacji wejść nie wolno, dyrektor Gładysz-Kulka nie odbiera telefonów, a pracownicy tłumaczą, że nie są upoważnieni do udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Dopiero interwencja u wójta Borzęcina, Janusza Kwaśniaka sprawia, że zarządzająca placówką odpowiada mailem na kilka pytań. Za co pan Marek – główny bohater filmu, dostał nakaz wyprowadzki z centrum? Dlaczego pracownicy centrum nie poczekali, aż odwoła się on do sądu, i zaczęli pakować jego rzeczy? Gdzie mieli zamiar go zawieźć? Czy prawdą jest, że dyrektor placówki miała taki zamiar, czy też zwolniła z pracy pielęgniarkę, która stanęła w obronie mężczyzny? I wreszcie pytanie najważniejsze – co stało się z panem Markiem? Na filmie słychać, jak mówi, że żona wyjechała za granicę i zmieniła zamki w domu, gdzie zatem został odwieziony?
Na zadane pytania Ewa Gładysz-Kulka nie odpowiedziała wprost, zasłaniała się regulaminem placówki i prawnym żargonem. Nie udało się zatem ustalić, z jakiego powodu pan Marek dostał nakaz opuszczenia centrum, napisała jedynie, że „osoby umieszczone na pobyt zarówno na czas określony, jak też nieokreślony nie mogą przebywać w tut. Domu Pomocy Społecznej bez wymaganych przez ustawodawcę dokumentów”. W dość zawiły sposób dowodziła także, że „osoby, których pobyt w DPS uległ zakończeniu, powinny powrócić do miejsca stałego zameldowania lub miejsca wskazanego przez Ośrodek Pomocy Społecznej, odpowiedniego ze względu na adres zameldowania zainteresowanego”. Nie wyjaśniła także, z jakich powodów zwolniła pielęgniarkę – jedną z bohaterek filmu, panią Annę. Na pytanie na ten temat odpowiedziała, iż „Z pielęgniarką, której wizerunek został udostępniony w nagraniu, została rozwiązana umowa o pracę na podstawie Art. 30 par.1 pkt 2.”. Jak wynika z kodeksu pracy, chodzi o wypowiedzenie umowy za porozumieniem stron z zachowaniem okresu wypowiedzenia.
A co stało się z głównym bohaterem filmu? „Zgodnie z obowiązującymi przepisami z zakresu ochrony danych osobowych nie udzielamy informacji na temat mieszkańców Regionalnego Centrum Rehabilitacji i Pomocy Społecznej w Borzęcinie” – napisała dyrektor Ewa Gładysz-Kulka.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o